Niedawno chwaliłem się na FB, że dostałem wreszcie gotowy komiks z Hiszpanii. Po komentarzach czytelników postanowiłem rozwinąć myśl na temat własnych inspiracji, ale też na temat wspierania artystów.
Paczka z Hiszpanii
Jakieś dwa tygodnie temu dotarła do mnie paczka z Hiszpanii. Nieduża, solidnie zapakowana, z wyraźnym pismem nadawcy. Rozpakowywałem ją powoli. Nie dlatego, że nie wiedziałem, co jest w środku, ale właśnie dlatego, że wiedziałem doskonale. W środku były komiksy. Oryginały. Po hiszpańsku. Pierwsze numery serii SOLO Óscara Martína, które właśnie trafiły do mnie dzięki zakończonej sukcesem kampanii crowdfundingowej.
Serię poznałem dzięki polskiemu wydawcy (STUDIO LAIN), ale ponieważ nie mogłem doczekać się kontynuacji, zacząłem poszukiwać nowych albumów u źródła, czyli w Hiszpanii.
I gdy dostałem kolejne komiksy z serii, trzymałem już je w rękach i przez chwilę czułem dokładnie to samo co jako dziecko, kiedy dorwałem inny komiks.
Komiksy w PRL-u, czyli głód obrazków
Dorastałem w Polsce lat osiemdziesiątych, kiedy dostęp do komiksów był jak dostęp do egzotycznych owoców — teoretycznie możliwy, praktycznie mocno ograniczony. PRL nie był miejscem, gdzie historia obrazkowa kwitła swobodnie. Owszem, były „Kajko i Kokosz”, był kapitan Żbik, był Tytus i za to jesteśmy winni wdzięczność wielu pokoleniom polskich twórców. Ale to był rynek zamknięty, szczelny jak granica, za którą działy się rzeczy, o których tylko słyszałem.
A potem, w 1987 roku, wpadł mi w ręce pierwszy numer serii Komiks Fantastyki. I był w nim Funky Koval: Bez oddechu.
Pamiętam to jak dziś. Nie przesadzam, naprawdę pamiętam to uczucie. Rysunki Bogusława Polcha były czymś absolutnie innym niż wszystko, co widziałem wcześniej. Ta kreska, gęsta, szczegółowa, niemal maniakalnie precyzyjna, opowiadała o przyszłości, której chciałem dotknąć. Kosmiczny detektyw z agencji Universs, korporacyjne spiski, obcy, polityka i to w polskim komiksie. Scenariusz Macieja Parowskiego i Jacka Rodka miał w sobie i luz Bonda, i powagę dobrego science fiction. Wpadłem w to całkowicie. Funky Koval stał się jednym z fundamentów mojej wyobraźni.
Do dziś wracam do Polcha. Do Funky Kovala, ale też do Ekspedycji, innej jego serii, równie gęstej od pomysłów i detali. Jest w tej twórczości coś ponadczasowego, co sprawia, że te plansze nie starzeją się jak zaczytane gazety, ale jak dobre wino.
Thorgal, Incal, Usagi — komiksy, które mnie ukształtowały
Przez kolejne lata zbierałem, co się dało. Thorgal Rosińskiego i Van Hame’a — epicka saga, która łączyła mitologię ze science fiction w sposób, jakiego chyba nikt wcześniej nie próbował. Incal Jodorowsky’ego i Moebusa, gdzie każda strona była manifestem wyobraźni. Armada Arlestona i Pelleta z jej żywiołowym humorem i bajkowym kosmosem. Usagi Yojimbo Stana Sakai, samurajski królik jako pretekst do opowiadania o honorze, wierności i samotności. Te komiksy nie były dla mnie rozrywką w złym sensie tego słowa. Były edukacją. Uczyły narracji, rytmu, ekonomii kadru, tego jak jednym obrazem powiedzieć więcej niż akapitem tekstu.
I właśnie dlatego, gdy kilka lat temu trafiłem na SOLO Óscara Martína, poczułem znajome drżenie.
