Inspirować może wszystko. Nie tylko wydarzenia z życia codziennego, nie tylko fakty historyczne, ale również sztuka. Oczywiście obrazy, filmy, powieści, ale w tym wpisie chciałbym skupić się konkretnie na muzyce. Dla mnie dobra playlista, która pomaga wczuć się w odpowiedni klimat powstającego tekstu, to istotna część całego procesu. Dobór repertuaru zależy od gatunku i nastoju tekstu, nad jakim pracuję. Niektóre z nich są na tyle ważne w naszej kulturze, że inspirują rzesze artystów od lat, nie tylko pisarzy. Jednym z nich jest suita Gustava Holsta pt. „Planety”.
„Planety” należą do grupy utworów, które się zna, nawet jeśli nigdy się ich świadomie nie słuchało. Jeśli kiedyś w kinie czuliście, jak z ekranu nadciąga coś ogromnego i złowrogiego, to jest spora szansa, że usłyszeliście echa „Planet”, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Gustav Holst pisał suitę w latach 1914-1916, prawykonanie odbyło się w 1918 roku. Siedem części, siedem planet. Ziemi nie ma, bo to nie atlas astronomiczny, tylko horoskop. Astrologią zaraził Holsta pisarz Clifford Bax podczas wspólnych wakacji w Hiszpanii. Kompozytor do końca życia stawiał horoskopy znajomym i nazywał astrologię swoją ulubioną dyscypliną. Każdą planetę w suicie potraktował więc zgodnie z ich astrologicznym charakterem. Mars niesie wojnę, Wenus pokój, Jowisz radość, Saturn starość, Uran jest magiem, a Neptun mistykiem.
⚔️
Niektóre z utworów, które składają się na suitę, są znane i wielokrotnie inspirowały kolejne pokolenia kompozytorów, szczególnie tych związanych z kinową fantastyką. Przykładowo „Mars”, zwiastun wojny, to jedna z najbardziej wpływowych kompozycji orkiestrowych XX stulecia, a jego język raz po raz przenikał do kina. Echa suity „Planety” słyszymy w kompozycjach symfonicznych Johna Williamsa, Jerry’ego Goldsmitha i wielu innych. W przypadku Hansa Zimmera podobieństwa są tak duże i kontrowersyjne, że zaprowadziły artystę na salę sądową. W 2006 roku Fundacja Holsta ruszyła do sądu za „The Battle” z „Gladiatora”. Zimmer sam wcześniej przyznał , że używa tego samego języka i słownictwa co Holst, choć nie tej samej składni. Jednocześnie twierdził, że podobieństwo nie jest kopią. Sprawa skończyła się ugodą.
🎬
Inne utwory ze suity pojawiały się w filmach bez aranżacji. „Mars” i „Wenus” pojawiają się w „Człowieku, który spadł na Ziemię” z Davidem Bowiem. „Mars” otwierał też brytyjskie seriale SF o profesorze Quatermassie. „Neptun” zabrzmiał w „Mr. Robot”. A „Jowisz”? Jego początek słychać w odcinku „Simpsonów” o astronomii, rozbrzmiewa w „Zapowiedzi” z Nicolasem Cage’em, a w „Bluey” niesie cały senny odlot wśród planet. Bill Conti mocno oparł się na „Jowiszu” i „Neptunie” w muzyce do „Pierwszego kroku w kosmos”. Środkowa melodia „Jowisza” żyje zresztą własnym życiem: Holst sam przerobił ją na pieśń „I Vow to Thee, My Country”.
🔭
Ciekawe jest to, że przecież kompozytor stworzył te dzieło w kontekście astrologii, jako wyraz jego głębokiej wiary we wpływ gwiazd na ludzkie życie. I jako swoisty hołd. A co ma astrologia do fantastyki naukowej? Przecież sprowadza się ona do horoskopów z kolorowego tygodnika, „Baran dziś spotka kogoś ważnego” i traktujemy ją często z przymrużeniem oka. Sam zaliczyłem w życiu okres fascynacji astrologią, ale po okresie nastoletniego zachwytu ezoteryką, szybko zrozumiałem, w czym leży urok „sztuk magicznych”. Żeby było jasne: nie wierzę, że układ planet w dniu moich urodzin mówi cokolwiek o mojej przyszłości, ale zbyć astrologię prychnięciem to przegapić kawał fascynującej historii o tym, jak człowiek uczył się rozumieć świat.
