Siedzisz nad swoim światem od miesięcy. Wymyśliłeś trzy księżyce, cztery rasy, szósty smak, którego nie zna nasza fizjologia, a kalendarz rozpisałeś co do dnia. I wtedy pierwszy bohater otwiera usta, żeby powiedzieć drugiemu, że „znalazł kozła ofiarnego”. W jednej chwili twój misternie zbudowany świat dostaje od ciebie kuksańca pod żebro i mówi: „spokojnie, to tylko Ziemia w przebraniu”.
Oczywiście nikt Ci tego nie zabroni, ale ja, będąc redaktorem takiej opowieści, zapytałbym autora o spójność takiego wyrażenia ze światem przedstawionym.
🩸 Kozioł ofiarny, czyli skąd wzięła się ta przeklęta koza
Kozioł ofiarny pochodzi konkretnie z Księgi Kapłańskiej. Hebrajski rytuał Yom Kippur: kapłan symbolicznie nakładał grzechy ludu na zwierzę i wyganiał je na pustynię, żeby tam zdechło razem z winą. Stąd nasze potoczne rozumienie: ktoś, na kogo zwala się odpowiedzialność, żeby reszta mogła spać spokojnie.
Pytanie do ciebie, twórco: czy w twoim świecie ktokolwiek kiedykolwiek wyganiał kozę na pustynię za grzechy plemienia? Czy w ogóle istniała tam tradycja krwawych ofiar ze zwierząt? A jeśli nie, to skąd twoi bohaterowie biorą to wyrażenie? Z powietrza? Z plecionej z liści intuicji ogólnoświatowej?
Jeden z mich ulubionych przykładów takiej nieścisłości, pochodzi z języka angielskiego. „Cut to the chase” od lat trzydziestych XX wieku oznacza „przejdź do rzeczy”. Termin pochodzi z kina niemego, ze scenariuszy slapstickowych, w których pościg był punktem kulminacyjnym i scenarzyści dosłownie pisali „cut to the chase”. W twoim świecie nie ma kina, nie ma scenarzystów, nie ma slapsticku. Jak mogłoby tam być „cut to the chase”?
Albo nasze swojskie „nie wierzyłem mu za grosz”. Grosz to konkretna jednostka monetarna, mała wartość, długa historia. Jeśli twój świat operuje koronami, drachmami, talarami, kruszcem ważonym w workach albo muszelkami z dna morza Trzeciego Słońca, to skąd ten cholerny grosz w ustach twojego bohatera?
📜 To nie purytanizm. To pytanie, kto opowiada twoją historię
Tu jest haczyk, który większość poradników grzecznie omija. Bo pojawia się oczywiste pytanie: a narrator? Czy narrator twojego tekstu również pochodzi z twojego uniwersum? Bo jeśli pochodzi, to musi mówić językiem twojego świata. A jeśli nie pochodzi, jeśli jest jakimś bytem zewnętrznym, który tylko relacjonuje, to wszystkie te „kozły ofiarne” i „grosze” możesz spokojnie wsadzić mu w opisy. Ale dialogi bohaterów? To już ich język, ich kultura, ich historia. I tam każdy taki idiom jest cichym wyznaniem: „nie wymyśliłem czegoś lepszego, więc zerżnąłem z naszej rzeczywistości”.
To jest wybór estetyczny i nikt cię do niczego nie zmusza. Sapkowski wsadzał w usta wiedźmina kompletnie współczesne wyrażenia i ironicznie igrał z frazeologią, czasem celowo wywracając ją na lewą stronę. U niego to świadoma gra. U większości autorów początkujących, których teksty czytam, to przypadek. Różnica jest fundamentalna.
⚔️ Jak robią to ci, którzy wiedzą, co robią
Tolkien był filologiem i to widać w każdej linijce. Hobbici nie mówią jak elfy, elfy nie mówią jak ludzie z Gondoru, ludzie z Gondoru nie mówią jak ludzie z Rohanu. Każda nacja ma swój rejestr, swoje idiomy zakorzenione we własnej historii. Saruman zdradza się tym, jakich konstrukcji używa, zanim w ogóle dojdzie do meritum. To poziom wyższy niż „nie używam biblijnych powiedzonek”. To budowanie świata przez gramatykę.
George R.R. Martin idzie tropem podobnym, ale prościej. Tywin Lannister mówi inaczej niż jego służący. Dziki nie mówi jak rycerz z Królewskiej Przystani. Idiomy w Pieśni Lodu i Ognia często mają lokalne źródła („dzień długi i pełen grozy”, „zima nadchodzi”, „wrony są kłamcami”) i te frazy mają sens w obrębie świata. Nikt tam nie mówi „kozioł ofiarny”, bo religia Siedmiu nie zna takiego rytuału. Mówi się o „znaleźć winnego”, „rzucić go na pożarcie”, „posłać go do muru”.
