Koniec świata

Smutno patrzeć na rozpad jedności transatlantyckiej — fundamentu, który przez dekady trzymał w ryzach nasz świat. W czasach, kiedy USA należało do kręgu kultury zachodniej, demokratycznej, ale już nie należy, mogliśmy przynajmniej żyć w przeświadczeniu, że mimo napięć i różnic interesów istnieje pewna wspólnota wartości. Nie oczekiwałem nigdy idyllicznej krainy pokoju i szczęśliwości. Nie byłem naiwny. Wiedziałem, że realpolitik rządzi się swoimi prawami. Ale jedność transatlantycka dawała coś znacznie ważniejszego: poczucie, że w najważniejszych momentach świat Zachodu stoi choć trochę razem, że łączy nas demokratyczna i prawna wizja porządku międzynarodowego.

Na naszych oczach światem zaczynają rządzić ludzie, którzy w żadnym zdrowym porządku nie powinni być dopuszczeni choćby do kierowania kioskiem. To typ przywódców, którzy dorobili się pieniędzy, a potem wmówili sobie, że bogactwo zastępuje inteligencję, odpowiedzialność i moralność. Miernoty o potwornie kruchym ego, które panicznie boją się własnej przeciętności, więc maskują ją brutalnością, pogardą i pragnieniem siły. Chcą powrotu do świata rodem z XIX wieku — do ery kolonialnych fantazji, gdzie można było podporządkować sobie innych bez wstydu i bez konsekwencji. Widzę w nich ludzi przerażająco słabych, desperacko łaknących poklasku tłumu, bo tylko oklaski są w stanie uciszyć ich wewnętrzny lęk przed tym, kim naprawdę są: pustymi, przeciętnymi ludźmi, którzy pomylili bogactwo z wielkością. A to właśnie oni próbują dziś narzucać kierunek całym państwom i kontynentom — i to jest dla mnie najbardziej gorzki paradoks współczesności.

Dzisiejsza amerykańska narracja — wynikająca wprost z nowej Narodowej Strategii Bezpieczeństwa — pokazuje brutalną zmianę paradygmatu. Nie ma już miejsca na partnerstwo. Jest handel, transakcja, rachunek zysków i strat. Europa, w oczach administracji Trumpa, to kontynent umierający, zdegenerowany ideologicznie, pogrążony w kryzysie demograficznym i cywilizacyjnym. Dokument bez ogródek głosi, że Amerykanie wycofają się z Europy militarnie, obwiniają UE za wojnę w Ukrainie i zamierzają „aktywnie powstrzymywać bieżącą trajektorię rozwoju Europy”.

Powiedzmy to wprost: mamy czas do końca 2027 roku. Jeśli Europa nie stanie na nogi, nie przejmie ciężaru własnego bezpieczeństwa i nie przerobi na nowo swojej strategii obronnej, to Putin — ośmielony wizją kontynentu pozostawionego samemu sobie — pomaszeruje dalej. Zrobi z Europą, co będzie chciał, przy akompaniamencie zachwytów pożytecznych idiotów w stylu Konfederacji, Orbána, Le Pen czy AfD. NATO w starym modelu już nie istnieje. Stany Zjednoczone zaangażują się tylko wtedy, gdy uznają to za korzystne dla siebie — nie dlatego, że wiąże nas historia czy wartości.

W tej nowej amerykańskiej wizji Europa jawi się jako niezdolna do obrony, zależna, spętana przez instytucje multilateralne i oderwane od rzeczywistości elity polityczne. Co więcej, Biały Dom zapowiada ingerencje w europejskie wybory, wolny handel z Rosją, blokowanie europejskich inicjatyw gospodarczych, a nawet próbę „naprawy” Unii Europejskiej według własnego uznania. To nie jest partnerski dialog. To jest presja i bezpośrednia ingerencja — w stylu rodem z XIX wieku. No i właśnie – na horyzoncie widać też niepokojący powrót do brutalnego kapitalizmu rodem z XIX wieku — świata, w którym liczy się wyłącznie siła, kapitał i zdolność narzucenia innym własnej woli. W tej logice nie ma miejsca na solidarność, wspólnotę czy prawa pracownicze. To kolejny powód, by Europa stała się podmiotem, a nie rynkiem do eksploatacji.

Dlatego Europa musi dziś zrobić coś, czego unikała przez całe dziesięciolecia: naprawdę dorosnąć. Prawdziwie przejąć odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo, swoje granice i swój porządek polityczny. Bo nikt z zewnątrz już nas nie uratuje. A jeśli nadal będziemy wierzyć, że jakoś to będzie — skończymy jako bohaterowie cudzej strategii, nie własnej historii.

A jednak, mimo tego ponurego obrazu, widzę w Europie realną nadzieję. Ta sytuacja może stać się impulsem, który wreszcie zmusi nas do prawdziwej integracji — nie fasadowej, nie technokratycznej, ale politycznej, obronnej i cywilizacyjnej. Europa ma potencjał, by być silnym i samodzielnym graczem, zdolnym bronić własnych granic, własnych wartości i własnego modelu społecznego. Warunek jest jeden: musimy przepędzić precz pełzające autokracje, te wszystkie prawicowe ruchy, które z zachwytem całują dupy Trumpowi i Putinowi, marząc o własnych małych dyktaturach. Dopóki pozwalamy im rosnąć w siłę, dopóty każdy projekt europejskiej suwerenności będzie chwiał się jak domek z kart.

Jeżeli jednak zrozumiemy, że podzielona Europa jest tylko rozsypanym zbiorem podnóżków — dla USA, dla Chin, dla każdego, kto akurat ma ochotę nami pomiatać — to mamy szansę na coś nowego. Na Europę, która przestanie się tłumaczyć, a zacznie działać. Na Unię zdolną do wspólnej armii, wspólnych decyzji i odważnej polityki. Na kontynent, który nie czeka na pozwolenie zza oceanu, tylko sam wyznacza kierunek. Właśnie teraz, paradoksalnie, pojawia się moment, w którym możemy odzyskać podmiotowość. Jeśli zechcemy.

Dodaj komentarz