W poradach dla autorów bardzo często pojawia się jedna rada: pozbądź się presji. Nie myśl o sukcesie, nie nakładaj na siebie oczekiwań, twórz bez ciśnienia. Rozumiem, dlaczego wiele osób tak mówi, ale z własnego doświadczenia widzę to inaczej. Nie każdą trudną emocję trzeba z siebie usuwać. Czasem lepiej ją zaakceptować, zrozumieć i nauczyć się dobrze wykorzystywać. Tak traktuję smutek, tak traktuję złość, tak myślę o zmęczeniu.
Tak też patrzę na presję związaną z pisaniem.
Presja twórcza nie zawsze jest problemem
Presja nie jest automatycznie czymś złym. Sama w sobie jest energią. Może działać na twoją korzyść albo przeciwko tobie. Wszystko zależy od tego, czy potrafisz nad nią panować.
Podobnie jest ze stresem, złością, smutkiem czy frustracją. Te emocje potrafią przytłoczyć, ale odpowiednio ukierunkowane mogą stać się siłą napędową. Jeśli czujesz presję, bo chcesz napisać dobrą książkę, wydać tekst, zdobyć czytelników albo rozwinąć swój warsztat, to nie znaczy, że coś jest nie tak. To znaczy, że naprawdę ci zależy.
A to ma dużą wartość.
Ambicja autora może napędzać rozwój
Wielu twórców nosi w głowie historię, którą uważa za wyjątkową. I bardzo dobrze. Bez wiary we własny pomysł trudno byłoby spędzać długie godziny nad poprawkami, konstrukcją fabuły czy budowaniem bohaterów. To właśnie ambicja i wewnętrzna presja często sprawiają, że autor wraca do tekstu jeszcze raz. Poprawia sceny, które nie działają. Ulepsza dialogi. Szuka lepszego stylu. Uczy się narracji. Testuje nowe rozwiązania. Nie zatrzymuje się na pierwszej wersji.
W takim wydaniu presja nie niszczy twórcy. Ona pomaga mu wejść poziom wyżej.
Kiedy presja zaczyna szkodzić
Problem zaczyna się wtedy, gdy ambicja zamienia się w przekonanie, że sukces należy się z góry. To moment, w którym autor przestaje rozwijać tekst, a zaczyna oczekiwać podziwu. Nie pyta już, co można poprawić. Nie chce słuchać uwag. Każdą krytykę traktuje jak atak. Każdą odmowę odbiera jako spisek rynku, zawiść innych albo brak kompetencji otoczenia.
Spotykałem takie sytuacje przy pracy nad redakcją tekstów. Zamiast rozmowy o jakości tekstu pojawiały się pretensje, obrażanie się i szukanie winnych wszędzie poza sobą. To ślepa uliczka. Autor, który uważa się za skończonego geniusza, przestaje się rozwijać. Na dodatek wkurza i irytuje, co powoduje, że inni nie chcą więcej z nim współpracować.
Czy sukces naprawdę ci się należy?
To pytanie warto zadać sobie uczciwie. Każdy twórca ma prawo marzyć o sukcesie. Każdy chce być czytany, doceniany i zauważony. Problem pojawia się wtedy, gdy oczekiwanie zastępuje pracę. Jeśli ktoś czeka wyłącznie na aplauz, ale nie chce poprawiać błędów, przyjmować krytyki i rozwijać warsztatu, to presja przejęła nad nim kontrolę. Wtedy zamiast motywować, zaczyna niszczyć.
Co ja z tym zrobiłem?
Sam też musiałem nauczyć się radzić sobie z tym problemem. Miałem momenty, w których presja i ambicja prowadziły mnie w złą stronę. Chciałem za szybko, za mocno i za bardzo. Chciałem, żeby tekst był świetny od razu, żeby został zauważony natychmiast, żeby każda publikacja coś zmieniała. Efekt był odwrotny od zamierzonego. Zamiast spokojnie pracować, spinałem się, porównywałem z innymi i traciłem energię na rzeczy, które nie pomagały ani mnie, ani tekstom. Bywały projekty porzucone nie dlatego, że były złe, ale dlatego, że nie spełniały wyobrażenia o natychmiastowym sukcesie.
Z czasem zrozumiałem, że to po prostu bez sensu. Ogromnym krokiem naprzód było nic innego jak tylko przysłowiowe „wyluzowanie”. Nie odpuszczenie pisania, tylko odpuszczenie obsesji na punkcie efektu. Przestałem patrzeć na każdy tekst jak na test własnej wartości. Skupiłem się na opowiadaniu historii, na regularnej pracy i na tym, żeby z projektu na projekt być lepszym. Paradoksalnie wtedy przyszły najlepsze efekty. Teksty zaczęły trafiać do ludzi, pojawiło się zainteresowanie ze strony wydawców, a ja odzyskałem radość z tworzenia. Czasem największym sukcesem nie jest mocniej naciskać, tylko wiedzieć, co warto puścić.
To nie jest takie proste
Wiem, że to może brzmieć odrobinę jak coachowa gadanina. Przecież to wcale nie jest takie proste. No, bo przecież jak nagle, ni stąd, ni zowąd wyłączyć swoje emocje?
Mój sposób polegał na dwóch elementach.
Przede wszystkim wróciłem do przyjemności pisania. Do pisania dla przyjemności, a nie dla sukcesu. Do tworzenia własnych uniwersów, nawet jeśli były ograniczone ilością znaków ze spacjami albo tematyką naboru. Zawsze można w takiej sytuacji stworzyć coś swojego, coś, co będzie wam się podobało.
Drugi sposób – wysiłek fizyczny. I piszę to zupełnie serio. Kiedy czułem nadmiar presji, zalew ambicji albo złości na niepomyślne wyniki naboru lub konkursu, odkładałem pióro. Dla mnie najlepiej działają rower i sparing szermierczy. Spacer po lesie, jeśli poprzednie opcje nie są dostępne. Ostatecznie pompki i skłony na podłodze w domu. Serio.
Podsumowanie
Presja na pisanie nie zawsze jest wrogiem. Czasem jest sygnałem, że zależy ci na twórczości i chcesz czegoś więcej. Warto ją oswoić, zamiast udawać, że nie istnieje. Dobrze wykorzystana daje energię do rozwoju. Źle wykorzystana prowadzi do pychy i frustracji.
Dlatego nie pytaj tylko, jak pozbyć się presji. Zapytaj, jak zrobić z niej narzędzie.