Frank Herbert w Diunie poszedł jeszcze dalej. Fremeni mają cały słownik wyrażeń wyrosłych z pustyni i niedoboru wody. Płacze się, gdy ktoś umiera, bo dosłownie oddaje się ciału ostatnie krople. „Tau” oznacza więź społeczną wykutą w warunkach ekstremalnych. „Sietch” to obóz, dom, sanktuarium w jednym. Cały świat jest spójny, bo język rośnie z geografii.
Ursula K. Le Guin w cyklu Ziemiomorza unikała europejskich kalk jak ognia. U niej „znać czyjeś prawdziwe imię” jest dosłownie tym, czym jest, magiczną wiedzą, a nie metaforą zaufania. Język opowieści dopasowuje się do logiki świata.
🪙 Konkrety, czyli czego nie wsadzaj w usta swoich bohaterów
Przykładowa lista frazeologizmów, które bezrefleksyjnie wsadzamy w teksty fantasy, a które są jawnymi importami z naszej rzeczywistości:
„Nie wierzyłem mu za grosz” zakłada istnienie grosza. Zamiast tego: „Nie wierzyłem mu na jedną krople wody” (Diuna-style, gdy świat jest pustynny), „Nie wierzyłem mu na pół miedziaka”, „Nie dałbym mu za to ani jednej łuski” (gdy walutą są łuski smocze, czemu nie).
„Diabli nadali” zakłada konkretną demonologię chrześcijańską. Jeśli w twoim świecie są inne demony, używaj ich. „Sześcioocy nadali”, „Pierwsza Otchłań nadała”, „Czarne wody nadały”.
„Boże, dopomóż” to oczywistość, ale wciąż widuję w tekstach. Jeśli twój panteon ma piętnastu bogów, niech bohater wzywa konkretnego. Inwokacja do bogini łowów brzmi inaczej niż do boga kowali, i to drobiazg, który robi światu dobrze.
„Pal sześć” to skrót od „pal sześćset diabłów”. Konkretna demonologia, konkretny rachunek. Wytnij i zastąp własnym przekleństwem. „Trza sześć”, „spal trzy”, „krzywoust z tym wszystkim”.
„Owijać w bawełnę” zakłada, że bawełna jest czymś znanym i miękkim, owijającym przedmiot. Jeśli w twoim świecie nie ma bawełny, użyj tego, co jest. „Owijać w len”, „owijać w mech”, „mówić przez siedem szat”.
„Wpaść jak śliwka w kompot” zakłada śliwki i kompot. Jeśli twój świat zna inne owoce: „wpadłem jak ślimak w sól”, „jak rak na patelnię”, „jak ptak w smołę”.
🧠 Co z miarami, wagami, czasem
To temat na osobny tekst i obiecuję, że go napiszę, ale jedna uwaga teraz. Kilometr to konkretny system metryczny, wprowadzony we Francji pod koniec XVIII wieku. Masz również do wyboru milę, łokieć, staje, dzień drogi, krzyk koguta, rzut kamieniem, to są jednostki, które rosną z kultury. Wybierz to, co pasuje, albo wymyśl własne kosztem konieczności wytłumaczenia tej miary czytelnikowi.
🏛️ Izmy, logie i inne pamiątki z greckiego liceum
Osobna kategoria pułapek to wszystkie pojęcia kończące się na „izm” i „logia”. Brzmią naukowo, brzmią poważnie, brzmią bezpiecznie. I dlatego prześlizgują się przez czujność większości autorów niezauważone.
Końcówka „izm” pochodzi z greckiego sufiksu „ismos”, który Grecy doczepiali do rzeczowników, żeby zrobić z nich abstrakcyjne pojęcie albo doktrynę. Łacinnicy to przejęli, Europa Zachodnia rozkręciła na pełnej mocy w XIX wieku, kiedy nazywanie systemów myślowych stało się modą salonową. Romantyzm, idealizm, materializm, kapitalizm, liberalizm, ateizm, monoteizm, szowinizm, hedonizm, egzystencjalizm. Każde z tych słów ma swoją konkretną historię, najczęściej europejską, najczęściej zaczynającą się od jakiegoś kontekstu, którego w twoim świecie po prostu nie ma.
Czy w twoim uniwersum istniał Rzym, żebyś mógł mówić o „despotyzmie”? Czy była rewolucja francuska, która ufundowała współczesne rozumienie „liberalizmu”? Czy istnieli stoicy z portyku ateńskiego, żeby ktoś mógł być „stoikiem”? Czy w ogóle istnieli ludzie o imieniu Stoik?
Z „logiami” jest jeszcze gorzej, bo to greckie „logos”, czyli słowo, mowa, nauka. Teologia, biologia, geologia, archeologia, socjologia, etymologia. Wszystkie te dyscypliny mają nazwy ukute przez konkretnych ludzi w konkretnych europejskich uniwersytetach, najczęściej między XVI a XIX wiekiem. Twój bohater nie może być „teologiem”, jeśli w jego świecie nigdy nie istniała grecka filozofia, scholastyka i średniowieczne dysputy. Może być kapłanem, doktorem ksiąg świętych, badaczem boskich tajemnic, mówcą bóstw. Ale nie teologiem. A może jednak może być?