Oscar Martín i świat SOLO — postapokalipsa z kreskówkową duszą
Martín to Hiszpan, który przez lata rysował komiksy dla Disneya i Warnera, m.in. Toma i Jerry’ego, za co w 2002 roku dostał od wytwórni prestiżową nagrodę Lifetime Achievement Award. Ale SOLO to już jego własny świat. Postapokaliptyczna Ziemia zniszczona wojnami nuklearnymi, zamieszkana przez zmutowane, uczłowieczone zwierzęta. Żadnych herbivores, są tylko carnivores. Każde spotkanie kończy się walką, każda walka może być ostatnią. Główny bohater, szczur o imieniu Solo, wyrusza w świat, żeby zarobić na utrzymanie rodziny i odkrywa, że przeżycie to filozofia, nie instynkt.
Kreska Martína jest jednocześnie karykaturalna i dynamiczna, przypomina najlepsze animacje lat osiemdziesiątych, ale pełna jest choreografii przemocy i czarnego humoru, który boli po śmiechu. Seria SOLO ma ćwierćwiecze historii. Tłumaczona na dziewięć języków, rozrośnięta o spin-offy i prace innych autorów piszących w jej uniwersum. Ja zaś czytam ją po hiszpańsku, bo uczę się tego języka i dlatego, że oryginał zawsze smakuje inaczej niż przekład.
Ale wróćmy do tej paczki i do tego, co naprawdę chciałem powiedzieć.
Crowdfunding jako głosowanie na artystów
Kampania crowdfundingowa, dzięki której trafiły do mnie te komiksy, była inicjatywą twórcy — nie wydawcy, nie korporacji. Óscara Martína i jego studia, które przez lata wydawały SOLO własnym sumptem. Wziąłem w niej udział, bo uważam, że wspieranie artystów jest czymś więcej niż tylko transakcją. To jest głosowanie na to, jaki chcemy mieć świat kultury.
Nie zawsze mam na takie wybryki fundusze. Nie zawsze mogę kupić album, wesprzeć zbiórkę, zamówić limitowaną edycję. I nie o to tylko chodzi. Wspieranie artystów ma wiele twarzy, z których finansowa jest tylko jedną i nie zawsze najważniejszą.
Jak wspierać artystów — nawet bez grosza przy duszy
Artysta w dzisiejszym świecie walczy przede wszystkim z zasięgiem. Z algorytmami, które premiują marki i płatne reklamy, a nie małych twórców. Z rynkiem, który każe mu być jednocześnie pisarzem, rysownikiem, wydawcą, community managerem i influencerem. Z poczuciem, że krzyczy w próżnię.
Kliknięcie „lubię to” pod postem rysownika, którego twórczość Cię poruszyła, kosztuje sekundę. Udostępnienie komiksu, audiobooka, opowiadania znajomemu, który może go polubić, nic nie kosztuje. Napisanie komentarza pod wpisem artysty, że to zadziałało, że coś poczułeś, że chcesz więcej, bywa dla niego ważniejsze niż prowizja od sprzedaży. Polecenie komuś z rodziny, że jest taki twórca, którego warto obserwować. To konkretna, realna pomoc.
Algorytmy działają na liczbach. Każda interakcja jest monetą wrzuconą do skarbonki widoczności. Możesz wesprzeć artystę, nie wydając ani złotówki, po prostu będąc z nim, reagując, poświadczając światu, że jego praca istnieje i ma sens.
Szukajcie artystów poza pierwszymi stronami gazet
Odkrywajcie artystów. Nie tylko tych z pierwszych stron gazet, nie tylko nagrodzonych i rozgłośnionych. Szukajcie tych z mniejszymi profilami, z komiksami wydanymi własnym nakładem, z opowiadaniami na niszowych portalach, z albumami muzycznymi na Bandcampie, z filmami krótkometrażowymi na Vimeo. Są wszędzie. Czekają.
Bo ktoś kiedyś zobaczył Funky Kovala i nie wyrzucił tego numeru. I przez te kilkadziesiąt lat Polch żył w czyjejś pamięci, w cudzej wyobraźni, w planszach, które nadal się nie starzeją.
Następnym razem, gdy napiszę o komiksach, wrócę do Polski. Bo na wielkie szczęście, mamy tutaj genialnych artystów, których również śledzę i mimo upływu lat, nadal uwielbiam.
