Husaria. Część 1.

Popołudniowe słońce smażyło jarmark gorącym światłem. Stragany z rękodziełem świeciły pustkami, ponieważ wszyscy zgromadzili się w zagajniku, gdzie odbywał się pojedynek. Plac turniejowy otoczył tłum gapiów. Wszyscy w skupieniu obserwowali każdy ruch przeciwników, którzy w tej chwili krążyli wokół siebie z uniesionymi szablami. Pierwszy z nich był krótko obciętym brunetem o mocno opalonej twarzy. Jego przeciwnik był nieco szczuplejszy. Długie i ciemne włosy w nieładzie opadały na ramiona. Nosili białe koszule, wysokie buty z ostrogami i luźne bryczesy na wschodnią modłę. Obaj wysocy, sprężyście zbudowani i spoceni, jakby ktoś wylał na nich beczkę wody. Zmęczenie dawało o sobie znać. Oddychali ciężko, a broń ciążyła w dłoniach. Nagle rzucili się na siebie i wznowili wymianę. Tłum zafalował. Skandowano imiona walczących, a zgromadzeni w drewnianej loży sędziowie, z uwagą przyglądali się pojedynkowi. W upale ich bogato zdobione komtusze dawały się we znaki, ale zarówno oni, jak i gapie zapomnieli o spiekocie, suchości i kurzu. Czekali na wynik pojedynku.

Szable zamigotały w słońcu, wydając metaliczny jęk przy każdym zetknięciu. Szermierze zwarli się na moment, wymienili kilka zaciętych spojrzeń. Nastąpiła kolejna, błyskawiczna wymiana. Wreszcie jeden z ciosów osiągnął celu. Długowłosy chwycił się za brzuch, postąpił kilka niepewnych kroków w tył i ciężko opadł na kolano. Tłum wydał zatrwożony jęk na widok czerwieni, sączącej się przez materię koszuli. Brunet podszedł bliżej, przystawił ostrze szabli do gardła przeciwnika i zamarł w oczekiwaniu. Ranny mężczyzna upuścił szablę na ziemię. Podniosła się wrzawa i wiwaty. Dziesiątki szabel uniosły się ponad głowami, w górę poleciały futrzane czapki, kapelusze z piórami, a nawet metalowy szyszak. Rozległy się wystrzały z bandoletów. Wszyscy skandowali imię zwycięzcy.

– Bohun! Bohun! Bohun!

Jeden z jurorów, sędziwy starzec z białą jak mleko brodą, wstał i uniósł ciężką buławę.

– Ogłasza się zwycięzcą Adama Bohuna! – Znowu okrzyk radości. – Niniejszym przechodzi on do finałów.

Szermierz, zwany Bohunem, szarmancko pokłonił się w stronę sędziów, a potem opuścił plac turniejowy. Odprowadzały go wiwaty ludzi. Gdy dotarł do barierki podbiegł do niego starszy, posiwiały mężczyzna. Odebrał od Bohuna szablę i podał mu bukłak z wodą. Obaj z trudem przecisnęli się przez ciasny kordon gapiów. Każdy chciał uścisnąć dłoń zwycięzcy lub poklepać go po ramieniu. Mimo zmęczenia, Adam czuł się bardzo dobrze. Rozpierała go radość i duma. Dziękował wszystkim serdecznie, a dziewczynom słał zalotne uśmiechy i pocałunki.

Po chwili obaj znaleźli się w namiocie. Klepisko wyścielone było słomą, a w narożnikach zalegały kufry i futra. Na drewnianym stojaku prezentowała się kunsztownie ozdobiona zbroja towarzysza pancernego. Bohun podszedł do niej, oparł się o mosiężny naramiennik wyklepany na kształt lwiego pyska i spojrzał na swego pomocnika.

– I co Alfred? – zapytał. – Nie było tak strasznie, co?

– Mój panie – odparł. – Statystycznie rzecz ujmując, pański przeciwnik wygrał o wiele więcej walk w ciągu tego roku, niż pan kiedykolwiek wcześniej. Stąd moje obawy o zdrowie panicza.

– No tak – przyznał Adam – ale nigdy wcześniej nie walczył ze mną, a  ja ostatnio bardzo dużo trenowałem.

– Nie mogę odmówić paniczowi racji – rzekł Alfred znad otwartego kufra – jednak cieszę się, że mamy to już za sobą. Niech się panicz przebierze. Rozumiem, że o kąpieli nie mam mowy?

– Żartujesz? – spytał z uśmiechem Adam zdejmując portki i przepoconą koszulę. – Nie po to tu przyjechałem.

– Jak zwykle – mruknął Alfred. – A co jeśli znów trafi się paniczowi białogłowa?

– Nie twoja sprawa.

Poły namiotu rozchyliły się. Do środka wmaszerowało dwóch mężczyzn w garniturach i lustrzanych okularach. Przed namiotem stało kilku uzbrojonych żołnierzy. Bohun wyraźnie się skrzywił. Pokiwał głową z niedowierzaniem i założył ręce na karku.

– Kapitan Adam Rogowiecki, kryptonim „Bohun”? – zapytał jeden z tajniaków.

– Jako żywo, waćpanie. Czym zasłużyłem sobie na wizytę tak zacnych gości?

– Proszę dezaktywować robota.

– Się robi – odparł Adam. – Alfred, koniec programu.

Alfred położył się na sianie, ułożył ręce wzdłuż korpusu i wyłączył.

– Dowództwo wzywa pański zespół – oznajmił drugi tajniak. – Wasze przepustki zostały uchylone. Macie stawić się na Okęciu o dwudziestej drugiej zero zero.

Tajniak postąpił naprzód i wręczył Rogowieckiemu zamkniętą kopertę oznaczoną czerwonymi pieczątkami MON i kodem paskowym sieci MSW. Adam przyłożył kciuk do czytnika. List piknął dwa razy i zaświecił zieloną diodą na znak aprobaty. Wewnątrz znajdowały się rozkazy, polecające zameldowanie się drużyny „Apatryda” w Centralnym Porcie Kosmicznym. Rozkazy podpisał Prezydent RP Czesława Handke, a całą sprawę oznaczono najwyższym priorytetem.

– Mamy rozkaz eskortować pana do Olsztyna, skąd zostanie pan przetransportowany do portu.

Tajniacy wyszli. Adam wstał, podszedł do kufra i wyciągnął zeń oliwkową koszulę, krawat i marynarkę munduru.

– Alfred, aktywacja.

Robot wstał, otrzepał się i spojrzał na Bohuna.

– Rozumiem – zgadł – że nie weźmie panicz udziału w finale turnieju?

– Zawsze twierdziłem, że masz o wiele sprawniejszy procesor, niż chciałbyś się przyznać.

– Kojarzenie faktów jest cechą zarezerwowaną nie tylko dla przedstawicieli rodzaju ludzkiego.

– Rzekłbym nawet – uśmiechnął się Adam – że niektórzy mają do tej cechy dostęp odcięty. Fakt faktem, że przyjdzie nam się znowu pożegnać na dłużej.

– Rozumiem. Przygotuję pana do podróży.

Pokój rozbrzmiewał namiętnymi westchnięciami i nastrojową muzyką. Czarnowłosa kobieta klęczała zaciskając dłonie na poręczy łóżka. Mężczyzna, trzymając ją za pośladki coraz szybciej poruszał biodrami i ciężko sapał. W świetle porannego słońca widział jak jej plecy błyszczą kroplami potu. Napierał coraz mocniej, wodził rękami po jej ciele, ciesząc się miękkością skóry. Nagle odsunął się i przewrócił kochankę na plecy. Ta z uśmiechem przyciągnęła go bliżej, zarzuciła mu nogi na ramiona, okalając stopami szyję. Mężczyzna zbliżył się i ponownie w nią wszedł, czując jak podniecenie sięga zenitu. Dziewczyna jęczała coraz głośniej, zagryzając wargi i zaciskając powieki.

– Tak! – krzyknęła. – Pieprz mnie, pieprz mnie mocniej!

Mężczyzna skrzywił się, lecz nie przerywał. Dziewczyna szeroko otworzyła oczy, złapała go za włosy i przysunęła do siebie. Przygryzła małżowinę ucha i zaczęła szeptać sprośne wersety, które ewidentnie mężczyźnie się nie podobały. Jednak bliski finału, nie chciał przerywać. Dziewczyna mówiła coraz głośniej, aż wreszcie znowu krzyknęła.

