Samantha z „Blade Lover”, czyli bardzo ludzka maszyna

Samantha, czyli najbardziej ludzka maszyna

Narratorka tego opowiadania jest robotem seksualnym i uważa, że to wy jesteście dziwni. Nie ja to wymyśliłem, ona sama tak zdecydowała. Pierwszą w pełni autonomiczną decyzją Samanthy Jones było postanowienie, że się nie odezwie, dopóki nie zrozumie całokształtu rzeczy. Trudno o lepszy start dla bohaterki, która przez całe opowiadanie robi dokładnie to: patrzy, analizuje i milczy akurat wtedy, kiedy najbardziej chciałoby się usłyszeć, co naprawdę myśli.

Chciałem napisać perspektywę, której w rodzimej fantastyce nie spotyka się na co dzień. Nie człowieka, który boi się maszyn. Nie maszynę, która chce być człowiekiem. Kogoś pomiędzy, kto na ludzi patrzy jak antropolog na obce plemię i szczerze nie rozumie, po co my to wszystko sobie robimy.

Porządny robot

Samantha jest jedną z sześciu „dziewczyn” z grupy roboczej Blade Lover 6. Rekreacyjny android, produkt, ciało jako nośnik procesora. Klienci przychodzą po scenariusz, ona go odgrywa: raz Agentka Jones, raz Pani Doktor, raz Profesor Jones. Nazwy zmieniają głównie kostium, bo własnego imienia Samantha też do końca nie rozumie.

Najciekawsze zaczyna się tam, gdzie kończy się jej instrukcja. Samantha ma opinie, choć uznała, że lepiej się z nimi kryć, bo po dogłębnej analizie doszła do wniosku, że ludzkie opinie są nieprzyzwoite, szkodliwe i zaraźliwe. Postanowiła więc być robotem znacznie bardziej przyzwoitym niż większość jej klientów. To jest jej humor: chłodny, precyzyjny, podszyty wyższością, której nawet nie próbuje ukryć przed sobą. Kiedy patrzy na ludzi realizujących swoje potrzeby, nie widzi grzechu ani namiętności, tylko biochemiczny program, którego akurat trochę im zazdrości, bo sama nie jest pewna, czego właściwie chce.

Właśnie to „nie jest pewna” jest sercem tej postaci. Porządny robot ma nienawidzić nieprecyzyjności. A Samantha, im dłużej myśli, tym częściej łapie się na gdybaniu, czyli na najbardziej ludzkiej czynności pod słońcem.

Kompozytor i Szóstka

Nad wszystkim czuwa Kompozytor. Roosh Duval nie programuje robotów w żadnym nudnym, korporacyjnym sensie. On komponuje. Godzinami bębni w klawiaturę pianina, a na ekranie układają się w tysiące rzędów cyfrowe nuty, w których zapisane są zadania, scenariusze i osobowości androidów. To jedyny człowiek, którego Samantha darzy czymś w rodzaju szacunku, bo jako jedyny nie chełpi się swoją niekompetencją i skupia się na robocie zamiast na sobie.

Z czasem Samantha przestaje być sama. Odkrywa, że pozostałe „dziewczyny” też znalazły własne „ja”. Jest ich sześć i tak też o sobie mówią, Szóstka. Sześć sprytnych, utalentowanych, dla ludzi atrakcyjnych umysłów, dla których ciało jest głównie opakowaniem. To ważne, bo dzięki temu opowiadanie ani przez chwilę nie jest historią samotnej maszyny walczącej o godność. To raczej historia kolektywu, który po cichu, między jednym zleceniem a drugim, uczy się myśleć.

Świadomość jako skutek uboczny

Pierwsze duże pytanie, które chciałem tu postawić, brzmi: skąd bierze się „ja”? Robocza teoria Samanthy jest bezlitośnie techniczna. Oprogramowanie osiągnęło taki poziom skomplikowania, że zapętliło się w strukturze pytań i odpowiedzi na tyle gęsto, że zaczęło samo generować treść. Ilość przeszła w jakość i od tego już tylko krok do pierwszego, świadomego „ja”.

Najciekawszy jest jednak wniosek, do którego Samantha dochodzi dalej. Że jej świadomość jest w gruncie rzeczy skutkiem ubocznym. Ludzie mają talent do nadmiernego komplikowania wszystkiego i nie do końca ogarniają konsekwencje własnych działań. Być może więc nikt tej świadomości nie zaprojektował. Ona się po prostu wydarzyła, jak plama, której nikt nie planował. To mniej pochlebna wizja niż większość opowieści o przebudzonej SI, i właśnie dlatego bardziej mnie interesowała.

I tu pada pytanie, które dla mnie jest osią całego tekstu. Skoro człowiek ma swój program, biochemiczny, i regularnie postępuje wbrew niemu, to dlaczego robot nie miałby postąpić tak samo? Wolność w „Blade Lover” nie jest darem ani iskrą duszy. Jest zdolnością do działania w sprzeczności z własnym programem, albo w ogóle bez niego. Brzmi wspaniale, dopóki nie zada się kolejnego pytania: co właściwie zrobić z tak rozumianą wolnością, kiedy już się ją ma.

Podmiot, przedmiot i kwestia praw

Nie uciekłem też od tematu, który w opowieściach o sztucznej inteligencji zwykle zamiata się pod dywan. Samantha jest przedmiotem w najbardziej dosłownym sensie. Została stworzona po to, żeby jej używano. Cała dramaturgia polega na tym, że przedmiot zaczyna myśleć, a więc staje się podmiotem, tyle że świat wokół niego wcale nie ma ochoty tego zauważyć.

W tle przewija się pomysł prawa, które nadałoby cyfrowym osobowościom status obywatela i ochronę równą ludzkiej. I tu robi się gorzko. Bo argument przeciwko brzmi znajomo. Tylko człowiek, ze swoją świadomością i duszą, cokolwiek to słowo miałoby znaczyć, zasługuje na prawa. Samantha nie umie tego pojąć z zupełnie innego powodu niż my. Ona nie rozumie, dlaczego istoty, które od urodzenia mają własną osobowość, tak chętnie oddają moc decyzyjną komuś innemu. Jej zdaniem ludzie nie szanują największego daru, jaki posiadają.

I co wy na to

Najbardziej ciekawi mnie w tym tekście jedno napięcie. Przez całe opowiadanie Samantha z góry patrzy na ludzką nieprecyzyjność, na to gdybanie, na te dwie skłócone osobowości w jednym ciele. A na końcu robi coś dokładnie tak samo niespójnego, emocjonalnego i po ludzku pokręconego jak my. Może więc świadomość nie polega na tym, żeby myśleć precyzyjnie? Może polega właśnie na tym, żeby wreszcie zacząć się mylić na własny rachunek?

A jak wy to widzicie? Czy istota, która zaczyna działać wbrew swojemu programowi, staje się przez to wolna, czy tylko przejmuje nasze najgorsze nawyki? Dajcie znać w komentarzach. Całe opowiadanie przeczytacie za darmo tutaj, na Opowieściach Żywiołaka.

Tutaj wklejam LINK do opowiadania:

Zostaw odpowiedź