Dzieci Dublina. Rozdział 4.

Bar „Krwawy Koń” opustoszał. Wnętrze oświetlała jedna lampa i kilka świec. Za barem krzątał się łysiejący Bertie. Umył ostatnie kufle i ustawiał je na półkach, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Bertie wyminął ladę, podszedł do okna i uchylił je lekko. Przed wejściem zobaczył kilku mężczyzn. Wszyscy okrywali twarze wysokimi kołnierzami, lub chustami. Nosili długie płaszcze, spod których wystawały lufy muszkietów. Każdy miał plecak ze zwiniętym pledem. Barman bez słowa zamknął okno i uchylił drzwi. Było ich siedmiu. Weszli na salę i w ciszy zdjęli  wyposażenie. Najstarszy z nich, szpakowaty mężczyzna o pociągłej twarzy, przywitał się z Bertiem.

– Conan, dobrze cię widzieć – ucieszył się barman.

– Przytyłeś dziadu – odparł lider oddziału.

– Zawołam Liama.

Po chwili na sali pojawił się O’Brien. Uśmiechnął się na widok przybyłych i przywitał z każdym po kolei. Tymczasem Bertie zniknął w kuchni przygotować posiłek.

– Liam, do jasnej cholery – rzekł jeden z drużyny, prezentując wybrakowane uzębienie. – Czy ty się kiedyś zestarzejesz?

– Nie planuję – odparł druid. – Tylko, żeby ci zrobić na złość, Gareth. Conan, was tylko siedmiu?

– Reszta w drodze. Musieliśmy uważać, sporo patroli na drogach. W mieście też się kręcą, a większa grupa zwróciłaby uwagę.

– Ilu w sumie?

– Dwudziestu czterech.

Liam wszedł za bar i zaczął napełniać kufle ciemnym porterem.

– Éireann go Brách – zawołał Liam. Słowa przyjęto z radością. Po spełnieniu toastu, partyzanci rozsiedli się wokół baru.

– Liam – zaczął Conan. – Kopę lat, bracie.

– Ano, owszem. Widzę, że nic się nie zmieniłeś. Tylko siwych włosów ci przybyło.

– Tobie też. Brakowało mi cię. Ominęła cię niezła zabawa.

– Wiem Conan, wiem. W Dublinie ciągle się mówi o waszych akcjach, a Angole wariują, gdy tylko ktoś szepnie o Wstążkach. Nawet Zjednoczeni Irlandczycy ucichli, a wy nie. Tutaj też bywało gorąco. Jak rozprawiliście się z Goingiem, gruchnęła plotka, że część z was ukryła się w stolicy. Kilku dobrych ludzi zawisło, bo mieli powiązania.

– Gnoje – podsumował Gareth.

Liam pociągnął solidny łyk. – Sytuacja powoli się zmienia. Myślę, że jesteście bliżej celu, niż kiedykolwiek wcześniej. Lord Namiestnik zdaje się być człowiekiem rozsądnym i nie będzie się przeciwstawiał równouprawnieniu. No i O’Connell robi świetną robotę.

– A, no tak – mruknął jeden z mężczyzn. – Politycy.

– Warren, zawrzyj gębę – skarcił Conan. – Kwestie polityki omówimy sobie innym razem. Wiesz Liam, że tutaj nasze drogi kompletnie się rozjeżdżają. Ja nie walczę o równouprawnienie. Ja chcę tych wszystkich skurwieli pozabijać.

– Wiem.

– No właśnie. To wytłumacz mi, skąd taka nagła zmiana kursu, mój przyjacielu? Dostałem wiadomość, że szykujemy wyrok dla kilku protestantów i długo nie mogłem uwierzyć, że to od ciebie wyszło. O co chodzi?

– Sytuacja wymaga podjęcia kroków wyjątkowych. Takich, które mi się nie podobają, lecz nie ma innego wyjścia.

– No dobrze. O kim mowa?

– Mamy do spełnienia listę przynajmniej czterech ludzi. Jednego już sam zdjąłem. Podejrzewam, że jest ich więcej. Wszystko na to wskazuje.

– Masz jakiś plan?

– Niestety musimy czekać, aż złapiemy ich wszystkich jednocześnie. Jeśli zaczniemy wygarniać jednego po drugim, w mieście zrobi się gorąco. Ulotnią się, albo porządnie obstawią. Teraz, jak już jesteście, będzie mi łatwiej ich namierzyć i śledzić. Na to właśnie czekałem. Dzięki wam, wszystko potoczy się dużo szybciej.

– No, to napijmy się. Jak za starych, dobrych czasów.

Barman Bertie zjawił się z miskami gorącego gulaszu. Dopełnił kufle i sam zasiadł przy barze. Niedługo potem pojawili się kolejni Wstążkowcy. Powstał lekki rozgardiasz, gdy zaczęły się powitania. Liam podszedł do jednego z nich. Był zupełnie łysy, solidnie zbudowany i bardzo niski. Mężczyzna zrzucił płaszcz, odłożył karabinek i uścisnął prawicę Liama.

– A niech cię szlag, Morgan – stęknął O’Brien zabierając dłoń. – Kowadło, nie łapa.

– Nie marudź, chłopie, jeszcze żeśmy nawet nie wypili, a ty już mi śpiewasz z radości.

Przyjaciele uścisnęli się, mimo iż druid był wyższy o dwie głowy.

– Jak żyjesz bracie? – spytał Morgan.

– Brakowało mi twojego zrzędzenia. Siadaj, napij się i zjedz. Panowie. Jeszcze dzisiaj w nocy zajmiemy się rozlokowaniem was po kwaterach. Nie możecie noclegować w jednym miejscu. Wszystko mam przygotowane. Pójdziecie spać, a jutro ustalimy szczegóły.

Zapadła cisza, spojrzenia zwróciły się na Liama.

– A kto tu myśli o spaniu? – zakpił Conan. Wszyscy ryknęli śmiechem, nie zważając na względy bezpieczeństwa.

Następnego dnia rano, w Forcie Crystal odnotowano zaginięcie pieszego oddziału armii, który patrolował okolicę między mostami Clanbrosiel, a Charlemont. Niczego nie świadomi żołnierze brytyjscy, postanowili uciszyć balujących w „Krwawym Koniu” Irlandczyków, którzy dawno przekroczyli dozwolone godziny obsługiwania w barach. Gdy sześciu umundurowanych piechurów wkroczyło do środka, zobaczyli dwadzieścia cztery lufy wycelowane w ich piersi. Nie padł ani jeden strzał. Ciała żołnierzy, obciążone kamieniami, zatonęły na dnie Królewskiego Kanału.

*

Droga do Finglas była dziwnie opustoszała. Zwykle o tej porze można było spodziewać się wzmożonego ruchu. Jednak nie dzisiaj. Alan nerwowo się rozglądał, jakby coś przeczuwał. I nagle wskazał na coś ręką. Zobaczyliśmy unoszący się w oddali słup czarnego dymu. Nie wróżyło to niczego dobrego, przyspieszyliśmy więc. Jechałem obok Johna Withwortha. Wysunęliśmy się na czoło kolumny składającej się z moich konstabli i dragonów. Naszym zamiarem było przeczesanie ziem należących do Sherrardów w poszukiwaniu jakichkolwiek dowodów. Chciałem też porozmawiać z Cearbhallem na temat dnia, w którym znalazł ciało. Nikomu nie przyznałem się do podejrzeń, jakie we mnie urosły. Zapytany, czego szukamy powiedziałem, że być może sprawca nadal ukrywa się w okolicy, albo zostawił po sobie ślady zbrodniczej działalności.

Poczuliśmy swąd spalenizny, doszły nas stłumione krzyki.

– Naprzód! – krzyknąłem i popędziłem konia. Wyjechaliśmy z lasu. Niecałą milę przed nami znajdowały się pierwsze zabudowania. Kilka domów stało w płomieniach. Rozległ się strzał, potem drugi. Pędziliśmy co sił, gotowi do walki. Gdy byliśmy już o krok od wsi, zobaczyliśmy napastników. Byli to żołnierze sił porządkowych. Kilkunastu konnych i mnóstwo piechoty. Nigdy ich nie lubiłem. To brutalna hałastra, nad którą trudno zapanować. Nawet mundurów nie mieli jednorodnych. Niektórzy nosili ciemnozielone uniformy lekkiej piechoty, inni karmazynowe płaszcze. Kilku założyło białe kurty i przypominali austriackich kirasjerów. Mieli nawet napierśniki. Uzbrojeni byli różnorodnie, począwszy od lanc, przez muszkiety, na karabinkach kończąc. Wyglądali jakby obłowili się na polu bitwy. Wyhamowałem swój oddział i kazałem się rozproszyć. W towarzystwie konstabli i dragonów spokojnie wjechaliśmy między zabudowania. Broń trzymaliśmy w pogotowiu. Miał to być wyraźny sygnał, że w jesteśmy gotowi jej użyć. Porządkowi obserwowali nas bacznie. Kilku mieszkańców wsi skorzystało z okazji, by uciec w pole. Kilku innych z błaganiem w oczach wpatrywało się we mnie. Na ulicach leżały zakrwawione ciała. 