– Rżnij, gnoju, rżnij szybciej!

Mężczyzna zacisnął szczęki i odsunął się.

– Robert, a ty dokąd? – Szepnęła dziewczyna. Wyciągnęła ręce by przytrzymać kochanka, lecz ten osunął je ze złością.

– Program stop – powiedział. Dziewczyna znieruchomiała i spoczęła na łóżku. Wyglądała na dwadzieścia lat, a ciało miała idealne jak z piety Michała Anioła. Oliwkowa skóra i kreolska uroda. Piersi pełne i jędrne, lecz nie za duże. Wcięcie w talii rysowało cudowny łuk, który prowadził w dół, do perfekcyjnie wyrzeźbionych ud, naprężonych łydek i zmysłowych stóp. Na nogach marszczyły się czarne pończochy z kwiatowymi dodatkami. Całości piękna dopełniało ponętne łono, którego nie zaburzał nawet najkrótszy włos.

– Usiądź – polecił Robert – i pokaż panel kontrolny.

Lewe oko dziewczyny rozbłysło niebieskim światłem i przed jej anielską twarzą pojawił się pulsujący ekran. Robert, mrucząc pod nosem przekleństwa, wybierał kolejne opcje. Kolejne tabele z danymi pojawiały się i znikały w miarę, jak Robert zagłębiał się w system.

– Jest – mruknął. – Komunikacja werbalna, proszę bardzo. Zestaw prokreacyjny, aktualizacje.

Pojawiła się lista nazw i dat. Najnowsza z pozycji, datowana była na siódmego lipca dwa tysiące dwieście dziesięć. Robert wybrał ją kliknięciem. Dziewczyna swoim ciepłym głosem zaczęła recytować.

– Z najnowszych badań rynku robotów prokreacyjnych wynika, iż osiemdziesiąt siedem procent mężczyzn wzmaga swoje podniecenie oraz satysfakcję seksualną dzięki werbalnej aprobacie ze strony kobiety. Dlatego proponujemy najnowszy zestaw komunikatów głosowych, które stworzyliśmy zgodnie z potrzebami większości użytkowników. Zapoznaj się z naszym…

– Żesz, kurwa – mruknął Adam. – Ja nie jestem „większość”. Automatyczne aktualizacje, wyłącz. Wy, łą, cz. Cholerny system, mądrzejszy od człowieka.

– Regina – powiedział głośniej. Czarnowłosa dziewczyna zareagowała mrugnięciem. – Nowa pozycja do operacji systemowych. Nigdy, powtarzam, nigdy nie instaluj automatycznych aktualizacji. W przypadku implementacji od producenta, odrzuć każdą lub dołóż do listy „oczekuj na autoryzację”. Zapisz.

– Pozycja numer trzydzieści dwa – powiedziała ciepłym głosem – zapisana.

– Zamknij panel. – Ekran zgasł natychmiast. Regina zamrugała i lekko potrząsnęła głową, jakby przebudziła się ze snu.

– Kochany, wróć do mnie – poprosiła.

Robert uwielbiał Reginę. Kupił ją rok temu za niemałe pieniądze, ale już wtedy wiedział, że żadna, żywa konieta nie zastąpi mu sztucznej partnerki. Spojrzał na robota, który łasił się teraz do niego i z prośbą w oczach całował nagi tors mężczyzny. Usta Reginy wędrowały coraz niżej, by wreszcie dojść między silne uda. Wtedy rozległ się miękki ton komunikatora. Robert spojrzał na swoją zwiotczałego penisa. Pokręcił głową z niesmakiem.

– Przeklęty system – mruknął. Podciągnął Reginę do góry, złożył na jej ustach ciepły pocałunek.

– Koniec programu – szepnął. Dziewczyna uśmiechnęła się i wstała. Zebrała z podłogi bieliznę i ubrała się. Robert podszedł do stołu, chwycił czip i włożył go w szczelinę za uchem. Przed oczami pojawiły się różnego rodzaju komunikaty, w tym informacja o połączeniu z bazy.

– Słucham – powiedział.

– Tu Adam.

– No, Bohun, ale sobie porę wybrałeś.

– Dowództwo wzywa, przepustki szlag trafił. Port Centralny, czas dwudziesta druga zero zero.

– Wiedziałem, że tak będzie. – odparł Robert.

– Słuchaj…

– Obiecuję ci Adam – wciął Robert – to ostatni raz.

Robert rozłączył się. Wyglądał na zdenerwowanego.

– Czyli jednak wyjeżdżasz? – zapytała Regina.

– Tak.

– Dlatego się nie rozpakowałeś. Spodziewałeś się, że zostaniesz wezwany.

– Zgadza się – odparł. Na jego ustach wykwitł tajemniczy uśmiech. Uważnie przyglądał się Reginie, pochłaniał wzrokiem jej ciało.

– A co ze mną?

– To co zawsze – odparł, podchodząc do dziewczyny. Objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Poczuł, że napięcie wróciło równie nagle, jak zniknęło. – Przygotuj swój kontener. Ale zanim cię spakujemy – szepnął, popychając Reginę w stronę łóżka – skończymy to, co zaczęliśmy.

 *

Zawalona gruzem ulica pogrążyła się w ciszy. Tu i ówdzie dymiły spalone wraki samochodów. Fasady domów trzymały się w pionie, lecz najmniejszy wstrząs mógł spowodować zawalenie. Przez środek ulicy przebiegała prowizoryczna barykada, zbudowana z połamanych mebli, rozszarpanego eksplozją tramwaju i bezkształtnych brył żelbetonu. W bramie kamienicy stał ziejący ogniem wrak czołgu, którego odstrzelona wieżyczka spoczywała obok zerwanych gąsienic. W cieniu maszyny kucał opancerzony żołnierz i nerwowo się rozglądał. Prawą ręką przytrzymywał karabin szturmowy, lewą nerwowo pukał w hełm, szepcząc do komunikatora.

– Tutaj charlie, kilo, jeden, jeden. Alfa, gdzie jesteście? Odbiór.

Nikt nie odpowiedział.

– To ja, Jack. Jestem w sektorze siedem. Słyszy mnie ktoś? Nightcrawler, gdzie jesteś?

Ciszę pobojowiska przerwał chrobot poruszonych kamieni. Jack poprawił ułożenie karabinu i wyjrzał ponad wieżyczkę. Zza barykady w luźnej formacji wyszło pięciu żołnierzy w czarnych mundurach. Uzbrojeni w pistolety maszynowe, kryli się nawzajem, obserwując okolicę. Dotarli do leja po wybuchu i zatrzymali się przy resztkach muru. Jeden z nich stanął bokiem do płonącego czołgu. Nie opuszczając broni, zaczął gestykulować, wskazując pozycje podkomendnym. Pozostali żołnierze rozproszyli się we wskazanych kierunkach. Jack wiedział, że jest w beznadziejnej sytuacji, lecz jeśli miał wyjść z tego żywy, musiał zaatakować, zanim przeciwnicy ustawią się na dogodnych pozycjach. Poprawił ułożenie kolby i oddał pierwszą salwę w stronę dowódcy. Karabin szturmowy plunął ogniem, rozdzierając ciszę metalicznym stukotem zamka. Dowódca, trafiony dwoma pociskami, padł bez ducha. Tamci nie pozostali dłużni i rozgorzała strzelanina. Kule cięły powietrze, sycząc jak wściekłe węże. Jack powoli cofał się w podwórze, stawiając zasłonę ogniową. Przeciwnicy w wyćwiczony sposób przeskakiwali z pozycji na pozycję, zagęszczając pole ostrzału śmiercionośnym strumieniem ołowiu. Nagle Jack zobaczył czerwoną mgłę przed oczami i osunął się na kolana. Zanim zrozumiał, co się stało, jeden z czarnych przeskoczył nad lufą czołgu i przymierzył się do strzału. Prawa ręka Jacka odmówiła posłuszeństwa, na szczęście drugą zdążył wyszarpnąć pistolet z kabury i resztką sił oddać kilka celnych strzałów. Niedoszły zabójca dostał w czoło, lecz kula ześlizgnęła się po hełmie. Dwie następne uderzyły w korpus, lecz ładunek kumulacyjny pancerza przejął energię pocisków. Ostatnia kula weszła w szczelinę między płytami pancerza. Żołnierz krzyknął i padł.

Jack już miał zamiar rzucić się do ucieczki, gdy wokół rozległ się kobiecy głos.

– Jacek! Jacek, do cholery jasnej, słyszysz co mówię?

