Dziesięć przykazań, dziesięć tysięcy poradników
Jest taki rodzaj treści, który mnoży się szybciej niż króliki na wiosnę. „Dziesięć zasad dobrego opowiadania”. „Siedem rzeczy, których nigdy nie wolno robić w pierwszym rozdziale”. „Trzy elementy, bez których powieść umrze”. Wpiszcie sobie do wyszukiwarki cokolwiek związanego z pisaniem, a algorytm zasypie was poradnikami po sufit. Niektóre są naprawdę dobre. Niektóre są zbiorem oczywistości spisanych z większą pewnością siebie, niż mają autorzy bestsellerów. Większość ma jedną wspólną cechę: mówi wam, że MUSICIE. Musicie wzruszyć. Musicie dać rozrywki. Musicie zbudować trójaktową strukturę. Musicie zacząć od akcji. Musicie zaskoczyć. Musicie, musicie, musicie.
Co się zmieniło, czyli moment, w którym przestałem słuchać
To było tak. Wpierw pisałem, co mi ślina na język przyniosła. Teksty były nieogarnięte, z błędami, ich logika się chwiała – przynajmniej dzisiaj tak na nie patrzę. W rzeczywistości nie były aż tak złe, jak teraz piszę. Niektóre nawet wziąłem po latach na warsztat i niewielkim wysiłkiem zrobiłem z nich coś wartego czytania. Ale generalnie lata temu wyglądało to tak, że pisanie było AKTem przez duże tfu. Było to pisanie napędzane natchnieniem, z nieufnością patrzące na logikę i strukturę. Z jednym wyjątkiem (o którym napiszę innym razem, bo to wyjątkowa sytuacja), żaden z tekstów nie spotkał się z zainteresowaniem wydawców.
Zacząłem więc się douczać. Śledziłem poradniki, czytałem te wszystkie strony, blogi, robiłem notatki, próbowałem ułożyć w głowie taką taksonomię obowiązków, jakbym przygotowywał się do egzaminu na pisarza. Wtedy jeszcze internet nie pękał w szwach od najprawdziwszych prawd na każdy temat, w tym na temat pisania. Ale było tego wystarczająco dużo, żeby powoli gubić się w meandrach UWzD (Uniwersytetu Wiedzy z Dupy), który powoli otwierał pierwsze filie.
Pisałem opowiadania, w których co chwilę sprawdzałem, czy nie zapomniałem o jakimś obowiązkowym składniku. Wzruszenie? Jest. Punkt zwrotny w odpowiednim momencie? Jest. Bohater z wewnętrznym konfliktem? Jest, choćby na siłę. I wiecie co? Te teksty były grzeczne. Były poprawne. Były bezbarwne jak gotowana woda. Nikt ich nie chciał publikować, a ja sam nie miałem ochoty do nich wracać.
W pewnym momencie odpuściłem. Nie dlatego, że uznałem się za geniusza, który nie potrzebuje rad. Raczej dlatego, że zorientowałem się, jak bardzo te zasady mnie blokują. Każdy akapit pisałem przez filtr „czy to wystarczająco wzruszające, czy mam tu wystarczająco silne emocje, czy bohater jest wystarczająco złamany”. Zamiast pisać historię, prowadziłem audyt zgodności z poradnikami.
Przestałem. Skupiłem się na jednej rzeczy, którą czułem na początku drogi autora, ale brakowało mi wtedy jeszcze warsztatu. Zacząłem opowiadać tak, jak opowiadam znajomym przy stole. Zacząłem patrzeć, czy mnie samego ciągnie do następnego zdania, czy mi się chce dopisać następny akapit, czy ten pomysł na zwrot akcji rzeczywiście mnie bawi, czy tylko spełnia jakiś wymóg z listy. I dopiero wtedy wydawcy zauważyli moje teksty. Najpierw jeden, potem drugi. Potem nagroda. Potem antologia. Potem kolejne zaproszenia do zbiorów. Nie dlatego, że nagle zacząłem stosować wszystkie zasady idealnie. Dlatego, że przestałem je stosować na siłę.
Jedyna zasada, w którą wierzę
A teraz powiem rzecz, która zabrzmi banalnie, dopóki naprawdę nie zacznie się jej stosować. Celem opowiadania historii jest jej dobre opowiedzenie. Tyle. To wszystko. Cała teoria, cała poetyka, cała narratologia i mądrografia da się sprowadzić do tego jednego zdania, choć mało kto chce je wypowiedzieć, bo brzmi zbyt prosto, żeby dało się o nim napisać poradnik na trzysta stron.
Historia, czy to opowiadanie, powieść, film, etiuda, spektakl, krótki kawałek prozy w sieci, musi się dobrze czytać albo oglądać. Musi wciągać. Musi działać. A jakimi narzędziami to osiągniecie, to już sprawa drugorzędna. Naprawdę drugorzędna. Możecie pisać w pierwszej osobie. Możecie w trzeciej. Możecie zacząć od dialogu. Możecie zacząć od opisu deszczu, który pada od trzech dni. Możecie wzruszyć. Możecie rozśmieszyć. Możecie wystraszyć. Możecie zrobić wszystko naraz albo nic z tych rzeczy. Ważne, żeby na końcu czytelnik chciał wiedzieć, co dalej. Albo, jeśli to już ostatni akapit, żeby zamknął książkę z poczuciem, że właśnie coś przeżył.