Wjechaliśmy na główny plac. Zażądałem, aby natychmiast wstrzymano pacyfikację. Rozkazałem jednemu z żołnierzy sprowadzić dowódcę jednostki. W tym czasie dragoni otoczyli wieś i zepchnęli piechurów sił porządkowych do środka. Kilku co bardziej zajadłych pacyfikatorów musieliśmy obezwładnić i związać. Wywiązała się bójka, bo grupa Irlandczyków rzuciła się na piechotę. Zdążyliśmy ich w porę odciągnąć zanim w ruch poszły bagnety. Z trudem przejmowałem kontrolę nad tym bałaganem. W międzyczasie zjawił się wystrojony jak francuski kawalerzysta oficer. Miał niebieską kurtkę z czerwonymi mankietami, oraz czarne, upstrzone piórami czako. Był niezdrowo podniecony, zbulwersowany i wściekły. W ręku trzymał turecki sejmitar, którego ostrze ociekało krwią. Plac zapełnił się wojskiem i cywilami. Na mój rozkaz dragoni wycelowali broń. Oddział Withwortha nie miał problemu z wykonaniem tego rozkazu. Ci piechurzy teoretycznie byli po naszej stronie, lecz w praktyce wśród żołnierzy regularnej armii panowała powszechna niechęć do sił porządkowych. Ich zachowanie dobitnie przypominało nam, dlaczego tak bardzo tej zbieraniny nie lubiliśmy. Porządkowi obrzucali nas obelgami, domagali się, żebyśmy odjechali. Konstable zsiedli z koni i zaczęli przepychankę z uzbrojonymi żołnierzami. W efekcie jeden z nich dostał z pięści w twarz. Podniosły się krzyki, padły kolejne przekleństwa, doszło do bezładnej szarpaniny. W tym czasie udało nam się oswobodzić kilku mieszkańców, inni ciągle byli skuci. Wśród związanych dostrzegłem Cearbhalla i jego żonę.

– Co tu się dzieje? – krzyknąłem w stronę oficera, który szturchnął konia ostrogami. Podjechał i stanął bardzo blisko mnie. Strzemiona zgrzytnęły, ocierając się o siebie.

– A kim ty jesteś, człowieku, że się wtrącasz? – Jego spojrzenie było bardzo wrogie, a mięśnie napięte. Szykowałem się na uderzenie, które mogło paść w każdej chwili.

– Kapitan Evan McEllis. Z polecenia jaśnie panującego króla Jerzego Czwartego, mam prawo aresztować każdego, kto przeszkadza mi w śledztwie. To dotyczy również pana.

– No tak, nasz miłośnik farmerów. Wiedziałem, że prędzej czy później trafię na ciebie.

– Nie wiem, jakim prawem zwraca się pan do mnie per ty. Stopień, imię i nazwisko! – wrzasnąłem mu w twarz. – Natychmiast!

– Pułkownik Ronan Leyland – warknął przez zaciśnięte zęby.

– Kto wydał rozkaz zabicia tych ludzi?

– Ja nie muszę mieć rozkazów, żeby działać – warknął Leyland. – Ci ludzie wspierali powstańców i element wrogi koronie brytyjskiej, dlatego ich dobytek podlega rekwizycji, a oni karze śmierci. Pojął? No, to won mi sprzed oczu.

Serce zabiło mi mocniej. Czułem, że wzbiera we mnie złość i zacząłem się bać, że mogę jej nie opanować. A groziłoby to prawdziwą jatką. Jak ja nie cierpię takich typów, pomyślałem. Gniew powoli przejmował nade mną kontrolę. Położyłem dłoń na rękojeści szabli. Zrobiłem to tak, żeby widział.

– Zwijaj żagle pułkowniku od siedmiu boleści i precz mi stąd. Zostaw tych ludzi w spokoju.

– Ludzi? O jakich ludziach mówisz? O tych kartoflach? Spokojnie, to nie ludzie, to rośliny. Nie, nie rośliny. Chwasty. Brudne, śmierdzące złodziejskie nasienie. Już ich znasz, co? Słyszałem, że nawet polubiłeś. – Leyland mówił, a ja drżałem z wściekłości. Mierzyłem go spojrzeniem i starałem się za wszelką cenę nie odrąbać mu łba. Konstable niebezpiecznie się zbliżyli. Trzymali w rękach naładowane karabinki. O’Toole bezceremonialnie celował w pułkownika. Widziałem też, że Withworth ustawia się przodem do kawalerzystów sił porządkowych.

– To prawda? – drwił dalej. – A te twoje chłopki na posyłki to, co z nimi? Buty ci liżą?

Miarka się przebrała. Zamachnąłem się pięścią, trzasnąłem gnojka w twarz. Leyland spadł z konia. Zrobił się tumult, padły strzały, ktoś zaczął krzyczeć.

– Aresztować go! – wrzeszczałem. – Co się kurwa gapisz? – ryknąłem na konstabla. – Skuć go natychmiast! Tamtych też – rozkazałem, wskazując piechurów ubroczonych krwią. – Jesteście aresztowani pod zarzutem utrudniania śledztwa osobie w służbie króla, oraz za morderstwo. Brać ich! – rozkazałem.

Podjechałem do Withwortha, który stał z wycelowanym pistoletem. Z tyłu zebrało się kilku dragonów. Palce mieli na spustach. John spojrzał na mnie ze strachem z oczach.

– Evan, do jasnej cholery – syknął. – Co ty wyprawiasz?

– Aresztuję przestępców. Wy tam – zwróciłem się do konnych. – Powoli złóżcie broń. A teraz wypierdalać!

Wróciłem na plac, gdzie konstable kończyli pętać żołnierzy. Leyland wykrzykiwał soczyste przekleństwa i groźby. Podjechałem do niego, zsiadłem z konia i spojrzałem mu prosto w oczy. Był obleśny. W jego oczach czaiło się wszystko, co najgorsze w człowieku może być: pycha, obłuda, nienawiść i pogarda. Nie wiem kiedy, ale bez słowa uniosłem rękę i trzasnąłem go w twarz.

– Gdybyśmy byli na wojnie, już byś wisiał. O’Toole! Zakneblować go.

Ludzie ze wsi zgromadzili się wokół mnie by się wyżalić. Starałem się ich uspokoić i zmusić do rozejścia, ale nie było łatwo. Zaczęli biadolić, że ich domy spłonęły i co oni teraz poczną? Kobiety płakały, że mężów zastrzelili i kto teraz na rodzinę zarobi? Dzieci wrzeszczały ze strachu, mężczyźni przeklinali króla, Lorda Namiestnika i całe królestwo. A ja stałem wśród nich, czując jak ręka pulsowała bólem. Gryzący dym pokrył cały plac. Wiatr, co chwilę zmieniał kierunek, więc ogień rozprzestrzeniał się na inne domy.

– Withworth! – krzyknąłem. – Rozbroić pozostałych i zapędzić do gaszenia pożaru. Natychmiast! Nie patrz się na mnie, kurwa mać, tylko wykonuj rozkaz! Alan! Alan, gdzie jesteś!

– Jestem, panie kapitanie, tutaj obok.

– Znaleźć mi Caerbhalla Kelly, zawieźć do naszych kwater na przesłuchanie. Potem przyślesz posiłki z zamku. I mają zabrać wiadra! Brown!  – Collin zameldował się szybko. – Znajdziesz wóz, konie i zapakujesz aresztowanych. Weźmiesz eskortę dragonów, zawieziecie ich do pierdla na Zamku.

Stałem na środku placu i wykrzykiwałem rozkazy. Szablą wskazywałem kierunki, osoby, miejsca. Tu wysłałem ludzi z wiadrami, tu wskazałem miejsce złożenia rannych, tam pokazałem ścieżkę do rzeki. Okolica rozbrzmiewała krzykami, złorzeczeniami, biadoleniem kobiet i płaczem dzieci. Ogień, trawiący kolejne domy, huczał jak demon z piekielnych otchłani. Potworny żar palił mi twarz, ale nie cofnąłem się. Nie po to tu przyjechałem, żeby teraz robić choć pół kroku w tył. W tym akurat Bonaparte miał rację. Trzeba wiedzieć, kiedy uciekać, ale przede wszystkim trzeba wiedzieć, kiedy nie wolno. Rozkazałem ewakuację wszystkich cywili, z wyjątkiem tych, którzy byli w stanie unieść wiadro. Część z nich wysłałem do polewania dachów, które jeszcze nie zajęły się ogniem, kilku zapędziłem do biegania po wodę. Zrozumiałem, że płonące domy były tracone. Najważniejsze, to zapobiec przerzuceniu się ognia na sąsiednie zabudowania. Większość ludzi skierowałem do gaszenia sypiącego na dachy żaru. Trochę to wszystko potrwało. Po blisko godzinie dwa domy runęły z hukiem, wyrzucając w niebo snopy iskier i płonących odłamków. Natychmiast wysłałem ludzi, aby zdusili ogień, póki trochę przygasł. Zjawił się też oddział regularnej piechoty i znajomi artylerzyści z miasta. Mieli ze sobą drabiny, siekiery i beczki z wodą. Dowództwo przejął sierżant Chris Wellson, który zaordynował swoich puszkarzy do walki z żywiołem. Tymczasem ja podziękowałem Withworthowi za pomoc, zebrałem resztę konstabli i ruszyłem do miasta. Powinienem był w tej sytuacji pojechać na Zamek i wyjaśnić zajście, najlepiej samemu Wellesleyowi. Tam też się skierowaliśmy, ale nie byłem pewien, czy mi się chciało. Myśl, aby zlekceważyć Leylanda i jego bandę była kusząca. Poczucie obowiązku wzięło górę. 

Nie spieszyliśmy się zanadto. Jechaliśmy ulicami miasta powoli, pozwalając, aby napięcie i złość swobodnie wyparowały. Podczas drogi towarzyszyły nam ciekawskie spojrzenia mijanych ludzi. Zastanawiające, pomyślałem. Czyżby całe miasto słyszało już o akcji, czy może po prostu tak fatalnie wyglądaliśmy? Bo rzeczywiście, walka z pożarem zostawiła na naszych ubraniach wyraźne ślady. Przejechaliśmy przez College Green, gdzie zapanowała cisza, gdy tylko zjawiliśmy się na placu. Nie oglądając się za siebie wjechaliśmy na Dame Street. Przy bramie Zamku czekali już Alan i Collin. Nie wiedziałem, o co im chodzi, ale spojrzenia mieli nieciekawe. Próbowali zagadać, lecz nie odezwałem się ani słowem. Zsiadłem z konia. Zrobiłem krok w stronę bramy, gdy Collin zebrał się na odwagę i zastąpił mi drogę.