– Chwila, moment. – Przed klęczącym Jackiem błysnął wielki, fosforyzujący napis „pause”.

Jacek otworzył oczy. Ciężko mu było zorientować się w sytuacji, ponieważ widział podwójnie. Nadal obserwował płonącą bryłę czołgu i przewieszonego przez lufę napastnika. Jednocześnie patrzył na wnętrze pokoju. Na kanapie obok, z wystającym zza ucha kablem, siedział jego syn, Paweł.

– Mamo, no! – skrzywił się chłopak. – Mieliśmy pograć dłużej.

– Wiem, Pawełku – powiedziała kobieta. Siedziała przy stole w salonie i zacięcie stukała w klawiaturę. – Ale jest telefon do tatusia. Coś ważnego. No, ojciec, słyszysz mnie?

– Tak słońce, słyszę.

Jacek odwrócił się do Pawła.

– A ty gdzie byłeś jak cię wywoływałem?

– Tato, nie mogłem się odezwać, bo mnie akurat przygwoździli przy moście. Musiałem leżeć cicho i udawać martwego. A reszta oddziału wpadła w zasadzkę. Mitsuo pisał na czacie, że go już odstrzelili.

– No, dobrze. Graj dalej, ja się wyloguję. Zobaczę co to za telefon.

– To z dowództwa – powiedziała kobieta.

Jacek wymruczał przekleństwo pod nosem, a Paweł wyraźnie się skrzywił.

– Czy to znaczy, że wyjeżdżasz, tato?

– Nie wiem, zaraz się dowiem.

Jacek zamknął oczy, wywołał panel sterowania, wybrał „save game”, a potem „log out”. Wypiął zza ucha kabel i poszedł do salonu.

– Nie tak miało być – rzekła kobieta.

– Aniu, nie wiem co oni chcą.

– Ja wiem – odparła ze smutkiem.

Jacek wsunął komunikator w slot z uchem i połączył się.

– Sawicz, słucham.

– Mówi Adam. Pakuj się Jack, o dziesiątej wieczorem na cepeku. Przepustki odwołane.

– Szlag by to, Bohun. Mieli zostawić nas w spokoju.

Ania pokiwała głową z dezaprobatą. Jacek przytrzymał jej dłoń.

– Nic nie poradzę – tłumaczył Adam. – Nagła sytuacja.

– Cholera, obiecali nam te kilka dni. Sam Lutosławski się zarzekał…

– Dostaliśmy rozkaz – wciął się Bohun – od samego prezydenta. Nie kocham go, ale rozumiesz. Dwudziesta Druga, Centralny Port Kosmiczny.

Połączenie się urwało. Jacek ciężko oklapł na krześle i przepraszająco patrzył na Annę.

– Mówi się trudno – powiedziała pojednawczo. – Nie tym razem to innym.

– Następnym razem każę im się wypchać.

W uśmiechu Ani kryło się coś smutnego.

– Wiem Jacek, wiem. Pomogę ci w pakowaniu.

W przejściu do salonu stanął Paweł. Chłopiec minę miał bardzo niewyraźną.

– Chodź tu, wojaku – powiedział Jacek.

– Tato, to nie w porządku.

– Wiem, ale taka moja praca. Sam wiesz jak jest w wojsku. Tak samo jak w grze. Masz rozkazy i nie ma mowy, wykonać musisz. Zwłaszcza w specjalnych jednostkach.

– Tato, ale to nie gra.

– Tym gorzej. Ale wiesz? Mam pomysł. Napisz list do generała Lutosławskiego, że jak następnym razem zrobi coś takiego, to mu się włamiesz do priva i wszystkie bazy danych zamienisz na hentaie. Co ty na to?

Paweł uśmiechnął się lekko.

– Brzmi nieźle.

 *

W hangarze panowało poruszenie. Pomiędzy smukłymi sylwetkami myśliwców wielozadaniowych „Łoś”, krążyły ciężkie dwunożne łaziki, przenosząc dodatkowe baki paliwa, rakiety i kasetony z amunicją. Halę wypełniał chrobot maszyn, gwizd serwomotorów i dudnienie stalowych odnóży. Stefan stał na platformie przyklejonej do ściany hangaru i obserwował przesuwający się pod sufitem dźwig. Podczepiony stalowymi linami, unosił się kadłub myśliwca. Mechanicy i roboty czekali obok rozmontowanego statku.

– Trzy stopnie na lewo i pięć procent siły naprzód – polecił Stefan. Lolek, szykujcie się do montażu – polecił.

– Szefie, szefie! – zawołał asystent. – Telefon do szefa, na utajnionej.

Stefan wywołał panel sterowania. Zawiesił połączenie z linią produkcyjną i otworzył kanał utajniony.

– Inżynier Łazicki – przedstawił się Stefan – słucham.

– Cześć – zaskrzeczał komunikator – tu Robert.

– Siema, Kronowski. Co się dzieje?

– Słuchaj, mam nagłe wezwanie na Husarię, wieczorem jestem na cepeku. No i wiesz, sprawa ta, co zawsze.

– Oj, Robert, Robert. Jakby się ktoś dowiedział.

– Wiem stary co by było, ale wiesz, że ci się opłaci. Ustawka, jak zwykle?

– Wiesz, Kronowski, to się robi coraz trudniejsze. Rozumiesz, procedury, kontrole.  A dzisiaj wszyscy dostali ochujenia, stawiają flotę na głowie. Nie będzie łatwo.

– Stefan, przestać pieprzyć, powiedz ile.

– Dwadzieścia patoli.

Komunikator zamilkł.

  • Kronowski?

– Ty żyło, niech ci będzie. Ale nie wyobrażaj sobie, że możesz mnie wkręcać.

– Jasne, jasne. Przygotuj ją jak zwykle i zostaw razem z bagażem. Bez odbioru.

Połączenie wygasło. Stefan spojrzał na roboty, uwijające się przy myśliwcu.

– Doczekasz ty się kiedyś, jełopie – mruknął do siebie.

*

Mimo późnego wieczoru, na płycie lotniska było jasno jak w dzień. Potężne reflektory oświetlały pasy startowe, ścieżki personelu naziemnego, stanowiska łazików, ciągników i diabli wiedzą czego jeszcze. Jasność płynęła też z lądowników, holujących wahadłowce w stronę punktów startowych. Nad wszystkim górowała szklano metalowa fasada wieżowca. W lustrzanej powierzchni okien, startujące korwety i wahadłowce wyglądały jak świetliste miecze w rękach aniołów. Huk silników i zapach spalanego paliwa niosły się na wiele kilometrów.

Adam zaparkował przy wejściu do terminala. Stał oparty plecami o karoserię i ćmił papierosa. Miał na sobie precyzyjnie odprasowany, oliwkowy mundur. Ostatni guzik koszuli trzymał jednak rozpięty, a krawat mocno poluzowany. Na marynarce błyszczał rząd kolorowych baretek. Szum lądującej maszyny zwrócił uwagę oficera. Wóz błyszczał srebrną, kanciastą karoserią, a ostro zakończony statecznik wymalowany był trupimi czaszkami.

– Regan, wreszcie. – Adam mruknął do siebie i rzucił pod nogi niedopałek papierosa.

Wóz płynnie osiadł przy krawężniku, z gracją złożył skrzydła i puścił kłąb śmierdzącego dymu. Drzwi uchyliły się z lekkim westchnieniem i ze środka wygramolił się Robert.

– Witam pana porucznika – przywitał się Adam, wyciągając rękę.

– Cześć Bohun – odparł Robert. – Kto już jest?

– Jesteśmy pierwsi. Młody i Jack w drodze. Myślę, że Wilku też.

– Daj fajkę.

Zapalili obaj.

– Jak twoja piękna? – zagadnął Adam.

– Miałem problem niedawno.

– Pogryzła cię?

– Jakiś narąbany palant przyczepił się do niej na imprezie. Nic poważnego, ale skończyła w serwisie.

– Co z gościem?

– Skułem gnoja, a co miałem zrobić?

– No tak – przytaknął Adam.

– Moja oferta jest aktualna – powiedział z uśmiechem Robert. – Jak będziesz miał dosyć jazdy na ręcznym, to daj znać. Pożyczę ci ją.

Bohun nie skomentował, bo uchyliły się drzwi terminala. Ze środka wyszedł barczysty pułkownik. Szpakowaty mężczyzna dziarskim krokiem podszedł do wozu Bohuna. Adam i Robert zasalutowali.