Astrologia, podobnie jak religia, to kawał historii ludzkiej cywilizacji. Babilońscy kapłani przez stulecia patrzyli w niebo i zapisywali wszystko. Zaćmienia, wschody Wenus, położenie Księżyca, ceny jęczmienia, poziom rzeki, zarazy, bunty. Wszystko dlatego, że ówcześni ludzie wierzyli, że niebo to list od bogów, a znaki na górze zapowiadają wydarzenia na dole. Motyw jest zaiste magiczny, ale nie zapominajmy, że efekt stosowania astrologii przez stulecia sam w sobie jest już stricte naukowy. Astrologia to gigantyczna baza obserwacji, na której wyrosła matematyczna astronomia. Żeby przepowiedzieć los króla, trzeba było umieć przewidzieć, gdzie znajdzie się ta, czy tamta planeta tego lub tamtego dnia. A to już można spokojnie nazwać nauką, nawet jeśli nie nazywana jeszcze astronomią. Ptolemeusz napisał „Almagest”, na którym przez ponad tysiąc lat stała cała astronomia Zachodu i świata islamu. Napisał „Tetrabiblos”, podręcznik astrologii. Dla niego astrologia i astronomia to nie były dwie różne dziedziny. Jedna mówiła, jak ciała niebieskie się poruszają, druga, co z tego wynika dla ludzi. A przecież i w Polsce astrologię traktowano całkowicie poważnie. W XV wieku Akademia Krakowska była jednym z najważniejszych ośrodków astrologii w Europie. Marcin Król z Żurawicy, uznawany za ojca krakowskiej szkoły astronomicznej, ufundował tu osobną katedrę astrologii. Astrolog nie był wtedy wróżką z jarmarku, tylko profesorem uniwersytetu, który liczył efemerydy, układał kalendarze i prognostyki. Krakowscy astrologowie robili kariery na dworach królewskich w całej Europie. A w 1491 roku do tego środowiska trafił młody student z Torunia, o którym z pewnością słyszął każdy Polak. Student ów nazywał się Mikołaj Kopernik. Nie jest sekretem, że uczył się fachu wśród ludzi stawiających horoskopy. Nie on jeden zresztą.
Kepler był matematykiem cesarza Rudolfa II i stawiał horoskopy, bo z samej astronomii nie dało się wyżyć. A przy okazji, grzebiąc w pomiarach Tychona Brahe, odkrył, że planety krążą po elipsach. Galileusz też układał horoskopy dla możnych. Granica między mitem a nauką przez tysiące lat po prostu nie istniała. Była jedna wielka próba zrozumienia nieba, a co za tym idzie, poznania świata.
🧭
I tu docieram do sedna. Astrologia jako system przepowiadania losu okazała się ślepą uliczką. Kiedy zaczęto porządnie sprawdzać jej przewidywania, nie wytrzymała konfrontacji. Ale nawyk, który po sobie zostawiła, przetrwał. Patrz uważnie. Zapisuj. Szukaj wzorów. Przewiduj. Sprawdzaj, czy się udało. To jest dokładnie ten sam schemat, który jest sednem metody naukowej. Pomyłka co do wniosków nie przekreśla wartości samego pytania. A pytanie brzmiało: czy to, co tam w górze, ma coś wspólnego z nami tutaj na dole? Odpowiedź, jak się okazało, brzmi: tak. Tylko zupełnie inaczej, niż myśleli Babilończycy. Pierwiastki w naszych ciałach wykuto we wnętrzach dawno martwych gwiazd.
Holst nie pisał muzyki o nauce. Pisał o ludzkiej potrzebie nadania sensu kosmosowi. I to jest ten sam impuls, który napędza science fiction. Bierzemy niewiadome i zamieniamy je w opowieść. Pytamy, co tam jest i zanim nauka odpowie, wyobraźnia robi swoje. Czasem się myli. Hm… chyba należałoby powiedzieć, że często się myli. Ale bez niej nikt by nawet nie zadał pytania.
🤔
Kurczę… widzę, że rozmyślania powiodły mnie przez dość krętą ścieżkę. Począwszy od muzyki, przez astrologię, astronomię, fantastykę i sztukę, aż w końcu zaprowadziła mnie na granicę ludzkiego poznania. No i dobrze, bo czasem warto myśleć o rzeczach nieoczywistych. I przyjemnie. A że po drodze się skomplikowało, to trudno. Chciałem po prostu podzielić się z Wami własną inspiracją i zachęcić do poznania pięknej muzyki. A zatem polecam: 🎧 zarezerwujcie sobie całą godzinę, załóżcie słuchawki, zamknijcie się w ciemnym pokoju i posłuchajcie całości – od „Marsa” do „Neptuna”. I zdecydowanie bez telefonu pod ręką. Potem przez tydzień będziecie wyłapywać Holsta w każdym filmie o kosmosie.
Poniżej dzielę się linkiem do pięknego wykonania pełnej suity. Ale w streamowych serwisach też ją znajdziecie.