– Przywołuję do porządku konstabla Collina Browna – warknąłem. – Z drogi.

– Panie kapitanie, może lepiej niech pan tam nie wchodzi.

– Kurwa mać – zirytowałem się i złapałem Irlandczyka za poły kurtki. – Mało miałem problemów dzisiaj, tak? Jeszcze teraz wy musicie mieć jakiś problem? Co to jest? Bunt?

– Nie, nie, panie kapitanie. To nie tak.

Puściłem go. Czułem, że opadają ze mnie siły.

– O co chodzi?

W tej samej chwili rozległ się dźwięk stukających o bruk podków. Z bramy wyłonił się Leyland i jego aresztowani żołnierze. Zauważył nas natychmiast, popędził konia i zrównał się ze mną.

– Myślałeś, że możesz ot tak sobie mnie aresztować? – warknął, spoglądając z konia.

– Prawdę mówiąc, miałem ochotę łeb ci urwać, ale pomyślałem, że nie zniżę się do twojego poziomu.

Leyland najechał na mnie, a ja straciłem równowagę i poleciałem do tyłu. Gdyby nie ściana, padłbym jak długi. Konstable poderwali karabinki, a piechurzy rzucili się do przodu, mimo iż ich muszkiety zostały we wsi Finglas.

– Stać! – krzyknąłem. – Dosyć na dzisiaj.

Oficer sił porządkowych poprawił pas na piersi i czapkę. Spojrzał na mnie z wrednym uśmiechem.

– Myślę – stwierdził – że jeszcze trafimy na siebie.

– Mam nadzieję.

Poczułem się bardzo zmęczony. Zwolniłem konstabli ze służby i wróciłem do mieszkania. Przez resztę dnia nie wychodziłem z biura. Starałem się ogarnąć myśli, zebrać do kupy wszystko, czego się dowiedziałem. Przede wszystkim potrzebowałem chwili spokoju.

*

O’Toole, podobnie jak reszta konstabli, miał podły nastrój. Akcja, której świadkiem był tego przedpołudnia, przypomniała mu dobitnie, jakiemu systemowi służył. Wspomniał swoją burzliwą przeszłość, kiedy w szeregach Wstążek walczył z dzierżawcami i oddziałami policji baronialnej. Pytania zdominowały jego myśli. Czy dobrze zrobił? Czy decyzja o porzuceniu partyzantki była słuszna? Czy aby na pewno pomagał sprawie irlandzkiej, wstępując w szeregi Konstabli Hrabstwa? Tępo wpatrywał się w kufel, wypełniony ciemną cieczą. W głowie huczały mu wystrzały, krzyk kobiet i płacz dzieci. Myślał również o swoim przełożonym, kapitanie McEllisie. Ciężko było uwierzyć, że człowiek ten potrafił wznieść się ponad swoje pochodzenie i dążyć do ukarania przestępców, niezależnie od narodowości. Zastanawiające było, że już po raz kolejny wystąpił w obronie rodaków Padraiga. O’Toole nie potrafił przyjąć do wiadomości, że motywacją kapitana była wiara w skuteczność wymiaru sprawiedliwości. Konstabl nie wiedział, jak to wyglądało w Anglii, ale był pewien, że w koloniach, a zwłaszcza w Irlandii, prawo służyło tylko i wyłącznie okupantom. Czyżby więc jego przełożony był naiwniakiem?

Wnętrze baru huczało od plotek. Wieść o wydarzeniach z Finglas dotarła do Dublina w tempie ekspresowym. Każdy plotkarz miał swoją własną wersję wydarzeń, dlatego O’Toole starał się nie zwracać na siebie uwagi. Gdyby został rozpoznany, z pewnością wciągnięto by go w dyskusję, a nie miał na to najmniejszej ochoty. 

Przy barze rozsiadła się grupa szkockich marynarzy, którzy podniecali dyskusję własnymi domysłami.

– A ja wam mówię – spierał się jeden z nich – że tego oficera powieszą. Przecież nie można tak sobie jechać i do ludzi strzelać.

– Co ty tam wiesz, Connor – zaprzeczył drugi Szkot. Jego silny akcent prawie uniemożliwiał zrozumienie poszczególnych słów. – Przecież to siły porządkowe, oni w dupie mają, że to ludzie. Mógłby ten wasz namiestnik wreszcie ich pogonić, bo same z nimi problemy. Nawet my, jak zawijamy do portu, wiecznie musimy się z nimi użerać. Ciągle czegoś chcą, a to rewizja, a to cło, a to pryszcze na dupie. Dobrze im dzisiaj ten konstabl pokazał.

– To nie konstabl był – wtrącił ktoś z tłumu – tylko oficer jakiś. Anglik, ale mówią, że równy chłop.

– Ano, tacy się zdarzają – stwierdził nostalgicznie marynarz.

O’Toole przysłuchiwał się dyskusji, ciesząc się, że przynajmniej wśród mieszczan ich akcje znajdowały poparcie. Tylko, co będzie dalej? Przecież kapitanowi na pewno się dostanie. A jeżeli ktokolwiek miał złapać winnego śmierci tych biednych dzieci, to tylko on. Nikomu innemu na tym nie zależało, a żaden z nas nie miałby takiej siły przebicia, żeby kontynuować sprawę. A co będzie, jak jeszcze go do pierdla wsadzą? O’Toole zaklął w myślach. To całkiem możliwe. Facet narażał się dla Irlandczyków, a tego bezkarnie wśród protestantów robić nie można. Z zamyślenia wyrwało go chrząknięcie. Ktoś przysiadł się do baru obok konstabla.

– Coś taki zmartwiony? – spytał mężczyzna. Padraig rozpoznał pociągłą twarz, przyprószone siwizną czarne włosy. Tylko zmarszczek zobaczył więcej, niż ostatnio.

– Conan – szepnął zaskoczony konstabl. – Co, do ciężkiej, jasnej cholery, robisz w Dublinie?

– Miło cię widzieć, przyjacielu – uśmiechnął się Wstążkowiec. – Jak żyjesz?

– Kurwa mać – zaklął Padraig, rozglądając się. – Zdajesz sobie sprawę, że powinienem cię aresztować?

– Owszem. Tak samo, jak ty zdajesz sobie sprawę, że wyjdą wtedy na jaw przygody konstabla O’Toole‘a w szeregach partyzantki. Bo przecież oni pojęcia o tym nie mają, co? Oczywiście, że nie. Inaczej nie przyjęliby cię.

O’Toole skrzywił się.

– Czego chcesz?

– Porozmawiać, to wszystko. Barman – zawołał Conan. – Polej. Dla kolegi też.

Kufle szybko znalazły się na ladzie. Konstabl od razu wychylił połowę.

– Nie denerwuj się – uspokoił Conan. – Z mojej strony nic ci nie grozi, wiesz o tym.

– Wiem. Inaczej obaj skończylibyśmy na szafocie.

– Widzę, że nadal uprawiasz czarnowidztwo. Nic w tym złego. Człowiek żyje dłużej dzięki takiej postawie. I trudniej go rozczarować.

– Skończ truć. Mów, czego chcesz.

– Szukam informacji o kilku osobach. Masz swobodny dostęp do zamku i możesz mi w tym pomóc.

– O jakich osobach mowa?

– Tutaj masz listę nazwisk – wyjaśnił Conan, wyciągając z kieszeni złożoną kartkę. – Interesują mnie nie tylko oni sami, ale również najbliżsi partnerzy, współpracownicy, miejsca zamieszkania, własności ziemskie. Wszystko, co znajdziesz.

– Po jaką ci to cholerę?

– Widzisz Padraig, tak naprawdę to i ciebie powinni oni zainteresować. A zwłaszcza twojego szefa.

– O czym ty mówisz?

– Nic nie kumasz bracie. Jak zwykle siła, zamiast pomyślunku. Ale to nie ważne. Nic się nie bój, niedługo będzie po wszystkim. Tylko znajdź mi te informacje.

O’Toole zmierzył Conana niemiłym spojrzeniem. Ten w odpowiedzi uśmiechnął się.

– To jak będzie?

– Nie podoba mi się to. Śmierdzi szantażem.

– Padraig, nie bądź naiwny. Wiedziałeś, że prędzej czy później do tego dojdzie. No to załatwione – powiedział Conan, poklepując konstabla po plecach. – Jak już coś będziesz miał, zostaw wiadomość w „Krwawym Koniu”. Nie każ mi czekać zbyt długo. Masz dzień, może dwa.

Wstążkowiec jednym haustem dopił portera i wyszedł z baru. O’Toole długo wpatrywał się w pusty kufel.

– Ale dno – mruknął.

*

Rozłożyłem przed sobą notatki, kalendarium zdarzeń, zgromadzone zeznania i zasiadłem z twardym postanowieniem kontynuowania pracy. Miało mi to pomóc uspokoić się, zapomnieć o sytuacji z Leylandem i zabitych ludziach. Nic z tego. Przez niemal godzinę siedziałem jak posąg i tępo wpatrywałem się w papiery. Nie widziałem w nich żadnego sensu ani pocieszenia, wręcz przeciwnie. Widok zapisanych drobnym maczkiem kartek, przyprawiał o ból głowy. Przyłapałem się na tym, że nucę pod nosem melodię z dzieciństwa, zupełnie nie rejestrując tego, co widzę. Niby patrzyłem, ale nie widziałem. Nic do mnie nie docierało. Stan otępienia przyniósł jednak upragnioną chwilę wytchnienia. Nie na długo. Myśli odżyły, obrazy płonących domów i zabitych ludzi kłuły w oczy. Miałem ochotę cisnąć papiery w kąt, a jeszcze lepiej w palenisko. Zebrałem je tylko do kupy i odłożyłem na półkę. Były owocem pracy całego zespołu. Nie mogłem przekreślić tego wysiłku chwilą słabości.