– Spocznij – polecił pułkownik, oddając salut. – Bohun, Regan – przywitał się ściskając dłonie. – Gdzie reszta?

– W drodze, pułkowniku Tomala – zameldował Adam.

Jak na zawołanie, nad terminalem pojawiła się opancerzona awionetka z oznaczeniami żandarmerii wojskowej. Maszyna osiadła na betonowej płycie. Czarno odziani wojskowi wysiedli bocznymi drzwiami. Mieli naramienniki oznaczone białymi paskami żandarmerii. Strażnicy wyprowadzili z wnętrza awionetki zakutego w kajdanki oficera. Towarzyszył im młody mężczyzna w oliwkowym mundurze. Żołnierz podszedł do krawężnika.

– Pułkowniku Tomala – zasalutował. – Melduje się starszy sierżant Krzysztof Nowak. Przywiozłem porucznika Andrzeja “Wilka” Wilczyńskiego.

– Znowu narozrabiał? – zapytał Bohun.

Szeroko uśmiechnięty Wilku stanął obok, dźwięcząc kajdankami. –  Mała bójka z oficerem floty.

– Nie taka mała – wyjaśnił pułkownik Tomala. – Facet wylądował w szpitalu.

Strażnicy rozkuli Wilczyńskiego i podprowadzili przed surowe oblicze zwierzchnika.

– Wilku, to ostatni raz kiedy się za ciebie wstawiam, zrozumiano?

– Tak jest, panie pułkowniku – odparł niedoszły więzień.

– Wiemy, co się dzieje? – zapytał Regan.

– Wszystkiego dowiemy się na pokładzie Husarii.

Grupa pod dowództwem Adama Rogowieckiego nosiła kryptonim „Apatryda”. Nie mieściła się w oficjalnym łańcuchu dowodzenia, a jej bezpośrednim zwierzchnikiem był generał Antoni Lutosławski. “Apatryda” nie miała też stałej bazy ani w Polsce, ani w Europie. 

– Musi być coś poważnego – zauważył Wilku. – Widziałem, że mobilizują całą flotę.

Żołnierze pogrążyli się w rozmowie. Zastanawiali się, co tak poważnego się wydarzyło, że MON postawił na głowie cały Centralny Port Kosmiczny i przyległe garnizony. Sierżant Krzysztof Nowak, kryptonim “Młody”, zobaczył w sieci informację, że w okolicy stacji orbitalnej Theodore Roosevelt gromadziły się jednostki bojowe NATO. Wezwanie drużyny Adama znaczyło, że w sprawę musieli być zamieszani apatrydzi. Doniesienia mówiły o terrorystach, należący z jednej z wielu komunistyczno – anarchistycznych grup, które dla wielu były gorsze od islamskich ekstremistów.

Rozmowa skupiła się na domysłach. Kiedy wyczerpały się możliwe opcje, w tym nawiązanie kontaktu z cywilizacją pozaziemską, temat zszedł na wspominki. W międzyczasie przed terminalem zatrzymała się ciężarówka, z której wysiadł umundurowany Jacek.

– Porucznik Jacek Sawicz melduje się na rozkaz.

– No dobrze – odparł pułkownik. – Skoro już jesteśmy wszyscy, to w drogę. Wahadłowiec już czeka.

 *

Jak zwykle na pokładzie wahadłowca Adam czuł się źle. Podobno niektórzy umieli się przyzwyczaić do lotów kosmicznych, lecz on, mimo niezliczonych lotów, ciągle nie potrafił. Brak grawitacji powodował, że czuł się jak na posłaniu z potłuczonego szkła. Ciało go uwierało, swędziało i mrowiło. Najnowocześniejszy skafander, zbudowany z elastycznych włókien, chłodzony i mięciutki, jak podusia u mamy, wydawał mu się gorszy, niż metalowa zbroja na wełnianej przeszywanicy. Żeby pogorszyć sprawę, komora pasażerska kojarzyła mu się z oddziałem intensywnej terapii a nie z supernowoczesnym, kosztującym miliardy euro pojazdem kosmicznym. Zdecydowanie wolał, żeby wnętrze wyglądało jak te z muzealnych promów – najeżone tajemniczą aparaturą, tysiącami migających przycisków, pokręteł, oplątane kablami i systemem rur. Dzisiejsze wahadłowce to już zupełnie coś innego. Wszystko było uporządkowane i skryte pod mlecznobiałym plastikiem, którego formę projektowali najlepsi designerzy. Ich broń, mundury oraz bagaż podręczny kryły szafki i wnęki godne klasy VIP na oceanicznych liniowcach.

Jedyną rozrywką podczas lotu były cztery małe okienka. Dzięki nim Adam mógł obserwować Ziemię. Wokół planety orbitowało kilkanaście stacji, wyglądających jak dzieła postmodernistycznej sztuki. Lustrzane powierzchnie, przetykane pasami białej stali, otaczały moduły, które płynnie łączyły się z korpusami stacji. Wokół stacji orbitowało mnóstwo aparatury badawczej, krążyły wahadłowce oraz setki maszyn, które nigdy nie dotknęły powierzchni planety. Wielkie krążowniki leniwie sunęły od stacji do stacji lub zagłębiały się w czarną otchłań kosmosu, a gdy już osiągały bezpieczną odległość, odpalały silniki głębokiej przestrzeni. W wyniku zetknięcia materii z jej anty-bliźniaczką, eksplodowało oślepiające światło. Po każdym rozbłysku rozlewała się feeria kolorowych kształtów, matematycznie idealnych fraktali, zbudowanych z kwantów ciemnej materii.

Członkowie drużyny “Apatryda” marnowali czas na bzdury. Regan czytał portal informacyjny, Jack słuchał muzyki, Młody grał, a Wilku jak zwykle spał. 

– Słuchajcie tego – odezwał się Regan.

Wszyscy zwrócili uwagę na Roberta.

– Dzisiaj o szesnastej trzydzieści czasu środkowoeuropejskiego, nieznani sprawcy wdarli się do gmachu Ministerstwa Obrony Narodowej i, grożąc bronią palną, sterroryzowali zespół ministerialny, odbywający naradę. Uzbrojeni napastnicy zażądali wycofania wojsk natowskich ze stacjonujących w Układzie Słonecznym stref zmilitaryzowanych. Podkreślali konieczność likwidacji baz rakietowych na marsjańskim Deuteronilus Mensae i Acidalia Planitia. Centrum Warszawy zostało wyłączone z ruchu. Wstęp dla osób cywilnych został wzbroniony, choć policja nie może poradzić sobie z tłumem, który zalał ulicę Klonową.

Jacek gwizdnął pod nosem, nawet Wilczyński rozbudził się i zainteresował sprawą.

– Co jeszcze piszą? – spytał Jack.

– O protestach. W związku z obradującym w Polsce Sztabem Generalnym NATO przed, gmachem MON zebrały się tłumy. Policja szacuje około dziesięciu tysięcy protestujących. Na wiadomość o terrorystach, którzy opanowali budynek, zebrani zaczęli wiwatować i skandować hasła antyglobalistyczne. Bla bla bla… I dalej. Do stolicy napływają antyglobaliści z całej Europy, lecz protesty trwają również poza w innych miastach. Siedziba Paktu w Brukseli oraz siedziba dowództwa wojskowego w Mons, również zostały otoczone tysiącami protestujących. Dziennikarze spodziewają się działań organizacji antyglobalistycznych, partii zielonych oraz anarchistów na całym globie. Tymczasem warszawskie siły porządkowe zostały postawione w stan najwyższej gotowości. W tej chwili trwają starania o odblokowanie Belwederu, w którym obradują prezydenci państw wschodnio i środkowoeuropejskich w ramach Porozumienia Wschodniego.

– Myślicie – zapytał Młody – że to dlatego nas wezwali?

– Raczej nie – odparł Adam. – Rozkazy dostałem rano, zanim to się wydarzyło.

– A może oni już wcześniej wiedzieli o tym zamachu? – drążył Młody.

– Krzysiek – westchnął Robert – daj spokój swoim teoriom spiskowym. Jeśli wiedzieli to, po co mieliby dopuścić do ataku?

– Teorii miałbym ze dwieście.

– Napisali jak to się skończyło? – Jacek zmienił temat.

– Nie – rzekł Robert. – Sytuacja jest pod kontrolą, budynek MON otoczony, trwają negocjacje z terrorystami.

– A co za jedni?

