Wczoraj, a właściwie dziś w nocy świat obiegła wiadomość o śmierci osoby niezwykłej, a mianowicie Jane Goodall. Zwykle na Żywiołaku nie poruszam takich spraw, ale tym razem zrobię wyjątek, ponieważ Goodall zajmowała w moim sercu specjalne miejsce. Paradoksalnie nie będę tu wypisywał jej dokonań, nie opiszę jej życia. Jeśli nie znacie tej postaci, nie spotkaliście się z jej badaniami i wpływem na naukę całego świata, to są miejsca, gdzie możecie ten brak nadrobić, jak choćby tu: JANE GOODALL. Ja natomiast podzielę się tylko krótkim wspomnieniem, które tak dobitnie przypomina mi o wybitnej postaci Jane.
Musiała to być połowa lat 90tych. To była końcówka czasów, kiedy do każdej dziupli w Polsce można było dotrzeć publicznym transportem za nieduże pieniądze. Dworce może i były obskurne, może śmierdziały szczochem i piwem, może nie miały lustrzanych powierzchni i nowoczesnych biletomatów, ale przynajmniej spełniały swoją funkcję.
Tamtego dnia czekałem na dworcu PKS na swój autobus. Siedziałem na ławce, w miarę czystej i w miarę… hmm… niezdemolowanej. Z pewnej odległości obserwowałem gołębie, które kręciły się między stanowiskami autobusowymi, dziobały asfalt i po swojemu gruchały. Było ich tam całe mnóstwo, bo pewnie wyczuły, że szykują się smakołyki. A faktycznie ludzie też kłębiło się wtedy sporo, a ludzie, a konkretnie czekający podróżni to kanapki, słone paluszki i inne przegryzki. Jasna sprawa. Dlaczego się w nie wpatrywałem? Nie pamiętam. Może to był jeden z tych momentów zawieszenia, kiedy człowiek o niczym konkretnym nie myśli, tylko czeka, a jego wzrok skupia się na losowym miejscu. Mi akurat wypadło na te ptaki.
Nagle w gęstą ciżbę gołębii wjeżdża autobus. Przestraszone stado podrywa się do lotu. Rozlega się łopot skrzydeł, dźwięk miesza się z piskiem hamulca i szuraniem opony na asfalcie. Wtedy zauważyłem, że jeden z gołębi nie zdążył uciec. Koło najechało wprost na niego i zmiażdżyło mu połowę ciała. Autobus przejechał, ptaki odleciały, a ludzie się rozeszli. Na asfalcie został ten biedny ptak, który poniósł śmierć na miejscu. Widziałem go od tej „lepszej” strony, gdzie została cała głowa i część korpusu z rozłożonym skrzydłem. Krwawa miazga została z drugiej strony kadru. I wtedy dzieje się rzecz, która spowodowała, że zapamiętałem tę scenę na tyle lat.
Obok zabitego gołębia ląduje nagle inny i zaczyna dreptać wkoło. Po kilku krokach podchodzi do truchła i zaczyna je trącać dziobem. Znowu drepta wkoło i znowu trąca dziobem, a nawet szczypie skrzydło kumpla. I tak przez dobry kwadrans. Ptak wreszcie ucieka, spłoszony nadejściem kobiety (w sensie samicy homo sapiens), która podniosła truchło i przeniosła na trawnik.
Siedziałem tam jeszcze przez chwilę zupełnie oniemiały. To było zachowanie tak „ludzkie”, tak nam dobrze znane i tak doskonale zrozumiałe, że pozwoliło sympatyzować ze zwierzęciem, które właśnie straciło przyjaciela? Członka rodziny? Partnerkę? Ok, nie partnerkę, bo obaj aktorzy dramatu byli samcami. Może partnera?
Nigdy nie miałem problemu z wyczuciem i zrozumieniem zwierząt, nigdy nie uważałem ich za coś gorszego, pozbawionego uczuć lub głupszego. Całe życie spędziłem z przekonaniem, że każde zwierzę doświadcza emocji, tworzy więzi z innymi, jest zdolne do uczuć. Po prostu. Z penwością różnią się one od ludzich, działają za pomocą innych zmysłów, mają inną intensywność, generalnie są inne, ale są. Wie to każdy, kto żył w domu ze zwierzęciem (nawet nie napiszę, że „ma” zwierzę), ale też każdy kto po prostu zwierzęta obserwował. Jst to prawda, która dotyczy również zwierząt nieudomowionych, dzikich. Oczywiście „dzikich” w naszym, ludzkim rozumieniu, bo de facto te „dzikie” są bardziej u siebie niż w ludzkich klatkach. Ale przecież były czasy, że w świecie nauki tych praw zwierzętom odmawiano. Kiedy twierdzono, że nawet te zwierzęta, które rozpoznają się w lustrze i w miarę jako tako zachowują samoświadomość, nie mają zdolności emocjonalnych, porównywalnych do ludzi. Co za bzdura. Kompletna, egocentryczna i antropocentryczna bzdura. I to właśnie Jane Goodall udowodniła ponad wszelką wątpliwość, że zwierzęta mają emocje (w dużym skrócie mówiać, oczywiście). Zrobiła to z pomocą metody naukowej, choć kontrowersyjnej, jak na tamte czasy, ale jednak. Zgromadziła mierzalne dowody, prowadziła badania przez lata, które ona sama, a później jej naśladowcy powtarzali i weryfikowali pozytywnie. Tym samym wprowadziła w świat nauki problem roli zwierząt na świecie. Efekty jej badań trafiły nie tylko do do dyskursu naukowego, ale tez do powszechnego rozumowania.
Ot, tak się chciałem podzielić refleksją.