Czas ciągnął się niemiłosiernie. Wieczór i noc spędziłem w biurze, na zmianę przysypiając i bezczynnie gapiąc się w okno. Raz lub dwa ktoś zapukał do drzwi. Usłyszałem głos któregoś z konstabli, ale nie odpowiadałem. A co mnie to interesuje, pomyślałem. Niech się wali wszystko, ja mam to w dupie. Wyparowały ze mnie resztki energii i zapału, ogarnęło mnie dojmujące poczucie bezsiły. Bo jeżeli nawet ja tych ludzi znajdę, aresztuję i postawię przed sądem, to czy będę w stanie przekonać ławę przysięgłych, że są winni i podlegają karze? A nawet, jeśli tak, to co dalej? Wylądują w więzieniu, na zesłaniu, czy może na szafocie? A może sprawa skończy się dokładnie tak samo, jak w przypadku Leylanda? Na samą myśl o tym człowieku serce zaczynało bić mocniej, a pięści zaciskały się na poręczach fotela. Zwątpiłem w skuteczność moich działań, tracąc też nadzieję na sprawiedliwy wyrok.

Rano spotkałem się z konstablami w kuchni. Milczeli i wpatrywali się we mnie, jakby nie chcieli rozdrażnić lub urazić. Nie rozmawiali między sobą, a na moje pytania odpowiadali cicho i niepewnie. Zebrałem się w sobie na tyle, żeby rozdzielić bieżące zadania. Mieliśmy kontynuować poszukiwania według listy. Sam wyłgałem się robotą papierkową. Nie było to aż tak dalekie od prawdy, ponieważ miałem spotkać się z Lordem Namiestnikiem, żeby zdać kolejne sprawozdanie z postępów śledztwa, a to również wymagało pisemnego raportu. Mam czas, pomyślałem. Napiszę później. Na razie miałem zamiar zamknąć się w biurze i nie pokazywać nikomu.

O’Toole odczekał, aż konstable rozejdą się do zadań.

– Panie kapitanie – zagadnął, a ja odparłem służbowym tonem. Nie chciałem, żeby w jakikolwiek sposób wyczuł moją słabość.

– Niech się pan kapitan nie zadręcza – powiedział łagodnie i przyjacielsko. Aż zadrżałem z wrażenia. Czy naprawdę byłem tak łatwy do rozszyfrowania? – Nic z tego, co wczoraj się stało, to pańska wina. Pan, jako jedyny potrafił się postawić, nikt inny nie śmiał.

Zaprzeczyłbym, powiedział, że wszystko w porządku, ale zabrakło mi słów.

– Panie kapitanie – kontynuował konstabl. – My tu od zawsze musimy walczyć o swoje i niczego to nie zmieni, jeśli pan się teraz rozsypie. A nie wiem czy pan kapitan zauważył, ale to, co robimy, co pan robi – podkreślił – jest ważne. Dajemy ludziom nadzieję. I cokolwiek by nie było, zawsze stanę po pana stronie.

Słowa O’Toole’a brzmiały trochę nierealnie i w niczym nie zmieniały mojej sytuacji. Wróciłem do biura, stanąłem przy oknie i zamyśliłem się, rozważając słowa konstabla. Cóż, było to oczywiste, że nie mogłem tak bezczynnie gnić. Niezależnie od tego, jak się czułem, miałem zadanie do wykonania. A to zobowiązywało. Poza tym, jak się okazało, byli w okolicy ludzie, którzy liczyli na mnie. Zebrałem się i wyszedłem. Padraiga dogoniłem po kilku minutach. Jechaliśmy dalej w milczeniu. Nie trzeba było nic mówić. Wystarczyło pełne zrozumienia spojrzenie.

Ledwie zdążyliśmy skierować się na południe i wjechać w Patrick Street, gdy zaczepił nas konny patrol sił porządkowych. Spodziewając się kłopotów, poczułem niemiły ścisk w żołądku. Żołnierze zachowali się jednak zgodnie z protokołem. Przedstawili się i przekazali wiadomość od Lorda Namiestnika, który wzywał mnie na rozmowę. Mieliśmy natychmiast udać się na północ miasta, do Nowej Hali Przemysłowej, gdzie lord Wellesley nadzorował uruchomienie odlewni ludwisarskiej. Bez chwili zastanowienia zawróciliśmy konie i skierowaliśmy się w stronę rzeki Liffey. 

Dzień był pochmurny i zimny, chłodny wiatr wdzierał się pod ubrania, powodując nieprzyjemne dreszcze. Gdy przejechaliśmy most Richmond, zaczęło siąpić. Kluczyliśmy wąskimi alejkami, w sąsiedztwie północnego nabrzeża. Zaułki obstawione straganami były tak ciasne, że niektórych nie dało się przejechać. Zauważyłem, że wielu ludzi ukradkiem wskazywało nas palcami, a inni bez żenady machali do nas. W okolicy wyładowanego skrzyniami nabrzeża Arran Quay, obskoczyła nas grupa dzieci. Spojrzałem pytająco na Padraiga, ten tylko uśmiechnął się i bezradnie wzruszył ramionami. No tak, pomyślałem. Sława. Dzieci biegły w ślad za nami przez kilka przecznic, aż zbliżyliśmy się do górującego nad okolicą budynku więzienia. Tam dzieciarnia wystraszyła się patrolu wojska i rozbiegła z piskiem.

Przy kompleksie brudnych budynków Nowej Hali Przemysłowej panował wzmożony ruch. Nie było tu bruku, tylko czarna, błotnista ziemia, która oblepiała wszystkich pracowników. Kryte wozy leniwie toczyły się między barakami, zaprzęgnięte w silne, przyzwyczajone do ciężkiej pracy wałachy. Hale produkcyjne rozbrzmiewały stukotem maszyn. Nasze konie szły niepewnie, ponieważ podkowy grzęzły w błocie. Jechaliśmy powoli. Wreszcie, na jednym z placów, zobaczyliśmy kompanię piechoty oraz kilka luźnych grup kawalerii. Czekali pod masztem, z którego smętnie zwisała flaga brytyjska. Lord Wellesley przechadzał się w towarzystwie robotników, inżynierów i handlowców zarządzających fabryką. Pochłonięci dyskusją, nie zauważyli mnie. O’Toole został z tyłu, a ja zsiadłem z konia i z hełmem pod pachą, ruszyłem dziarskim krokiem w stronę lorda. Stanąłem przed nim na baczność, stuknąłem obcasem i zameldowałem się. Wellesley obrzucił mnie zmęczonym spojrzeniem, przeprosił swoich rozmówców i odciągnął na bok.

– Pan kapitan McEllis – powiedział Wellesley.

– To dla mnie zaszczyt, mój lordzie.

– Przejdźmy się.

Ruszyliśmy w stronę szerokiej alei, której granice wyznaczały wysokie budynki hal produkcyjnych. Szliśmy powoli. W pewnej odległości za nami, dyskretnie podążał oddział huzarów oraz spieszeni dragoni.

 – Nie cierpię tych wizytacji – poskarżył się lord. – Niestety są konieczne. Niektórym trzeba przypominać, że służą nie tylko własnym interesom, ale sprawie o wiele większej. Staram się unikać tych pokazów jak tylko mogę, przez co Peel i Goulding przykleili mi łatkę lenia i krętacza, ale to ich problem, nie mój. No dobrze, panie kapitanie. Dość moich narzekań, przejdźmy do rzeczy. Czy zdaje pan sobie sprawę, że mam na biurku pokaźny plik skarg i zażaleń na pańską działalność?

Spojrzałem na lorda, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Ten uśmiechnął się tajemniczo i kontynuował.

– Tak myślałem. A wie pan, co mówią o panu na Zamku? Co w magistracie? Mówią, że jesteś pan obwieś. Nie szanujesz pan autorytetu władzy i niebezpiecznie zbliżasz się z podejrzanym elementem. Co pan na to?

– Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – odparłem szybko. – Mogę powiedzieć jedynie tyle, że staram się spełniać swoje obowiązki najlepiej jak potrafię. Nic nie poradzę na to, że nie wszystkim się to podoba.

– To dobra odpowiedź – pochwalił Wellesley. – Te wszystkie zażalenia dowodzą, że podchodzi pan do sprawy poważnie, nie zważając na ambicje i uprzedzenia. Dlatego jestem z pana kapitana bardzo zadowolony.

Spodziewałem się reprymendy, a nie pochwały. To miłe zaskoczenie.

– Evan – powiedział namiestnik, patrząc mi w oczy, – bądź ostrożny. Zarówno w magistracie, jak i wśród oranżystów, wzbudziłeś złą sławę. Niektórzy postrzegają cię, jako zagrożenie, a to może mieć poważne skutki.

– Cóż, niektórzy już zaczęli rzucać mi kłody pod nogi.

– Czy to znaczy, że chciałbyś wnieść oficjalną skargę?

– Nie, mój lordzie. Proszę mi wybaczyć, ale nie mam zamiaru toczyć tu prywatnej wojenki. Nie mam czasu na takie historie, które diabli wiedzą, dokąd mogą prowadzić. Wiem na pewno, że tylko pogorszą sytuację, nic w zamian nie przynosząc.