– Na razie się nie przedstawili.

– Robimy zakłady? – rzucił z uśmiechem Młody.

Adam spojrzał na Krzyśka z niesmakiem, ale reszta wymieniła zaintrygowane spojrzenia. Na twarzach wykwitły uśmiechy.

– Dawaj – powiedział Wilku, prezentując kilka chromowanych zębów. – Jaka stawka?

– Panowie – zganił Bohun – trochę godności.

– Daj spokój – zaprotestował Jacek. – Będzie zabawnie. Stawiam dwie stówy na Czerwony Październik.

– Eee, lipa – mruknął Robert. – Ci już od dwóch lat siedzą cicho. Ja daję trzysta na jihad.

– No – zastanowił się Wilku – to możliwe. Skoro żądania dotyczyły obiektów natowskich to, czemu nie? Ja daję czterysta. Niech będzie Jedna Rosja.

Żołnierze pokiwali z uznaniem.

– No, to żeś pojechał – przyznał Jacek. – Młody, a ty?

– Ja daję pięćset na chińskie korporacje. Kapitaliści zlecili zamachy, żeby osłabić amerykańskie i europejskie giełdy.

– Czemu nie? – rzekł Regan. – Bohun, a ty? Na kogo stawiasz?

– Ja na nikogo, bo nie podobają mi się takie żarciki.

– Panie kapitanie – poprosił Jacek – wyluzuj pan trochę. No dawaj, na kogo stawiasz?

Żołnierze jeszcze przez chwilę namawiali Adama, aż ten wreszcie powiedział:

– Niech wam będzie. Na pewno nie postawię na chińskie korporacje, bo to bzdura. Osłabienie giełdy? Pogięło was? Myślicie, że im zależy na tym, żeby stracić biliony na krachu giełdowym? Co dalej? Czerwony Październik? Jihad? A kto to jest? To jakieś relikty przeszłości, o których można w podręcznikach przeczytać. I co oni wywalczą? Zerwanie Porozumienia Wielkich Religii? Na to sobie nikt przez najbliższe pięćset lat nie pozwoli. Mało było dwóch milionów zabitych? Bomb na Księżycu i Marsie? Nie, panowie, nikt do tego nie wróci.

Wszyscy słuchali w milczeniu. Młody jakby lekko się zaczerwienił, a Jack zgodnie kiwał głową.

– Jedna Rosja. A co to jest Rosja? Czy to przypadkiem nie ten kraj, którym od setek lat rządzą oligarchowie, nie ważne, spod jakiego sztandaru? Czy to przypadkiem nie to… ehem… imperium, które wszystkim groziło potęgą swoich rakiet, a jak przyszło, co, do czego to dali sobie wklepać koalicji państewek postkomunistycznych? I co? I kilku zapalonych komunistów chciałoby znowu czerwonej flagi z sierpem i młotem, a nie zdają sobie sprawy, że jakakolwiek zmiana nastąpi tylko wtedy, gdy oligarchowie się na to zgodzą. Nie panowie, to też nie Ruscy. Ani muzułmanie, ani Chińczycy, ani nawet kosmici.

– Kto w takim razie? – zapytał Robert.

– Wiecie, kto, panowie. Wiecie dokładnie, ale nie chcecie się przyznać, bo to znaczy, że znowu będziemy ryzykować swoimi dupami i zabijać ludzi. 

– Masz na myśli Anarchy Society? – dociekał Jacek.

– Nie. Rozbiliśmy tę organizację dwa lata temu. Ale jedno wiem na pewno. Jeżeli sytuacja wygląda, jak z dupy wzięta i leje się dużo krwi, trzeba podejrzewać, że w grę wchodzą apatrydzi. Absurdalne rządania, połączone z antyglobalistycznym przesłaniem, antyilitarne i antypaństwowe, to jakbym już gdzieś słyszał, co? Doskonale zdajecie sobie z tego sprawę. W końcu, do kurwy nędzy, jesteście specjalistami, tak?

Wszyscy milczeli.

– Skoro, więc trzeba to ja stawiam tysiąc na swoją opcję. Nie na konkretną organizację, a przynajmniej nie na żadną, którą znamy. To będzie coś nowego. Kilku starych aktorów plus rzesza nowych zapaleńców. Połowa zwerbowana na Małej Gliese. To, co? Zakład stoi?

Żołnierze zgodzili się. Ze sterowni rozmowie przysłuchiwał się pułkownik Tomala. Siedzący obok pilot spojrzał na oficera i wyłączył kanał ogólny.

– A pan, panie pułkowniku? – zapytał pilot. – Na kogo by pan postawił?

– A myślisz, że po jaką cholerę wzywają nas na Husarię?

Reszta lotu przebiegła w atmosferze grobowego milczenia. Po niecałej godzinie wahadłowiec zwolnił. Komunikator przerwał ciszę skrzekliwym głosem.

– Drużyna „Apatryda”, zbliżamy się do celu. Czas do lądowania piętnaście minut.

Adam pochylił się w stronę okien, by zobaczyć coś więcej. Z prawej strony wahadłowca rysowała się sylwetka stacji bojowej Theodor Roosevelt. Jej korpus był prostą, wielościenną bryłą, z której sterczało kilka opasłych ramion. Do każdego zakotwiczono wielki okręt wojenny. Spośród kolosów wyróżniało się pięć. Amerykański USS „Missisipi”, który kształtem przypominał dwudziestowieczny lotniskowiec. Drugi to francuski pancernik „Richelieu”. Jego dwa moduły mieszkalne miały kształt podłużnych walców ułożonych obok siebie, przez co całość wyglądała jak pękata dubeltówka. Obok niego cumował japoński pancernik „Yamaguchi”, który pełnił funkcję okrętu flagowego cesarskich sił kosmicznych. Największy z nich, to indyjski niszczyciel rakietowy „Mahatma”. Jego masywny korpus najeżony był wieloma obrotowymi wieżycami, a dziób wyglądał jak potężny liniowiec oceaniczny. Ostatnia z największych jednostek to niszczyciel ORP „Husaria”. Duma polskich sił zbrojnych, jeden z najnowocześniejszych niszczycieli w siłach NATO, nowiutka, bo ledwie piętnastoletnia konstrukcja amerykańsko – europejsko – japońskiego armatora. „Husaria” była pierwszym przedstawicielem swojej klasy, zaprojektowanej w Gdańskim Instytucie Planowania Kosmicznego przy współpracy chyba wszystkich uczelni i instytucji naukowych z całej Europy. Nowa seria typu „Pomorze” posiadała jeszcze dwie inne jednostki. Niszczyciele „Józef Piłsudski” i „Armia Krajowa”. Jednak żaden z nich nie mógł równać się z „Husarią”.

– Pięć minut – poinformował pilot.

Wahadłowiec zbliżał się do burty niszczyciela. Jego masywny korpus był w przeciwieństwie do starszych jednostek zintegrowany, dlatego prócz części napędowej, nie dało się odróżnić modułów mieszkalnych od bojowych i ładownych. Całość była prosta, z wyglądu aerodynamiczna, harmonijna. Okrętowi nie sterczały wieżyczki, ramiona, skrzydła czy anteny radiolokacyjne. Wszystkie systemy zbudowane były tak, aby stworzyć idealnie prostą powierzchnię, łatwą w obserwacji i obronie przeciwrakietowej. Przy skraju zewnętrznego deku znajdowało się kilka rzędów okien. Przez kadłub na skos przebiegały biało czerwone pasy, które na wysokości pierwszego deku odbijały w prawo, prowadziły wzdłuż korpusu, aż do mostka admiralskiego, który jako jedyny wyróżniał się z całej bryły. Mostek stanowił jedno dodatkowe piętro w wysokiej na niemal sto metrów konstrukcji. Na pozbawionym okien froncie kadłuba widniał odmalowany biało-czerwony, zgeometryzowany husarz, trzymający pod pachą kopię. Rycerz na plecach miał oczywiście legendarne husarskie skrzydła, którego pióra zostały groźnie zaostrzone i odchylone do góry. Obok logotypu błyszczał wielki, biały napis ORP „Husaria”. Adam mimowolnie uśmiechnął się. Lubił ten widok. Kojarzył mu się ze zgiełkiem bitewnym, ciężarem zbroi, potem ściekającym do oczu i twardą rękojeścią szabli w dłoni.

Statek dosłownie rósł w oczach. Im bardziej wahadłowiec się zbliżał tym lepiej dało się odczuć potęgę niszczyciela. W burcie, poniżej namalowanego husarza, otworzyła się pokrywa hangaru.

