Kolejna smutna rocznica

Kolejna rocznica wybuchu wojny w Ukrainie. Kolejny luty, który nie jest już zwykłym miesiącem w kalendarzu, ale raną. Raną, która nie chce się zabliźnić, bo wciąż jest rozrywana przez rakiety, przez syreny alarmowe, przez listy poległych i przez zdjęcia miast zamienionych w gruz.

To nie jest dla mnie „wydarzenie geopolityczne”. To jest brutalna agresja jednego państwa na drugie. To jest zorganizowane niszczenie życia – domów, szkół, szpitali, wspomnień. To jest próba złamania narodu, który miał odwagę powiedzieć „chcemy decydować o sobie”.

W tę rocznicę składam osobiste kondolencje światu. Bo świat zawiódł szybciej, niż chciałby to przyznać. Owszem – jest pomoc, są deklaracje, są sankcje. Ale równolegle przede wszystkim są kalkulacje, półśrodki i wygodne zdania o „złożoności sytuacji”. Są politycy, którzy zamiast jasno nazwać agresora agresorem, opowiadają o „prowokacjach”, „historycznych uwarunkowaniach” i „potrzebie zrozumienia obu stron”. Nie ma symetrii między napadniętym a napastnikiem. Relatywizowanie tej wojny jest moralnym bankructwem.

Mam też słowa potępienia dla tych, którzy – czy to z cynizmu, czy z naiwności – stają się tubą propagandy kremla (który nie zasługuje na pisanie z wielkiej litery). Dla pożytecznych idiotów, którzy powtarzają gotowe narracje o „wojnie Zachodu z rosją”, o „konieczności ustępstw”, o „realizmie politycznym”. Realizm bez kręgosłupa to tylko elegancka nazwa na tchórzostwo. A tchórzostwo w obliczu zbrodni nie jest neutralne – ono wspiera silniejszego.

W polskiej polityce również nie brakuje głosów, które mniej lub bardziej otwarcie grają na rosyjską nutę. Jedni robią to pod hasłem „pokoju za wszelką cenę”, inni pod pozorem „obrony suwerenności przed Brukselą”, jeszcze inni poprzez sianie nieufności wobec ukraińskich uchodźców. Każde takie słowo osłabia nie tylko Ukrainę, ale i nas. Bo jeśli pozwolimy, by agresja została nagrodzona, to wcześniej czy później rachunek przyjdzie także do naszych drzwi.

Nie mam złudzeń co do najeźdźcy. To, co dzieje się w Ukrainie, to świadoma decyzja polityczna, okupiona krwią tysięcy ludzi. Życzę agresorowi nie triumfu, lecz pełnej i nieuchronnej odpowiedzialności. Życzę, by historia zapisała tę wojnę nie jako dowód siły, lecz jako przykład moralnej klęski. Życzę, by każdy, kto podjął decyzję o tej napaści, musiał kiedyś spojrzeć w oczy ofiarom – choćby tylko w sądowej sali historii. Życzę decydentom reżimu jak najgorzej.

Ta rocznica to także podziw. Podziw dla zwykłych ludzi, którzy stali się niezwykli. Dla tych, którzy w pierwszych dniach wojny ustawiali się w kolejkach do obrony terytorialnej. Dla lekarzy operujących przy świetle latarek. Dla nauczycieli prowadzących lekcje w schronach. Dla matek, które wzięły dzieci za rękę i ruszyły w nieznane, by dać im szansę na przyszłość. Ukraina płaci za swoją wolność cenę, której nikt nie powinien musieć płacić w XXI wieku. A jednak trwa. I to trwanie jest czymś, czego nie da się zbombardować. Można zniszczyć infrastrukturę, ale nie da się tak łatwo zniszczyć godności.

Do moich przyjaciół z Ukrainy: wiem, że słowa nie zatrzymają rakiet. Wiem, że rocznice bolą, bo przypominają, ile już straciliście. Ale chcę, żebyście pamiętali jedno – nie jesteście sami. Świat bywa chwiejny, politycy liczą słupki i interesy, ale są miliony zwykłych ludzi, którzy stoją po waszej stronie. Którzy widzą, kto jest ofiarą, a kto sprawcą. Którzy nie dadzą sobie wmówić, że czarne jest białe. Wasza walka to nie tylko walka o terytorium. To walka o prawo do bycia sobą, do mówienia własnym językiem, do wychowywania dzieci bez strachu. I to jest sprawa, która przekracza granice państw.

W tę rocznicę nie chcę „normalizować” wojny. Nie chcę się przyzwyczajać. Chcę pamiętać, nazywać rzeczy po imieniu i wymagać od liderów odwagi, a nie wykrętów. Chcę, byśmy jako społeczeństwo nie dali się zmęczyć cudzym cierpieniem. Bo jeśli przestaniemy reagować na niesprawiedliwość, to ona w końcu zapuka także do nas.

Ukraino – trwaj.

Dodaj komentarz