Pisanie a opowiadanie przy stole, czyli skąd pochodzą wszystkie reguły
Zauważcie jedną rzecz. Nie ma żadnej fundamentalnej różnicy między pisaniem opowiadania a opowiadaniem znajomym, co się działo wczoraj na imprezie. Naprawdę. Mechanizm jest dokładnie ten sam.
Jeśli opowiecie historię z tej imprezy umiejętnie, wszyscy się śmieją. Nawet ci, którzy tam nie byli. Nawet ci, którzy w sumie nie znają tych ludzi, o których mówicie. Bo dobrze opowiadane historie mają tę magiczną cechę, że wciągają każdego, kto ich słucha. Nieważne, czy posłużyliście się przekleństwami, czy gestykulowaliście jak szaleńcy, czy zrobiliście dramatyczną pauzę przed puentą. Ważne, że zbiór technik, których użyliście świadomie albo intuicyjnie, stworzył opowieść, która zadziałała. Rozbawiła. Wzruszyła. Przejęła. Sprawiła, że ktoś po dwóch godzinach jeszcze ją sobie przypomina i opowiada dalej.
I tu robi się ciekawie, bo wszystkie te poradniki, wszystkie te XYZ przykazań, wszystkie te zasady są w gruncie rzeczy próbą skatalogowania tego, co dobrzy gawędziarze robią naturalnie. To są opisy, nie recepty. Ktoś usiadł, popatrzył na to, co działa, i zrobił z tego listę. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś inny bierze tę listę i próbuje od niej dojść do efektu. Od reguły do historii. To trochę tak, jakby próbować nauczyć się żartować, czytając podręcznik anatomii śmiechu. Teoretycznie wszystko się zgadza, praktycznie wszyscy wychodzą z pokoju.
Drugorzędność narzędzi
Mam też kilka uwag dla tych, którzy będą się teraz oburzać, że „przecież narzędzia są ważne”. Są. Oczywiście, że są. Tylko że są ważne wtedy, kiedy służą opowieści, a nie wtedy, kiedy opowieść służy im. Trójaktowa struktura jest świetnym narzędziem, dopóki nie zaczynacie wpychać sceny w odpowiedni moment, bo tak każe podręcznik, nawet jeśli ta scena tam nie pasuje. Punkt zwrotny w połowie jest świetnym pomysłem, dopóki nie wymyślacie go na siłę, żeby był. Bohater z wadą jest świetną postacią, dopóki ta wada nie jest doklejana na końcu, jak naklejka na walizce. Bohater bez wad też może być ciekawy.
Patrzcie na rzemiosło z tej strony, z której się patrzy na skrzynkę z narzędziami. Macie tam młotek, śrubokręt, piłę i wiertarkę. Nie używacie wszystkich naraz przy każdym projekcie. Wybieracie to, co jest potrzebne. Czasem młotek wystarczy. Czasem trzeba całej zawartości skrzynki. A czasem trzeba narzędzia, którego w ogóle w skrzynce nie ma, i trzeba je sobie zrobić samemu. Tylko tyle.
Warto czy nie warto?
Czy to oznacza, że nie warto poświęcać czasu na poradniki, czytać posty autorów, poszukiwać praktycznych podpowiedzi? Nie. Jak najbardziej warto i trzeba. Po prostu nie wolno dać się zwariować. Im więcej różnego rodzaju porad poznacie, im więcej wypróbujecie metod, tym lepiej dla Was. Po prostu pamiętajcie, aby nie stosować wszystkiego na siłę, tylko znaleźć odpowiednie dla siebie narzędzia.
Wiem, ze w tym miejscu się już powtarzam, ale to coś, co wyniosłem z doświadczenia w mediach – powtórz główną myśl, żeby widz się nie pogubił.
Sukces, czyli moment, kiedy ktoś zapomina, że to wymyśliliście
Sukces opowieści wygląda zawsze tak samo. Ktoś zapomina, że właśnie ją czyta. Ktoś przewraca strony, zamiast patrzeć na zegar. Ktoś po skończeniu nie odkłada książki od razu, tylko siedzi z nią jeszcze przez chwilę. Ktoś za rok pamięta scenę, której wy sami już nie pamiętacie. Ktoś wraca, żeby przeczytać jeszcze raz. To jest cel. To jest jedyna miara, która ma sens.
Wszystko inne, każda zasada, każde przykazanie, każda lista „musisz”, to są drogi, którymi można do tego dojść. Niektóre lepsze, niektóre gorsze, niektóre prowadzą tam tylko w niektórych przypadkach. Żadna nie jest obowiązkowa. Wybierajcie te, które do was pasują. Resztę zignorujcie z czystym sumieniem. Wasza historia podziękuje wam za to, a czytelnik też.