– Minuta do lądowania – oznajmił pilot.

– Panowie – zakomunikował Tomala. – Jesteśmy w domu.

 *

Drzwi do kabiny otworzyły się z cichym sykiem sprężonego powietrza. Do środka wmaszerował starszy oficer.

– Baczność – zaordynował Tomala. Drużyna „Apatryda” stanęła na baczność.

– Spocznij – powiedział generał.

Generał brygady Antoni Lutosławski, zwierzchnik drużyny Bohuna, miał blisko siedemdziesiąt lat, lecz nadal przebywał w czynnej służbie. Na swoje lata nie wyglądał. Zwykle dawano mu góra pięćdziesiąt pięć lat. Prezentował wyprostowaną i sportową sylwetkę, znany był z silnego uścisku dłoni, tyle samo czasu poświęcał na prace sztabowe, co na trening fizyczny. Oczywiście bez odpowiednich kuracji wysokoproteinowych oraz, nie ma, co kryć, zabiegów chemicznych oddziałujących na poziomie komórkowym aż tak dobrej formy utrzymać by się nie dało. Polska armia nie żałowała pieniędzy na kosztowne kuracje dla swoich asów.

– Podejrzewam, że niecierpliwicie się dowiedzieć, dlaczego unieważniłem wasze przepustki i w nagłym trybie ściągnąłem na „Husarię”.

– Panie generale – zagadnął Bohun, – umieramy z ciekawości.

– Przy okazji, panie generale – wtrącił się Jack – mam dla pana list od mojego syna.

Lutosławski uśmiechnął się spoglądając na żołnierzy.

– O sprawach prywatnych porozmawiamy potem. Teraz konkrety. Powód, dla którego zebrałem was nazywa się Marek Halicz alias „Cichy”. Został złapany tydzień temu przez agentów Cesarstwa Japońskiego.

Generał zrobił efektowną pauzę. Żołnierze wymienili spojrzenia.

– Widzę, że zdobyłem waszą uwagę. To dobrze, ponieważ Japończycy odstawili już więźnia, którym teraz zajmiecie się wy.

Bohun uśmiechnął się lekko.

– Panie generale, – spytał – czy ma to coś wspólnego z tym, co się teraz dzieje w Warszawie?

– Nie jesteśmy w stanie bezpośrednio połączyć schwytania Cichego z wydarzeniami na Ziemi, ale wykluczyć tego się nie da.

– Dlaczego w takim razie zostaliśmy wezwani? – Odezwał się Jacek. – Czy to nie prokuratura powinna przejąć gościa? Albo kontrwywiad?

– W tym właśnie rzecz. Oczywiście jedni i drudzy mają już swoich ludzi na „Husarii”, ale Cichy z nikim nie chce rozmawiać.

– Jak to? – Zdziwił się Młody.

– Więzień stwierdził, że będzie rozmawiał tylko z wami a konkretnie z kapitanem Rogowieckim.

Generał spojrzał na Bohuna, który był równie zaskoczony, co reszta oddziału.

– Ze mną? – Zdziwił się.      

– Dokładnie. Panowie z kontrwywiadu już ostrzyli sobie na ciebie zęby, jak zwykle węsząc spisek, ale powstrzymałem ich zapędy. Dokładnie im objaśniłem gdzie i w jakich okolicznościach miałeś okazję poznać Cichego.

– Poznać to za dużo powiedziane.

– Tym bardziej moim obowiązkiem było pogonić garnitury zanim dostaliby od ciebie w ryj. Zresztą to jest teraz nie ważne. Nos mi podpowiada, że Cichy jest zamieszany w tę awanturę z MONem, a nie zdziwiłbym się gdyby te wielkie manifestacje też były jego sprawką. Za dużo tu przypadków. Musimy koniecznie dowiedzieć się, o co chodzi.

– W jakich okolicznościach złapano Cichego? – Zapytał kapitan Rogowiecki.

– Podczas próby zniszczenia japońskich instalacji wojskowych w pasie planetoid. Według raportu Japończyków, wahadłowiec Cichego doznał uszkodzenia. Prawdopodobnie nastąpiła kolizja z jakimś obiektem odłamkowym, na tyle poważna, że komputer pokładowy postanowił wezwać pomoc. Gdyby nie to, facet pewnie nie dałby się złapać. Dokładne informacje już macie w swoich strefach.

–  No dobrze – powiedział Bohun. Głęboko wciągnął powietrze i przetarł twarz. – Co dalej?

– Za chwilę udamy się na małą pogawędkę z twoim kumplem terrorystą. Jakieś pytania?

– Panie generale – powiedział Adam. Jego twarz wyrażała głębokie skupienie. – Nie zdziwi się pan, jeżeli powiem, że nie podoba mi się to. Mój zespół tropił Cichego i jemu podobnych przez ostatnie dwanaście lat. I nigdy dotąd żaden z tych ludzi nie dał się złapać przez coś tak idiotycznego jak kolizja z meteorem. To zbyt proste. Anarchy Society, najgroźniejszy twór Cichego, rozbiliśmy dopiero po pięciu latach śledztwa. Straciłem trzech ludzi, w powietrze wyleciało kilka obiektów wojskowych, zginęły setki ludzi z personelu technicznego, sam nie zliczę ilu z jednostek antyterrorystycznych. Urządziliśmy wielką obławę, złapaliśmy lub zlikwidowaliśmy wszystkich członków organizacji. I nawet wtedy Cichemu udało się uciec.

– Do czego zmierzasz?

– Zmierzam do tego, że ten facet nie daje się tak po prostu złapać.

– Dlatego właśnie to ty będziesz z nim rozmawiał.

Lutosławski podszedł do kapitana. Minę miał zaciętą.

– Adam, we łbie tego faceta siedzą informacje, które muszę mieć. Jeśli my ich nie wyciągniemy, zrobią to Amerykanie. Oni też bardzo nie lubią Cichego i na pewno chcieliby zadać mu kilka pytań. Halicz trafił do nas tylko, dlatego, że Japończykom nie w smak metody Jankesów. Ale jeśli szybko nie zadziałamy to koledzy raz dwa zlepią w Brukseli rezolucję, żeby Cichego oddać pod opiekę Wuja Sama. Rozumiemy się?

*

Wzdłuż Alei Ujazdowskich przelewał się barwny tłum. Mimo zbliżającej się północy, ulica jaśniała setkami pochodni, latarek, reflektorów i sztucznych ogni. Skandujący antyglobalistyczne hasła manifestanci, wypełniali całą szerokość alei. Tłum przelewał się w stronę ulicy Klonowej, gdzie mieścił się gmach MON. Tysiące manifestantów wykrzykiwały hasła po polsku, angielsku, chińsku i rosyjsku. Krzykom towarzyszyły chaotycznie wygrywane nuty bębnów, werbli, trąbek i gwizdków. Ponad hałas wybijał się głos przemawiających działaczy anarchistycznych. Nad ich głowami powiewały różnokolorowe transparenty. Te mniej agresywne głosiły hasła typu „Precz z NATO”, „Precz z UE”, „Armia do pługa”, „Precz z wojną”, „Kosmos bez broni”. Te o mniej wysublimowanej treści, takie jak „Jebać system”, „Wojsko do dupy, prezydent do ciupy”, były powodem awantur z oddziałami prewencji. Z okazji do zaprezentowania swoich jedynie słusznych haseł skorzystali też inni ideolodzy. Znaleźli się komuniści, apatrydzi, przebrana w renesansowe ciuchy grupa monarchistów, równie kolorowy tłum gejów i lesbijek, a nawet kilkuset miłośników UFO. Ci ostatni wyróżniali się tylko strojem, bo po ostrej bijatyce z ultrakatolicką bojówką, postanowili się nie wychylać. Godzinę wcześniej przed Belwederem znalazł się też wyposażony w pały i butelki oddział neonazistów. Ich pojawienie się spowodowało pewnego rodzaju konsternację. Tysiące zgromadzonych punków, heavy metalowców i rastamanów z niedowierzaniem obserwowało, jak kilkadziesiąt łysych głów wymachiwało bronią, grożąc, że zrobią wreszcie porządek z brudasami. Rzeczone brudasy, w imię swych pacyfistycznych poglądów, już miały dokonać masakry, kiedy jakiś trzeźwo myślący działacz Młodzieży Wszechpolskiej wynegocjował zawieszenie broni. Kilku skinheadów nie uznało rozejmu. Co się z nimi stało, tego nie wie nikt.

