Jest taki mit, uroczy w swojej naiwności, że żeby pisać fantastykę, wystarczy wyobraźnia. Smok, magia, miecz, jakiś prorok i ruszamy. Otóż nie. Możecie sobie wymyślić najbardziej fantazyjny świat pod słońcem, ale jeśli nie wiecie, jak działało prawo dziedziczenia w średniowieczu, ile czasu zajmowało przegrupowanie wojsk pieszych czy dlaczego chłop nie mógł sobie tak po prostu „pójść do miasta”, to wasz świat będzie miał tyle wiarygodności co obietnice wyborcze.
Ja akurat miałem ten komfort, że zanim zacząłem świadomie budować światy, dostałem solidną dawkę historii w pakiecie ze studiami. Politologia na profilu historycznym, praca magisterska o Irlandzkiej Armii Republikańskiej – brzmi jak coś zupełnie niezwiązane z fantastyką, prawda? A jednak to właśnie tam nauczyłem się czegoś znacznie ważniejszego niż daty bitew: jak myśleć o mechanizmach, które napędzają historię. Konflikty, propaganda, narracje budowane na traumie, granice, których nikt nie chciał, ale wszyscy musieli żyć z ich skutkami. To jest materiał, z którego naprawdę robi się dobre uniwersa.
Wiedza historyczna to nie ozdobnik, to fundament
Wielu twórców fantastyki traktuje historię jak sklep z dekoracjami – wezmę sobie zamek, miecz, jakiegoś rycerza, dorzucę smoka i mam średniowiecze. Tymczasem historia daje coś znacznie cenniejszego niż rekwizyty: daje logikę świata. Dlaczego ludzie w danej epoce bali się tego, a nie tamtego? Jak wyglądała codzienność, kiedy nie było antybiotyków, telefonów i demokracji w dzisiejszym rozumieniu. Jak technologia – czy to proch, koń, czy maszyna parowa – zmieniała nie tylko pole bitwy, ale całe społeczeństwa?
Kiedy znacie te mechanizmy, wasi bohaterowie przestają być kostiumami z wypożyczalni. Zaczynają myśleć tak, jak myślałby człowiek danej epoki, a nie człowiek XXI wieku przebrany za średniowiecznego wojownika, który nagle ma poglądy na równość płci wyssane z Twittera. To jest różnica między światem prawdziwym a światem-dekoracją.
Jak ja to robię – kilka przykładów z własnej kuchni
Nie będę was zamęczał teorią bez pokrycia, więc parę przykładów z mojej twórczości, gdzie historia była nie ozdobą, a szkieletem opowiadania.
„List do Eleonory” – opowiadanie osadzone w uniwersum inspirowanym obrazami Jakuba Różalskiego, gdzie realia I wojny światowej miesza się z elementami fantastycznymi. Bez znajomości tego, jak wyglądała wojna okopowa, jak funkcjonowała korespondencja frontowa, jaki był język i emocje tamtego czasu – ten tekst byłby pustą scenografią. A tak ma ciężar.
„Doktryna Ludendorffa” – tu poszedłem w historię alternatywną. Inne zakończenie I wojny światowej, inny rozdział XX wieku. Przy tym tekście bardzo pomogły mi lata spędzone w Dublinie – bo żeby wiarygodnie pisać o tym, „co by było gdyby”, trzeba najpierw dogłębnie zrozumieć, co faktycznie było. Historia alternatywna, która nie szanuje historii rzeczywistej, to nie fantastyka, to fanfiction bez podstaw.
„Skandal na Jarotach” – tutaj zmieszałem coś bardziej osobistego: własne wspomnienia z dzieciństwa z realiami PRL-u. To jest ciekawy przypadek, bo pokazuje, że „wiedza historyczna” to nie tylko daty z podręcznika – to też pamięć, klimat epoki, drobne detale, które nie trafiają do encyklopedii, ale trafiają do opowiadania.
I generalnie – moje światy fantasy zwykle mają jakiś konkretny historyczny szkielet pod spodem. Czasem to jest próba poprowadzenia realnej historii w inną stronę, czasem alternatywny rozwój technologii albo myśli społecznej i filozoficznej. Zabawa „realiami” – nie fantazją o realiach, a realiami – to dla mnie najprzyjemniejsza część worldbuildingu.
A teraz ta część, gdzie robię się zgryźliwy
Tu jest jednak pewien paradoks, który mnie bawi i jednocześnie wkurza. My, autorzy fantastyki, traktujemy historię z szacunkiem, bo wiemy, że bez niej nasze światy się zawalą. A jednocześnie obserwujemy, jak ludzie, którzy historią rządzą na poważnie – politycy – traktują ją jak plastelinę. Ugniatają, naginają, dorabiają zakończenia, których nie było, wyrzucają fragmenty, które nie pasują do aktualnej narracji.
Różnica między mną a takim politycznym „twórcą historii alternatywnej” jest jedna, ale fundamentalna: ja na początku tekstu piszę „to jest fantastyka”. On nie. On sprzedaje elektoratowi fikcję jako fakt, najczęściej w starannie wybranym opakowaniu strachu. Bo nic tak nie mobilizuje elektoratu, jak dobrze ugotowany lęk – a najlepiej gotuje się go na historycznym wywarze, bo tam zawsze znajdzie się jakiś krzywda, jakiś wróg, jakaś rocznica, którą można odpowiednio podgrzać.
Śmieszne w tym jest to, że ci sami ludzie, którzy na poważnie tłumaczą wam „prawdziwe znaczenie” jakiejś bitwy z XVII wieku, najczęściej nie umieliby rozpisać prawidłowo szyku bojowego ani odpowiedzieć, czym się jadło w tamtej epoce. Historia dla nich to nie wiedza – to amunicja. A amunicją, w przeciwieństwie do faktów, nie trzeba się dzielić ze wszystkimi naraz, wystarczy wystrzelić w odpowiednim momencie.
My, twórcy, mamy w tym względzie komfortową pozycję. Możemy się bawić historią całkowicie świadomie, bawić się „co by było gdyby”, przesuwać granice, zmieniać zakończenia wojen – i nikogo to nie boli, bo wszyscy wiemy, że to fikcja. Polityk, który robi to samo i każe wam w to wierzyć jako w fakt, nie tworzy fantastyki. Tworzy coś dużo bardziej niebezpiecznego – świat, w którym nie odróżnia się już prawdy od narracji, a strach staje się walutą.
Więc po co wam ta historia, koledzy i koleżanki od pisania
Po to, żeby wasze światy miały ciężar. Żeby wasi bohaterowie myśleli jak ludzie swojej epoki, a nie jak postaci z gry komputerowej w kostiumach historycznych. Żeby wasza fantastyka, nawet najbardziej szalona, miała w sobie ziarno prawdy, które czytelnik poczuje, nawet nie wiedząc dlaczego.
I po to, żebyście – w przeciwieństwie do pewnej grupy zawodowej, której nie będę tu wymieniał z imienia – wiedzieli, gdzie jest granica między „bawię się historią, żeby stworzyć coś nowego” a „naginam historię, żeby kogoś przestraszyć lub czymś manipulować”. Bo ta granica istnieje. I trzeba ją znać, najlepiej z wiarygodnego źródła, a nie z sejmowej trybuny.
Czytajcie historię. Nie tylko po to, żeby pisać lepszą fantastykę. Także po to, żeby rozpoznać, kiedy ktoś próbuje wam ją sprzedać jako coś innego, niż jest.