– To rozsądne podejście. Widzę, że nie pomyliłem się w ocenie twojej osoby. Postaram się możliwie jak najbardziej ułatwić ci pracę, ale nawet ja nie wszystko mogę. Są kręgi, które staną na głowie byle tylko utrudnić mi życie, o czym zdążyłeś się już przekonać. Niestety, dotyczy to również ciebie, ponieważ jesteś tutaj z mojego rozdania. Teraz mów jak idzie śledztwo. Czego się dowiedziałeś?

– Od mojego ostatniego raportu niewiele się zmieniło. Mam naprawdę mało informacji i szukam punktu zaczepienia. Mam jeden trop, który być może zaprowadzi mnie gdzieś dalej, ale jest za wcześnie, żeby cokolwiek powiedzieć.

Spojrzenie Wellesleya było przenikliwe.

– Rozumiem. Słyszałem, że włączyłeś się również w śledztwo w sprawie zabójstwa sir Sherrarda, tak? Nie wiem, co takiego sprawiło, że dogadałeś się z Withworthem, ale to nie jest zły pomysł. John to dobry żołnierz. Niestety jego przydział do sprawy pozostaje poza moimi decyzjami, dlatego twój udział może tylko pomóc. W takim razie mów, co się dzieje w związku z tym morderstwem.

– Dowiedziałem się, że podpułkownik Withworth ma już głównego podejrzanego, którego staramy się wytropić. Prowadzę również drobiazgowe śledztwo, aby ustalić ostatnie zdarzenia z życia ofiary.

– Aha, no tak, to oczywiste – powiedział lord, jakby nie do końca mi wierząc. Zatrzymał się, zwrócił w moją stronę i spojrzał głęboko w oczy.

– Evan, młodzieńcze – zaczął. – Ja może i faktycznie jestem leń i krętacz, ale oszukać mnie nie jest tak łatwo. Umówmy się tak. Mieliśmy się spotkać jutro na Zamku, ale skoro już dziś mamy okazję porozmawiać, to odpuścimy jutrzejsze spotkanie. Napiszesz mi raport, w którym zawrzesz wszystko, co mi dotąd powiedziałeś, tak?

– Oczywiście.

– Do raportu dołączysz kopie zeznań, szczegółowo opiszesz podjęte działania i wszystko, co powinienem oficjalnie wiedzieć, tak?

– Wedle życzenia.

– Dobrze. A wszystko, co powiesz mi w tej chwili zostanie między nami. To znaczy, że teraz powiesz mi to, czego nie chcesz powiedzieć, a ja to zachowam dla siebie. Miałeś wystarczająco dużo czasu, aby sformułować przynajmniej jedną wersję wydarzeń. Śmiem twierdzić, że jesteś naprawdę bystry i masz już kilku podejrzanych. Zatem?

Bezpośredniość Lorda Namiestnika zbiła mnie z tropu, a rozmowa potoczyła się torem, którego bardzo się obawiałem. Miałem nadzieję za wszelką cenę uniknąć rozmowy o moich podejrzeniach i domysłach, bo co ja miałem mu powiedzieć? Że podejrzewam grupę brytyjskich arystokratów o bestialski mord na irlandzkich dzieciach? Że są wśród nich osoby sprawujące oficjalne stanowiska w państwie? A sir Sherrard, powszechnie szanowany członek ławy przysięgłych, kochający mąż i ojciec, w rzeczywistości został słusznie ukarany, choć niezgodnie z prawem? Nie, to się nie mieściło w głowie. Było to zbyt bezczelne, przynajmniej dopóki nie będę miał mocnych dowodów. Lecz to nie wszystko. Nie mogłem mieć pewności, że Wellesley nie był w jakiś sposób z nimi związany. Choć wydawało mi się to absurdalne i zupełnie nie pasowało do splotu zdarzeń, to paranoja ostatnich dni zrobiła swoje.

– Mój lordzie – zacząłem powoli, ważąc każde słowo. – Nie myli się pan, mówiąc, że mam własną wersję wydarzeń i własnych podejrzanych. Mimo wszystko chciałbym pozostawić te wiadomości dla siebie, ponieważ wymagają one głębokiego przemyślenia, a przede wszystkim faktów, nie hipotez. Mogę jedynie powiedzieć, że sprawa jest o wiele trudniejsza, niż początkowo się spodziewałem. Będzie to cud, jeżeli uda mi się ją doprowadzić przed sąd, a nawet tam nie będzie łatwo.

– Rozumiem. Czy to wszystko, co chciałbyś mi teraz powiedzieć?

– Tak, mój lordzie. Dopraszam się wybaczenia, lecz proszę mi wierzyć, moja dyskrecja jest naprawdę solidnie umotywowana. Oczywiście, gdy tylko zgromadzę odpowiednie dowody, będzie pan pierwszym, który pozna szczegóły.

– Szanuję twoją postawę i nie będę się sprzeciwiał. No dobrze. Wracajmy powoli do mojego teatrzyku. Pamiętaj o raporcie, chcę go widzieć na swoim biurku najdalej jutro rano. Jeszcze jedno. Organizuję przyjęcie dla przyjaciół i dublińskich dygnitarzy. Niestety będzie to okrutnie nudne spotkanie, pełne pustych rozmów o niczym, konwenansów i plotek. Z pewnością wszyscy będą się uśmiechać i wyżerać zapasy z zamkowej spiżarni. Życzę sobie abyś się pojawił. Możesz zabrać adiutanta. Odmowę przyjmę, jako osobistą urazę, dlatego nawet nie próbuj.

– Oczywiście, będzie to dla mnie zaszczyt.

Uśmiechnąłem się. Głównie na myśl o moim adiutancie wśród śmietanki towarzyskiej Dublina. Założyłbym się o wszelkie pieniądze, że O’Toole będzie się stawiał.

– Chodźmy już – ponaglił lord. – Chyba coś się stało.

*

Jak wieść niesie, Sackville Street była jedną z szerszych ulic w Europie. Pod koniec zeszłego wieku została poszerzona i wydłużona o cały kwartał dzięki staraniom irlandzko – angielskiej Komisji Ulicznej. Gromadzenie funduszy zajęło działaczom ładnych parę lat, w końcu jednak udało się rozpocząć prace. Ich efektem było powstanie nowoczesnego centrum dla rozwijającego się miasta. Minęło ledwie kilka lat po zakończeniu przebudowy, a miejsce to stało się główną arterią Dublina i atrakcyjną lokacją do prowadzenia biznesu. Mimo, iż znajdowała się na północnym brzegu rzeki Liffey, który uważany był za slumsy i siedzibę elementu przestępczego, ulica przyciągnęła najznamienitszych rzemieślników i handlowców z całego Zjednoczonego Królestwa. Odremontowany most Karlisle prowadził z Sackville na College Green i dalej na Dame Street aż do Zamku Dublin. Dzięki temu najważniejsze punkty miasta zostały obdarowane przepastnym połączeniem, wygodnym zarówno dla pieszych, jak i dla setek wozów, codziennie przetaczających się przez centrum. W miejscu, gdzie Sackville rozdzielała Henry i Talbot Street, ustawiono wysoką na niemal sto trzydzieści stóp kolumnę, zwieńczoną masywnym pomnikiem lorda admirała Nelsona.

Sackville Street, jak zawsze około południa, tętniła życiem. Ulicą tłoczyły się powolne i ociężałe wozy, szybkie karoce arystokracji, patrole wojska, kupujący, sprzedający i zwykli przechodnie. Przed frontem gmachu Poczty Głównej, trzech konstabli próbowało odpędzić otyłego sprzedawcę ryb, których świeżość pozostawiała wiele do życzenia. Niestety, według sprzedawcy, ryby jeszcze dziś rano pływały po dnie rzeki Liffey. Zapytany o licencję na połów, grubas oblał się rumieńcem i postanowił nie stwarzać więcej problemów. Morgan przyglądał się scenie z rozbawieniem. Znał tego człowieka z dzieciństwa, gdy mieszkał niedaleko portu. Zapamiętał go, jako oszusta i wydrwigrosza. 

Morgan pogłaskał gładką jak arbuz głowę i zwrócił się do towarzysza.

– Szlag by to trafił. Ile jeszcze czasu?

Drugi nie obrócił się nawet.

– A skąd mam wiedzieć? – burknął zirytowany Tim. – Do skutku, albo aż nas Conan zluzuje.

Tim wyjął fajkę i przygryzł ustnik zębami. Najwyraźniej nie miał zamiaru podpalić cybucha. Obaj stali tak od blisko dwóch godzin. Ubrali długie płaszcze, pod którymi skrywali pistolety i noże. Zachowywali się spokojnie, aby nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi. Często zmieniali miejsce postoju, przechadzali się w tę i nazad, udawali zainteresowanie wystawami sklepowymi. Czekali. 

– Kurwa – zaklął Morgan – zimno się robi.

– Przestań narzekać i skup się. Sam wszystkiego nie upilnuję.

Morgan, głuchy na uwagi, narzekał dalej.

– Kropić zaczyna. Ale rybami śmierdzi. Skąd tu tyle błota? Czy ten bachor musi tak się wydzierać?

Tim westchnął tylko. Znał Morgana od wielu lat i zdawał sobie sprawę, że uciszanie go dawało efekt zupełnie odwrotny.

Z tłumu wyłonił się Shaun. Na głowie miał sponiewierany cylinder, przez ramię przewiesił gruby plik gazet i darł się ile sił w gardle.

– Lord Wellesley zwleka z podpisaniem wyroków śmierci na trzydziestu ośmiu skazańców z Tipperary! Henry Goulburn i sir Robert Peel naciskają! W Newcastle Robert Stephenson szykuje budowę pierwszej lokomotywy parowej! Wielki pożar trawi bazylikę w Rzymie!