Marek przeciskał się przez bandę śpiewających mantry krisznowców. Od samego rana z trudem znosił rozochocony tłum, czekając na umówiony sygnał. Na wszelki wypadek, aby zbytnio nie rzucać się w oczy, raz na godzinę zmieniał lokację. Teraz, chwilę po północy, miał już naprawdę dość. Noc była ciepła, lecz on musiał nosić długi, zapięty pod szyję płaszcz. Ukryty pod spodem karabin zapewne spowodowałby serię niewygodnych pytań. Dodatkowe akumulatory i granaty irytująco uwierały. Otuchy dodawał pancerz, który uruchomił system chłodzenia i wymiany powietrza z otoczeniem.

– Hej bracie! Podpiszesz się pod petycją o rozbrojeniu? – Marek powoli się odwrócił. W pierwszej chwili chciał skląć młodego krisznowca, lecz trzymając się zasady niezwracania na siebie uwagi, krzywo się uśmiechnął i burknął, że nie podpisze. Krisznowiec chciał dalej nalegać, ale Marek posłał mu bardzo nieprzyjemne spojrzenie. Chwilę później przed oczami tajniaka pojawił się upragniony komunikat o połączeniu z linii utajnionej.

–  Wilga, tu Poseł. Jesteśmy – odezwał się głos w uchu.

Marek spojrzał w górę i zobaczył światła zniżającej lot czarnej limuzyny. Gazy wylotowe silników skutecznie rozgoniły pulsujący tłum. Limuzyna miękko osiadła na asfalcie. Marek przecisnął się przez tłum, wsiadł na tylną kanapę, a komputer pokładowy zatrzasnął drzwi. Maszyna powoli wzniosła się w górę. Marek spojrzał na obecnych w limuzynie mężczyzn. Było ich czterech. Jeden ubrany był w elegancki garnitur, a pozostali dopinali pancerze bojowe i rozkładali broń energetyczną.

– Dlaczego to trwało tak długo? – zapytał Marek, rozpinając płaszcz.

Odpowiedział ten w garniturze. Był to starszy mężczyzna o siwych włosach z głębokimi zakolami.

– Dopiero teraz dostaliśmy sygnał do działania. Nie marudź proszę.

– Panie Pośle, ja nie marudzę. Każda godzina w tłumie zwiększała możliwość wykrycia.

Nazwany Posłem mężczyzna tajemniczo się uśmiechnął.

– Nie było żadnego ryzyka – odparł.

– Też mi – żachnął się Marek, ale nie drążył. Zajął się dopięciem pancerza i złożeniem broni. Tymczasem Poseł skupił się na rozmowie.

– Minister Andrucki z tej strony. Proszę o zgodę na lądowanie. Wymóg tajności, dostęp do lądowiska beta. Trzy limuzyny marki mercedes, Ministerstwo Obrony Narodowej. Czas półtorej minuty.

Uzbrojeni mężczyźni przyglądali się Posłowi. Ten zakończył połączenie i poinformował:

– Wchodzicie za chwilę. Tamci niczego się nie spodziewają. Macie około dziesięciu minut na unieszkodliwienie systemu ostrzegania i monitoringu. Jeśli wam się nie uda, całą akcję szlag trafi.

– Tutaj też nie ma ryzyka – zapewnił Marek.

 *

Kapitan Senthil Praghakar w pośpiechu opuszczał budynek Ambasady Indii. W towarzystwie kilku podoficerów, dobiegł do płotu, okalającego wewnętrzny pierścień bezpieczeństwa. Przesunął dłonią po czytniku i otworzył bramkę. Dopinając mundur, zastanawiał się o co chodzi. Powiedziano mu tylko, że jakieś szychy z polskiego rządu w trybie awaryjnym poprosiły o zgodę na lądowanie. Gdy znalazł się na płycie lądowiska, trzy czarne limuzyny zniżały lot. Syk lądowników przebił się ponad hałas dochodzący z ulicy Gagarina. Senthil ustawił oddział w szyku reprezentacyjnym, a sam podszedł do środkowej maszyny. Boczne drzwi uniosły się w górę. Hindus przyjął postawę zasadniczą i już miał zasalutować, gdy poczuł trzy silne uderzenia w klatkę piersiową i bezwładnie padł na beton. Z maszyny wysypały się mroczne sylwetki. Kapitan Praghakar jak przez mgłę zarejestrował stęknięcia broni energetycznej. Wiązki laserów przepaliły mundury oddziału reprezentacyjnego. Patrząc na leżące na betonie ciałą podkomendnych, wytężył całą siłę woli by sięgnąć do kabury, lecz nie czuł ani rąk ani reszty ciała. Spróbował wywołać kanał alarmowy, lecz jego sygnały były skutecznie zagłuszane. Resztką sił odwrócił głowę na bok po to tylko, by zobaczyć wycelowaną w siebie lufę. Trafienia w głowę nie poczuł.

 *

Marek, przyklejony do drzewa, obserwował w podczerwieni tylne wejście do ambasady indyjskiej. W okularze hełmu oglądał transmisję z kamer pozostałych uczestników akcji.

Trzech komandosów dobiegło do drzwi. Pozostali kryli się w idealnie wyćwiczonej kombinacji, zapewniającej w razie potrzeby pokrycie ogniem terenu wokół nich. Gdy ciemne sylwetki zniknęły we wnętrzu, do Marka dotarł komunikat.

– Wilga, tu Jonasz. Korytarz zabezpieczony, terminal aktywny.

– Podłączyć się do systemu – szepnął Marek. – Grupa Srebro zabezpieczyć przedpole, reszta do środka. Grupa Złoto pomieszczenia wzdłuż korytarza, Grupa Kamień klatka schodowa.

Grupy zamaskowanych operatorów zaczęły płynnie zmieniać pozycje. Pochyleni, z wycelowaną bronią, wykonywali rozkazy z wystudiowaną precyzją. Ani na chwilę nie stracili z oczu choćby ułamka przestrzeni wokół nich. Momentalnie wychwycili wychodzącego z krzaków oficera, który niczego nieświadom zapinał rozporek. Jeden z karabinów stęknął od niechcenia, a oficer padł bez ducha. Gdy straż tylna znalazła się w budynku, pomieszczenia wzdłuż korytarza oraz klatka schodowa były już zabezpieczone.

– Meldować – polecił Marek.

– Wilga, tu Rambo. Klatka czysta, pierwsze piętro w ruchu. Siedem celów, trzy wojskowe.

– Wilga, tu Gerber. Parter czysty, personel sześć. Zlikwidowani.

– Jonasz?

– Jeszcze chwilę – odparł mężczyzna. Stał przy otwartym panelu w ścianie, do którego podłączył kabel z nadgarstka. – Mam – zakomunikował. – System złamany, mam pełną kontrolę.

– Wyłączaj światła, w monitoring puszczaj nagrania. Szum w kanały alarmowe. Grupy Złoto, Kamień i Drewno pierwsze piętro – polecił Marek. – Pamiętajcie o celach wyznaczonych do pojmania. Resztę zlikwidować.

Ułamek sekundy później w całym budynku Ambasady Republiki Indyjskiej zgasły światła, a dostęp do sieci został zerwany. Świat zewnętrzny nie zwrócił na ten fakt uwagi. I choćby nawet doszło do upragnionego w erze kosmicznej lądowania obcych, chaos panujący na sąsiednich ulicach, skutecznie odwrócił uwagę od czegokolwiek.

*

Gładkie ściany pomieszczenia równomiernie rozpraszały światło, płynące z punktowych lamp. Nie świeciły zbyt mocno, co dawało efekt tajemniczego półmroku. Światła starczało, by dostrzec stojący na środku pokoju stół i trzy krzesła. Poza tym wewnątrz nie znajdowało się nic. Ciężko było rozróżnić choćby drzwi, ponieważ chromowane ściany podzielone były na jednakowe, pionowe panele. Nagle jeden z nich lekko się cofnął i gładko usunął na bok. Do środka wmaszerował Bohun i zasiadł na jednym z krzeseł. Dłuższą chwilę trwał w milczeniu. Kolejny panel, tym razem naprzeciwko żołnierza, dostojnie usunął się w bok. Z mroku wyłoniła się sylwetka. Był to średniego wzrostu mężczyzna, ubrany w ciemnozielone bojówki i bordowy sweter. Dwaj komandosi doprowadzili więźnia do stołu, po czym wycofali się i zniknęli w przejściu. Drzwi się zamknęły.