I tu jest haczyk. Bo niektóre z tych pojęć faktycznie nie mają eleganckich zamienników. „Mitologia” da się zastąpić „opowieściami przodków”, „księgą początków”, „pieśniami pierwszego ognia”. „Archeologia” da się zastąpić „wykopaliskami”, „badaniem starych ruin”, „nauką o tym, co zostawili dawno umarli”. Ale „psychologia”? „Socjologia”? Próbujesz powiedzieć, że ktoś analizuje społeczne mechanizmy plemienia, a język ci się rozsypuje, bo nagle musisz to powiedzieć przez trzy zdania, zamiast jednym słowem. Czasem warto. Czasem to po prostu zatrzymuje narrację.
🎲 Decyzja zawsze jest twoja, ale ma cenę
I tu dochodzimy do prawdy, której żaden poradnik creative writing ci nie powie wprost: to wszystko jest twoją decyzją. Nie istnieje obiektywna granica między „dopuszczalnym” a „niedopuszczalnym” idiomem. Nie ma komisji etycznej fantasy, która przyjdzie ci powiedzieć, że właśnie zdradziłeś swój świat. Jest tylko twoja świadomość i twój kompromis.
Kompromis to słowo tutaj kluczowe. Po jednej stronie masz spójność uniwersum, czyli marzenie każdego pełnoetatowego world buildera. Po drugiej stronie masz czytelność tekstu, czyli to, co decyduje o tym, czy ktoś przeczyta twoją książkę do końca, czy odłoży po dwudziestej stronie z niewyraźną miną. Możesz pisać tekst, w którym każda fraza pochodzi z twojego wymyślonego świata. Każde przekleństwo, każde porównanie, każda jednostka miary, każde imię własne, każda metafora. Tylko że wtedy musisz ten świat czytelnikowi wytłumaczyć. A tłumaczenie to czas, miejsce i uwaga, której czytelnik ci użyczył w skończonej ilości.
Konkretny przykład. Możesz napisać: „Trzymał go w garści jak kawałek ramaszu”. Cudownie. Pochodzi z twojego świata, świetnie brzmi. Tylko że czytelnik nie wie, co to jest ramasz. Musisz mu to wyjaśnić. Możesz zrobić to w przypisie, możesz w dialogu („Co to znaczy ramasz?” zapytała), możesz przez kontekst (rozsypujący się w palcach, suchy, kruchy materiał używany do owijania zwłok). Każde z tych rozwiązań ma swoją cenę. Przypis wybija z rytmu narracji. Dialog wyjaśniający jest często sztuczny, bo nikt w realnym życiu nie pyta o znaczenie słowa, które wszyscy wokół znają. Kontekst wymaga przygotowania sceny i miejsca.
A teraz pytanie do ciebie, autorze. Ile masz cierpliwości czytelnika? Ile możesz wymagać? Jeśli piszesz krótkie opowiadanie do antologii, gdzie masz 40 tys. zzs (znaków ze spacjami) i nikt nie zna twojego świata, prawdopodobnie musisz iść na kompromis. Wsadzisz pięć neologizmów, ale dziesięć innych zostawisz z naszej rzeczywistości, bo nie masz czasu ich uzasadniać. Jeśli piszesz cykl powieściowy, masz miejsce na pełne zanurzenie i czytelnik, który dotarł do trzeciego tomu, sam już mówi twoim językiem.
To są decyzje, których nikt za ciebie nie podejmie. Każdy kompromis kosztuje albo spójność, albo czytelność. Twoja praca polega na ważeniu tych dwóch wartości w każdej scenie, czasem w każdym zdaniu. I to jest dokładnie ten moment, w którym worldbuilding przestaje być rysowaniem mapek, a staje się prawdziwym pisarstwem.
🔥 Najtrudniejsze pytanie na koniec
Czy jesteś gotowy zubożyć swoje słownictwo dla spójności świata? Bo to jest realna cena tej decyzji. Pozbawienie się idiomów, które masz wbite w głowę od dziecka, faktycznie ogranicza zasób narzędzi. Nagle nie możesz powiedzieć, że ktoś „przeszedł do historii”, bo w twoim świecie historia może być pojęciem zupełnie inaczej zorganizowanym. Nie możesz „rzucić perłami przed wieprze”, bo to znowu Biblia. Nie możesz nawet „znaleźć Świętego Graala”, bo Graal to bardzo konkretny artefakt z bardzo konkretnej legendy.
Możesz natomiast wymyślić coś własnego. I to jest cała frajda budowania światów. Po dwóch książkach czytelnicy zaczną mówić twoim językiem, cytować twoje wyrażenia i zastanawiać się, skąd się wzięły. Tak właśnie powstają światy, które trwają dłużej niż ich autorzy.
A wybór zawsze jest twój. Możesz pisać fantasy z grosikami i kozłami ofiarnymi. Grunt, żeby powieść dobrze się czytała.