– Hej, Shaun! – krzyknął Morgan. – Chodź no tutaj.

Chłopak podbiegł do Wstążkowców.

– Panowie gazetkę?

– Co ty tutaj robisz? – spytał Tim.

– To pomysł Liama. Mam się nauczyć uczciwie zarabiać pieniądze – odparł Shaun przewracając oczami. Morgan parsknął. – Poza tym będę przekazywać wiadomości, jakby jakaś akcja była.

– Dobrze – mruknął łysy. – Przydaj się na coś i przynieś nam wody. I chleba.

– Hola, hola. Ja nie na posyłki jestem, ani kantyna żadna. Żreć wam się chce, to ziu do pubu. Ja mogę pomóc w walce o sprawę.

– Patrz go – warknął Morgan do Tima. – Jaki bezczelny gówniarz. Walka o sprawę mu w głowie.

– Dobrze gada – rzekł Tim. – Trzeba się szanować. A tobie jak się co chce, to zapierdalaj gdzie trzeba, po to bozia rączki i nóżki dała.

– O, następny mądrala się znalazł. 

– Zamknijcie się – Shaun uciął pyskówkę. – Coś się dzieje.

W tłumie wokół kolumny Nelsona podniósł się krzyk. Kobiety lamentowały i płakały, dzieci beczały. Rozległ się gwizdek i zjawili się konstable. Ci również podnieśli głosy, starając się przekrzyczeć rosnący tłum.

– Shaun – polecił Tim – leć, zobacz, co się dzieje.

Chłopak przytrzymał cylinder i ruszył, lawirując między ludźmi. Wstążkowcy podążyli w ślad za nim, rozglądając się na boki. Minęło kilka minut, gdy zziajany Shaun wybiegł z ciżby.

– O, w mordę – zaklął, ciężko sapiąc. – Tam, pod kolumną. O matko święta, o rany Chrystusa.

– Co jest? Mów składniej.

– Dziecko. Znowu. Zabite. Takie całe czarne. Rany boskie, co za smród.

Tim i Morgan wymienili spojrzenia i zaczęli się gorączkowo rozglądać. Dokładnie tak, jak przewidział druid, pomyślał Morgan. Tylko nie wiedział dokładnie gdzie i kiedy. Ale spodziewał się, że będzie na dniach kolejny trup. I że pewnie porzucą go gdzieś na wschodzie miasta, albo w centrum. Żeby wszyscy widzieli, żeby ludzi wystraszyć i podburzyć. Teraz pozostało szukać sprawcy, przecież ktoś te zwłoki musiał tu przywieźć. Wóz, to musiał być wóz.

– Patrz! – krzyknął Tim, wskazując w stronę wylotu Sakcville Street. Obok szpitala Lying Inn przejeżdżał kryty wóz. Woźnica wyraźnie się spieszył. Roztrącał pieszych, często smagał konia batem, zbyt szybko jak na normalną przejażdżkę.

– Za nim! – Pobiegli we trzech. Shaun pokierował Wstążkowacami, dzięki czemu szybko wyminęli zbiegowisko i nadciągający oddział sił porządkowych. Po kilku minutach mijali już park Mountjoy Square, kiedy woźnica nagle odbił na południe. Jechał tak przez dobrych parę minut, ale zmierzające w stronę centrum wozy nie ułatwiały mu zadania. Shaun pomyślał, że niegłupi ten woźnica. Wmieszał się w normalny ruch i mało kto zwróciłby teraz na niego uwagę. Gdy znowu skręcił w lewo, w kierunku drogi na Clontarf i Howth, jechał już normalnym tempem. Tim zatrzymał się łapiąc oddech.

– Dobra – wydyszał. – Teraz już go nie zgubimy. Shaun. Pójdziemy za nim, zobaczymy, dokąd nas zaprowadzi. Leć do Conana. Opowiesz, co się stało. Niech zbierze resztę oddziału.

– Jasne – rzekł chłopiec i pobiegł w kierunku rzeki.

– Skąd wiesz, że to ten? – wątpił Morgan.

– Widziałeś, jak uciekał z centrum? Mam przeczucie, że to właśnie nasz bandzior.

Chwilę później Tim i Morgan przekroczyli obrośnięty bluszczem most Annesley, który łączył brzegi Rzeki Tolka. Deszcz niby nie padał, ale siąpiący kapuśniak sprawiał, że człowiek czuł się cały mokry. Wstążkowcy dopięli płaszcze i szli wzdłuż wybrzeża, czując na twarzach zimny powiew od strony Zatoki Dublińskiej. Wóz toczył się między niskimi zabudowaniami wsi Crescent. W oddali majaczyła linia Wyspy Clontarf, na której rysował się dach samotnej rezydencji rodziny Cromwell. Morgan pozazdrościł bogaczom ich domowego ciepła. Spojrzał na zachmurzone niebo. Przeklął w duchu swój los, ale szedł dalej. Powoli zbliżali się do kamiennego falochronu, który wrzynał się w wody zatoki na kilkadziesiąt jardów. Tim niespodziewanie złapał Morgana za poły i wciągnął w zarośla.

– Ciszej – polecił. – Patrz.

Wóz zatrzymał się przy drodze, prowadzącej w głąb murowanego nabrzeża. Woźnica zeskoczył z kozła. Był to wysoki, dobrze zbudowany młodzieniec. Rozejrzał się uważnie, narzucił na grzbiet luźny pled, uszy nakrył futrzanymi nausznikami i polną drogą ruszył na północ, w stronę Killester. Gdy zniknął za drewnianą szopą, Morgan wygramolił się z rowu i ruszył w ślad. Tim również wychylił z krzaków, rozejrzał się i pobiegł w stronę wozu. Trzymając dłoń na zimnej rękojeści broni, otoczył konie szerokim łukiem. Wycelował w stronę zawiązanej z tyłu plandeki. Nie spodziewał się nikogo, lecz miał w naturze nadmierną ostrożność. Powoli rozchylił poły materiału by zajrzeć do środka. Wewnątrz było pusto, ale zapach, jaki wyzionął spod kapy nie pozostawiał wątpliwości. Tim schował pistolet i pobiegł w stronę drogi. Dołączył do Morgana. Poszli prostą, szeroka drogą, która prowadziła w kierunku Półwyspu Howth. 

Jednolicie szara pokrywa chmur zakleiła niebo na dobre, nie dopuszczając ani jednego promienia słońca. Mimo paskudnej pogody, szlak nie był całkiem opustoszały. Podążali nim podróżni, wozy z towarami, karoce. Wstążkowcy poczuli się niepewnie, gdy, tuż przed wsią Raheny, z lasu wyłoniła się kolumna piechoty. Skuleni Irlandczycy szli dalej, by gwałtownymi ruchami nie zwrócić na siebie uwagi. Anglicy spieszyli się do miasta. Nic dziwnego, pomyślał Tim. W taką pogodę, choćby sam Brian Ború zjawił się przed nimi i napluł w zapyziałe mordy, nie chciałoby się im go aresztować. Tymczasem woźnica zniknął między zabudowaniami. Wstążkowcy przyspieszyli, aby nie zgubić człowieka z oczu. Na głównym placu woźnica skręcił obok kościoła Świętej Assan. Jak wieść niosła, chrześcijańskie miejsce kultu zbudowano na ruinach pogańskiej świątyni, poświęconej tej samej osobie, dlatego Morgan mijając wejście, złożył ukłon w stronę słońca. Za zakrętem wpadli na hałaśliwą grupę dzieci, którą nauczyciele prowadzili do szkoły. Dalej droga odbijała w stronę wybrzeża. Wstążkowcy zaniepokoili się, ponieważ nadal nie widzieli woźnicy. Trochę niepewnie podążyli w kierunku wyznaczonym przez szlak. Gdy wyminęli gęsty zagajnik i znaleźli się otwartej przestrzeni, zobaczyli mężczyznę spieszącego tą samą drogą.

– Skurwiel – mruknął Morgan. – Powinniśmy go zdjąć od razu. Okazja idealna.

– Nie ma mowy – zakazał Tim. – Śledzimy go dalej i czekamy, aż zaprowadzi nas do swoich kumpli. Musimy się dowiedzieć, komu służy i gdzie mieszka.

Łysy Irlandczyk zmiął przekleństwo pod nosem. Szli już prawie trzy godziny. Wody zatoki były wzburzone. Wysokie fale biły z mocą o kamienne plaże, wachlarze białej piany strzelały wysoko w powietrze. Gdy minęli wzgórza Killbarack, ochlapała ich wyrzucona przez falę przyboju woda. Przyspieszyli. Droga wznosiła się coraz wyżej, zrobiła się wąska, nierówna i kamienista. W oddali pojawił się niewyraźny kształt graniastych szczytów. Gdy przeszli wąską gardziel kamienistego wybrzeża, szlak wił między pierwszymi zabudowaniami wsi Howth. Woźnica nie podążył w tę stronę, lecz ruszył wzdłuż wysokich klifów południowego skraju półwyspu. Wstążkowcy przyjęli to z ulgą, ponieważ przed sobą, prócz wsi, mieli również garnizon, a to oznaczało patrole i wojsko. 