Wprowadzony do pokoju mężczyzna rozglądał się, jakby w ogóle nie zauważał Adama. Więzień był lekko zgarbiony, a dłonie skrępowane kajdankami. Jego ruchy były nagłe, jakby nieskoordynowane. Co chwilę marszczył nos, głośno wciągając powietrze. Głośno przełykał i mlaskał, energicznie poruszając ustami. Na czoło opadał mu niepokorny kosmyk włosów, które wyglądały na przetłuszczone lub mokre. Bohun zauważył, że mężczyzna miał za uchem przyklejony tampon, przez który sączyła się czerwień. Więzień uchwycił spojrzenie Adama.

– No tak – mruknął Cichy. – Twoi kumple Japole brutalnie pozbawili mnie wszelkich środków komunikacji. Czy to przypadkiem nie jest zabronione tak traktować jeńców? – Cichy skrępowanymi dłońmi odgarnął z czoła kosmyk włosów i przyjrzał się Bohunowi. Ten obserwował każdy ruch, choć nie spodziewał się ataku. Wiedział, że Cichy chciał rozmawiać.

– Mogło coś mi się stać, wiesz? – zagadnął. – Mogli uszkodzić mój mózg. I jak wtedy bym zeznawał?

– A będziesz? – spytał spokojnie Bohun, choć buzowała w nim ochota, by złapać terrorystę za szmaty i wypastować nim ścianę.

– Będę co? – odparł Cichy. Mlasnął dwa razy i przełknął jakby właśnie coś zjadł. – Zeznawał?

– Tak. Będziesz zeznawał?

– Oczywiście – rzekł szeroko się uśmiechając – ale w zasadzie nie bardzo mam o czym. Przecież wszystko, co zrobiłem już dawno zostało udowodnione. Nawet teraz, no nie? Złapali mnie na gorącym uczynku. Majstrowałem przy ładunkach wybuchowych. Chciałem wysadzić japońskie silosy, zabić wielu ludzi. – Cichy syknął przeciągle. – No, no, no. Szykuje się niezły wyrok.

Bohun zdawał sobie sprawę, że terrorysta kpi, ale nie interweniował. Musiał przyjąć rozgrywkę, jeśli miał się czegokolwiek dowiedzieć.

– Może i tak – powiedział kapitan Rogowiecki – ale podobno sam chciałeś ze mną rozmawiać. Przejdźmy więc do rzeczy.

– Jaki to służbowy ton, jaki to oficjalny pan kapitan. Fiu fiu. A ja tak po przyjacielsku chciałem porozmawiać ze starym znajomym.

– O czym?

Cichy wykonał kilka dziwnych ruchów, jakby coś uwierało go w plecy. Pochylił się nad stołem i zagadnął.

– Szanuję cię, wiesz? Nie dlatego, że umiesz się bić czy strzelać. To żadna filozofia. Ale ty, jako jedyny z twojej drużyny, wierzysz w to co robisz.

– A skąd niby miałbyś to wiedzieć?

– Ha! Skąd? Gdybym nie potrafił oceniać ludzi, to nigdy nie zrobiłbym tyle, co zrobiłem.

– Co cię łączy z napaścią na Ministerstwo Obrony Narodowej? – wypalił kapitan.

– Co mnie łączy? – zdziwił się Cichy. Minę zrobił jak oskarżone o zbicie szyby dziecko. – A co mnie może łączyć? Przecież byłem tutaj, o proszę – skwitował, pokazując kajdanki na rękach.

Adam poczuł jak ciśnienie skacze mu niebezpiecznie wysoko. Nie wiedział, dlaczego, ale był stuprocentowo pewien, że Cichy maczał palce w ataku na MON.

– Halicz, nie pieprz, tylko mów, o co chodzi.

– Ho, ho  – zaśmiał się Cichy. – Po nazwisku do mnie? Zapomniałeś, że ja nie uznaję żadnych takich? Jestem apatrydą, bezpaństwowcem. Odrzucam wszelkie oznaki państwowej przynależności, z nazwiskiem włącznie.

– Co za bzdura – odparł Adam. – Nazwisko określa twoją rodzinę, nie twoje obywatelstwo.

– Więc jednak pogadamy o pryncypiach – mruknął Cichy, wyraźnie zadowolony. – Ma pan kapitan rację, ale moja rodzina pochodzi z Polski, dlatego ją też odrzucam, bo nie chcę być w żaden sposób kojarzony z tym czy innym krajem. Ani narodem. Wszystkie te pojęcia kosztowały ludzkość miliony istnień, były podstawą dla nienawiści, zbrodni, wykrzywienia ludzkich wartości. I dlatego je odrzucam.

– Zbrodni takich jak twoje – nerwowo skomentował kapitan.

– Nie takich. Zabijałem tylko przedstawicieli aparatu państwowego albo wojskowego, które uważam za zło. A skoro coś jest dla mnie złe, staram się to zlikwidować.

– Może i tak. Ale twoje akcje kosztowały życie około sześciu tysięcy cywili.

– To nie moja wina. Gdyby którykolwiek z rządów posłuchał mnie, zgodził się na moje propozycje…

– Żądania – wtrącił Bohun.

– …nie byłoby żadnych ofiar. Jak sam wiesz nie można z nimi negocjować, jeśli nie występuje się z pozycji siły. Niech pan kapitan zauważy, że ci ludzie, którzy rządzą obywatelami państw, tak naprawdę nie posunęli się w rozwoju emocjonalnym dalej niż małpy. Nadal obowiązuje system, w którym liczy się naprężanie muskułów, ilość skatowanych konkurentów i wyruchanych bab. Dokładnie to samo, co goryle. Zabiliby sąsiada za źle zaparkowany wóz. Dlatego odrzucam ludzkość w takim kształcie, w jakim jest teraz.

– Co ty mi tu za bzdury opowiadasz? A co się dzieje na Małej Gliese? Mało tam rozbojów i morderstw? Mało katowania słabszych?

– Owszem, panuje tam anarchia. Ale o to właśnie chodziło. To pierwszy w historii ludzkości ustrój społeczny oparty w całości na anarchii, połączonej z nowoczesną technologią i systemem hierarchii naturalnej. Jest on zupełnie sprawiedliwy, a każdy, kto się na tej planecie osiedla, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co go czeka. Podejmuje decyzję na własne ryzyko. I tak samo jak na Ziemi, może mu się stać od drugiego człowieka krzywda. Jest tylko jedna różnica. Oni tam nie zasłaniają się jakimiś prawami, nie ma hipokryzji. Wszystko jest proste i uczciwe. Dlatego coraz więcej ludzi staje się dobrowolnie apatrydami i emigruje na Małą Gliese.

– Dość tego – warknął Adam zrywając się z krzesła. Dopadł do Cichego, chwycił za sweter i pociągnął do góry. – Mów, co wiesz o grupie z MON. Szybko!

W odpowiedzi Cichy zaśmiał się skrzekliwie. Wbił palce w rękę oficera, zacisnął mocno, aż do krwi. Adam rzucił Cichym w stronę ściany, przedramieniem docisnął gardło. Przyduszony więzień zacharczał, lecz uśmiech nie znikał z jego twarzy.

– Odpowiadaj!

Drzwi do pomieszczenia otworzyły się i do środka wpadło czterech uzbrojonych żołnierzy. Odciągnęli Bohuna i wyprowadzili. Reszta drużyny „Apatryda”, w towarzystwie pułkownika Tomali i generała Lutosławskiego, czekała w pokoju kontrolnym. Żołnierze puścili Bohuna. Adam rozejrzał się po zaskoczonych twarzach i natknął się na karcące spojrzenie przełożonego.

– Przepraszam panie generale – spokojnie wyjaśnił Bohun. – Ten facet zawsze wyprowadzał mnie z równowagi. A teraz szczególnie. Miałem nadzieję, że mamy go z głowy a tu proszę. Niech pan wybaczy.

– Nic się nie stało, panie kapitanie. Wrócimy do przesłuchania jutro.

Adam zwrócił się w stronę podwieszonych na ścianie monitorów. Każdy z nich wyświetlał obraz pokoju przesłuchań z innej kamery. Oficer zobaczył, jak Cichy siada przy stole i poprawia pognieciony sweter. Więzień cały czas się uśmiechał.

– On coś knuje – szepnął Bohun.

Przejdź do części 2.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s