Brunatne fale wydały z siebie ryk podobny grzmiącej burzy. Odbijały się od ścian klifów, znikały w głębi zatoki, po czym znów formowały pieniste czoło i uderzały w skały z coraz większa mocą. Jęzory białej piany tryskały na kilkadziesiąt jardów wysokości, bezlitośnie zmywając z powierzchni klifu wszystko, co żyło. Silny wiatr znosił w kierunku morskiej przepaści. Zdradzieckie podmuchy utrudniały przejście między wzgórzami. Morgan z trudem utrzymywał się na nogach. Tim próbował coś powiedzieć, lecz ryk fal uniemożliwiał swobodną rozmowę. Złapał, więc Morgana za ramię, potrząsnął nim i wskazał palcem w stronę zbocza granitowej skały. Wstążkowiec spojrzał we wskazanym kierunku. W dolinie między dwoma szczytami kuliło się kilka zabudowań. Jednym z nich był bogaty dwór o białych ścianach i tylko w nim paliły się światła. Woźnica uchylił furtkę prowadzącą w obręb posiadłości. Zatrzasnął ją za sobą, szybkim krokiem dotarł do frontowych drzwi i zniknął wewnątrz.

– Kurwa mać – zaklął Morgan.

– Co jest? – zdziwił się Tim. – Znasz to miejsce?

– Tak. Wychowałem się w Dublinie, znam go dobrze. To przed nami, to dwór barona Montgomery. 

– Ważny ktoś?

– Ważny.

 – Ładnie – powiedział Tim, spluwając w stronę domu. – Druid znowu miał rację. Dobra. Zostajesz na czatach. Schowaj się gdzieś tam na wzgórzu i obserwuj. Ja biegnę do Conana. Zluzujemy cię najszybciej, jak się da. Masz tu mój tytoń na rozgrzewkę. Wytrzymasz?

– Jasne, jasne – przytaknął zrezygnowany Morgan. Patrząc w stronę oddalającego się towarzysza mruknął jeszcze: – Dla mnie zawsze najgorszy syf.

*

Dopiero, gdy Wellesley zwrócił mi uwagę, zauważyłem, że na placu zjawili się dragoni. Razem z nimi przyjechało kilku z moich konstabli. Niedobrze, pomyślałem. Znowu jakaś awantura? Collin w towarzystwie podoficera dragonów szybkim krokiem zmierzał w naszym kierunku. 

– Sierżant Regan Radcliffe – zasalutował żołnierz, stając naprzeciw namiestnika.

– Konstabl Collin Brown – z nieśmiałością przedstawił się Irlandczyk.

– Słucham panów, co się dzieje? – spytał Wellesley.

– Panie… znaczy, jaśnie panie… – zmieszał się Collin – …namiestniku. Znaczy, no znaleźliśmy, znaczy nie my, tylko ludzie, ale nas wezwali…

– Znaleziono martwe dziecko – wtrącił się Radcliffe, ucinając nieskładną wypowiedź konstabla. Serce podjechało mi do gardła. O nie, pomyślałem. Kolejna ofiara, a ja ucinam sobie pogawędki i kręcę się po mieście.

– Zgadza się – potwierdził konstabl. – Dlatego przyjechaliśmy. Proszę lorda o wybaczenie, nie chciałem przeszkadzać.

– Nic się nie stało, panie Brown – uspokoił Wellesley. – Dobrze pan zrobił. Cóż McEllis, widzę, że czeka pana praca. Proszę zawrzeć w raporcie wszystko, co dziś pan ustali. I proszę nie zapomnieć o balu. Do roboty.

Błyskawicznie znalazłem się w siodle. 

– Prowadź! – krzyknąłem w kierunku Collina.

Pojechaliśmy na wschód, roztrącając pieszych, wymijając wozy i stragany. Ludzie złorzeczyli w ślad za nami, lecz nie zwracałam na to uwagi. Nie obchodziły mnie potłuczone garnki, połamane kosze i stragany. Nie zważałem na przerażonych przechodniów. Pędziliśmy, co sił w koniach. Co chwilę kłułem ostrogami boki wierzchowca, krzyczałem na wszystkich by zeszli nam z drogi. Spodziewałem się tego kierunku, ponieważ poprzednie ofiary znajdowane były w okolicach portowych. Sądziłem, że pojedziemy dalej na wschód, jednak na wysokości parku Rutland Square skręciliśmy na południe, w kierunku Sackville Street. Z daleka dostrzegłem rosnącą w oczach kolumnę lorda Nelsona. Mijając szpital Lying In, dostrzegłem poruszenie na ulicy i tłum gromadzący się przy budynku Poczty Głównej. Zabiegani żołnierze armii terytorialnej i sił porządkowych próbowali zapanować nad ciżbą, lecz nie szło im łatwo. Ludzie niechętnie poddawali się próbom spychania na bok, mimo iż piechota stosowała wyćwiczoną linię poziomego muszkietu. Tłum był silniejszy. Bezsilni żołnierze cofali się do wewnętrznego kręgu wokół kolumny Nelsona. Dostali wsparcie ze strony licznej grupy konstabli. Padła komenda „bagnet na broń” i dopiero wtedy zaczęła się panika. Podniósł się krzyk i lament, mimo iż nikt nie został ranny. W tłumie, ni stąd ni zowąd, znalazły się zastępy uzbrojonych w pałki i siekiery oprychów. W odpowiedzi oddział porządkowych ustawił podwójną linię do salwy. Pierwszy rząd przyklęknął i wziął na cel Irlandczyków zbliżających się od Henry Street. W tym samym czasie kompania huzarów wykonała manewr oskrzydlający, znikając w sąsiedniej Abbey Street, skąd mieli nieosłonięty dostęp do tłumu. Natychmiast wysłałem tam kilku dragonów, by powstrzymali rzeź, ponieważ zwykła kupa ludzi, bez osłony ogniowej, nie miała najmniejszych szans w starciu z ciężką kawalerią. Z pozostałymi dragonami i konstablami, wjechaliśmy w pustą przestrzeń wokół kolumny. Część zgromadzonych wokół placu musiała mnie rozpoznać, ponieważ ryk protestu zamienił się w podniecony szmer, który przetoczył się przez ludzi niczym odległy pomruk burzy. Przy podstawie cokołu zauważyłem przykryty zakrwawiona płachtą, nieruchomy kształt. W żołądku zwinął mi się oślizgły i gorący zwierz. Shane i Alan byli już na miejscu. Awanturowali się z oficerem huzarów.

– Spokój mi tutaj! – krzyknąłem podjeżdżając do nich. Gwar panujący na ulicy był trudny do zniesienia. Gdzieś w oddali zaczęto skandować antybrytyjskie hasła. „Mordercy” było jednym z bardziej pobłażliwych. Uniosłem się w siodle i krzyknąłem w stronę tłumu.

– Ludzie! Uspokójcie się!

Nie pomogło. Tłum zaczął gwizdać, w moją stronę poleciało kilka ziemniaków i grud błota. Zaskakujące, ale wywołało to protest wielu zebranych przy kolumnie osób.

– Irlandczycy! – krzyknąłem. Przydały się lata spędzone na polach bitew, gdzie umiejętność przekrzykiwania ryku armat i muszkietów była niezbędna. Gwar nieco zmalał.

– Posłuchajcie mnie! 

Nie mogę powiedzieć, żeby zapanowała cisza, ale byłem w stanie usłyszeć samego siebie, a to zwykle oznacza, że inni też człowieka zrozumieją.

– Rozejdźcie się do domów, proszę was! Nie dokładajcie kolejnej tragedii do tej, która już się stała!

Tłum niepewnie zafalował, kolejny szmer przeszedł nad głowami protestujących. W oddali zauważyłem górującego nad ludzką masą konnego oficera sił porządkowych. To był Leyland. Pięści same się zacisnęły, a ręka odruchowo powędrowała do szabli. Ogarnęła mnie złowieszcza myśl, żeby wykorzystać jego obecność.

– Spójrzcie tam – wskazałem w stronę jeźdźca. Większość głów zwróciła się we wskazanym kierunku. – Chcecie, żeby znowu się na was wyżył, tak? Irlandczycy! Chcecie mu dać powód, żeby zarżnął kilku waszych?

Sam przestraszyłem się własnego głosu. Brzmiał wrednie i wściekle, rzucał nienawistne gromy w stronę zdezorientowanego oficera. To, co właśnie zrobiłem, ocierało się o zdradę stanu i podżeganie do buntu. Rozsądku nie było w tym ani trochę, ale dało satysfakcję. Zwłaszcza, że coraz więcej złych i rozdrażnionych ludzi zwracało się w stronę Leylanda. Ten, wyraźnie przestraszony, zaczął gromadzić wokół siebie oddział piechoty, by chronić swój zawszony zadek. Poleciało kilka kamieni.

– Idźcie do domów – powtórzyłem. – Daję wam słowo, że sprawcy tej zbrodni odpowiedzą przed wami.

Sytuacja zaczęła się uspokajać. Nie jestem pewien czy moja przemowa pomogła, ale z pewnością odwróciła uwagę Irlandczyków od działań wojska, które systematycznie rozdzielało tłum na coraz mniejsze i już nie tak odważne grupy. Ludzie z wolna się rozchodzili, czasem tylko zerkając w stronę kolumny lub rzucając nienawistne komentarze w stronę Brytyjczyków. Wreszcie mogłem zsiąść z konia i zająć się tym, po co tu przyjechałem. Podszedł do mnie oficer huzarów w towarzystwie konstabli. Niski, rudowłosy, szczupły i dość młody jak na oficerską szarżę. 

– Jak rozumiem – powiedział z przekąsem – pan jest kapitan Evan McEllis, tak?

– Zgadza się. A pan?

– Porucznik Karl McReardon.

– Dobrze – odparłem – w czym problem?

– Chciałem usunąć stąd ciało, lecz pańscy konstable zabronili mi. Gdyby nie to, może dałoby się uniknąć całej awantury, a tak wszyscy widzieli truchło. Plotka pójdzie w miasto jak cholera. Tak pan ludzi wyszkolił?

Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Byłem dumny z moich konstabli.

– Wyszkoliłem ich tak, aby nie zwracali uwagi na okoliczności, tylko starali się zabezpieczyć miejsce zbrodni, by nie zatrzeć żadnego śladu. Wykonali moje rozkazy i jeśli panu się to nie podoba, może złożyć pan skargę do magistratu albo Inspektora Generalnego prowincji Leinster.

– Z tego, co słyszałem, nie zrobi to na panu wrażenia. Właśnie widziałem jak potraktował pan oficera. Ładnie to tak?

– Nie było w tym nic osobistego – skłamałem. – Wykorzystałem tylko istniejące w społeczeństwie animozje i uprzedzenia, aby odwrócić uwagę tłumu od działań wojska. Było to działanie taktyczne, oparte na znajomości warunków panujących na polu walki. Podstawowe zasady wyszkolenia oficerskiego, tak?

– Dobrze, rozumiem. Nie mam nic przeciwko. Osobiście nie cierpię tej hałastry z sił porządkowych. Uważam, że są ujmą dla brytyjskiego munduru. Może pan złożyć na mnie skargę w magistracie lub do inspektora.

Miło było spotkać człowieka rozsądnego.

– Panie poruczniku, proszę mi znaleźć doktora Cheyne i sprowadzić do szpitala wojskowego na Turnpike. Potrzebny będzie wóz, którym przewieziemy ciało. Proszę się nie spieszyć, potrzebuję chwili czasu. Rzucę okiem na zwłoki i możemy ruszać.

– Tak jest – zameldował McReardon i odmaszerował.

– Shane McManus, Alan Bowes, do mnie. – Konstable byli obok.

– Świetna robota, panowie. Miejsce zabezpieczone jak należy. Ktoś ruszał ciało?

– Nikt – zaprzeczyli.

– Doskonale. Alan, znajdź resztę oddziału. Przypilnujcie, żeby nikt mi nie przeszkadzał. I żeby za bardzo się ludzie nie gapili. Shane, przestań się drapać po jajach i znajdź mi Withwortha. Collin, ruszaj w tłum, przyprowadź mi wszystkich sierżantów konstabli, jakich znajdziesz, jasne? Piorunem, wykonać.

Konstable rozeszli się, a ja stanąłem przy ciele. Wziąłem kilka głębokich oddechów i dopiero teraz poczułem smród. Zrobiłem krok do tyłu, przesłoniłem twarz ręką. Niestety nie było mowy o wycofaniu się. Wyciągnąłem chustkę z kieszeni, przyłożyłem do nosa i kucnąłem obok. Delikatnie odchyliłem brzeg szmaty. Buchnął we mnie słodko kwaśny odór gnijącego ciała. Moją pierwszą reakcją było zwymiotować i jak najszybciej uciec, a z pewnością nie zaglądać dalej. Opanowałem się. Nie mogłem na oczach tylu ludzi urządzić spektaklu. Powoli odkryłem zwłoki do pasa. Leżały na plecach. Nie był to przyjemny widok. Szkliste oczy otwarte były na całą szerokość, jakby nigdy nie miały powiek. Na dodatek głęboko się zapadły i nabrały brunatno szarego odcienia. Proces gnilny postępował w najlepsze, w kilku miejscach wyraźnie szybciej niż w innych. Poczerniała skóra przetykana była zielononiebieskimi liniami żył. Szyja wyglądała jakby zarosła glonami i mchem, podobnie okolica pępka. Dalej nie zaglądałem. Zakręciło mi się w głowie. Zasłoniłem zwłoki prześcieradłem i wstałem, udając, że wszystko w porządku. Nic tu po mnie, pomyślałem. Nie byłem nawet w stanie rozpoznać płci dziecka. Miało może siedem, a może dziesięć lat. Nigdy wcześniej nie miałem problemów z oglądaniem trupów, nawet z wywalonymi na wierzch wnętrznościami. W trakcie bitew nie takie rzeczy się oglądało. Ale nigdy nie były to zwłoki takiego dziecka. Różnica jest kolosalna. Kto się z takim przypadkiem nie spotkał, ten po prostu nie mógł wiedzieć. 

Przez dłuższą chwilę kręciłem się po placu, wydając różne polecenia. Chciałem jak najbardziej uspokoić sytuację i rozpędzić resztę gapiów. Po jakimś czasie podszedł do mnie ryży sierżant McReardon. Granatowy mundur z białymi pasami umazany był błotem. Pod okiem miał płytką, lecz silnie krwawiącą ranę.

– Panie poruczniku – powiedziałem zaskoczony – co się stało?

– Sprowadzaliśmy wóz dla pana, gdy opadła nas grupa ludzi i obrzuciła błotem. Dołożyli do tego kilka kamieni, pewnie dla żartu. Spadłem z konia.

– Jacyś ranni?

– Nic poważnego. Kilka stłuczeń. Aresztowaliśmy parę osób, dwóch szczególnie zajadłych, pewnie powieszą – wyrecytował McReardon.  – Niech pan mi coś powie, panie kapitanie.

– Słucham.

– Czy to wszystko warte jest zachodu? Czy te wszystkie awantury są naprawdę konieczne?

– Nie wiem, o czym pan mówi, panie poruczniku, ale niech pan lepiej uważa na słowa.

– A, no tak, zapomniałem. Służba królewska. Zdrada stanu. Stryczek. Jasne.

– Dokładnie o to chodzi. I proszę mi wierzyć, będzie lepiej dla pańskiej kariery i pana osobiście, jeżeli zatrzyma pan te myśli dla siebie. Jest pan zbyt młody, by skończyć z pętlą na szyi. Pół biedy na polu walki, przynajmniej rodzina dorobi się bohatera. Ale nie tak. Wiem, co mówię, widziałem już wiele.

– Wiem – odparł ze zrezygnowaniem Karl – słyszałem opowieści. Bohater Waterloo, Trafalgaru, wojny ze Stanami Zjednoczonymi.

Położyłem dłoń na ramieniu oficera.

– Na wszystko przyjdzie czas, mój drogi. Nie spiesz się nigdzie, bo zdążysz tego pożałować. Z pewnością gdzieś tam w przyszłości czeka na ciebie zadanie, które pozwoli ci się wykazać. A jeżeli chodzi o to, co tutaj się dzieje, to staraj się dużo nie myśleć. Po prostu wykonuj rozkazy. Szykuj się na najważniejszy moment własnej kariery.

– To znaczy?

– Prędzej czy później będziesz musiał wybrać między poczuciem obowiązku, a własnym sumieniem.

– To niezbyt pocieszające – powiedział z kwaśnym uśmiechem.

– Owszem. Wybór pozostanie w twoich rękach. To jedyne, czym tak naprawdę dysponujesz. No, dość pogaduszek, służba wzywa. Proszę zebrać ludzi, załadować ciało na wóz i odwieźć do szpitala. Niech pan przekaże doktorowi Cheyne, że oczekuję raportu z autopsji w mojej kwaterze. Przy okazji, gdzie pan stacjonuje? Fort Lodge? Z pewnością w przyszłości będę potrzebował wsparcia militarnego. Teraz proszę zorganizować transport i wrócić do mnie po następne rozkazy.

Kilka minut później zjawił się Withworth z dragonami. Byli spoceni i brudni, niektórzy trzymali obnażone szable. Za chwilę dołączył McReardon. Znalazł się też Collin z kilkoma zdezorientowanymi sierżantami konstabli.

– Panowie – powiedziałem, zanim którykolwiek zdążył zadać pytanie. – Sami wiecie, co tu się stało, nie muszę tłumaczyć. Było to bardzo odważne posunięcie, żeby ot tak sobie, w biały dzień, w centrum miasta porzucić ciało. Jasną sprawą jest, że zwłoki musiały tu zostać jakoś przetransportowane. Osobiście stawiam na kryty wóz. To wasze zadanie. Zbierzecie wszystkich ludzi, jakimi dysponujecie i przetrząśniecie całe miasto, każdy zaułek, każdą stajnię, stodołę, wszystko. Podpułkownik Withworth, ma pan również komendę nad oddziałami piechoty, więc obstawi pan nimi wszystkie drogi wjazdowe do miasta. Mają sprawdzić każdy wóz, kryty lub nie, jaki zjawi się w okolicy. Bez wyjątku, dotyczy to również powozów arystokracji i transportów militarnych.

Żołnierze wymienili niepewne spojrzenia.

– Bez dyskusji. Jeżeli dowiem się, że komukolwiek odpuściliście, bo się zasłaniał tytułem czy pochodzeniem, odpowiecie za niewykonanie rozkazów.

– Czego dokładnie szukamy? – zapytał barczysty sierżant konstabl.

– Śladów po przewiezieniu ciała. Wasi ludzie muszą być bardzo skrupulatni, ponieważ nie będą to wyraźne ślady. To może być urywek materii organicznej, mięśni, albo zielonkawa maź. Charakterystyczny smród również jest podejrzany. Wiecie, o czym mówię, wiecie jak śmierdzi trup. Tylko ten będzie gorszy, bo zleżały przynajmniej od kilku dni. Jasne?

– Tak jest!

– Dobrze. Jeżeli nic nie znajdziecie w mieście, rozszerzymy poszukiwania na okoliczne wsie. Panie Withworth, ma pan mapnik?

– Oczywiście, proszę.

Wyjąłem mapę miasta i rysik. Każdemu po kolei wyznaczałem oddzielne rejony poszukiwań, jednocześnie dyktując Collinowi nazwiska konstabli i oficerów wraz z przydziałem. 

– Po sprawdzeniu swojej części miasta, macie meldować się do mnie po nowy przydział. Chcę być informowany na bieżąco, będę w swoich kwaterach nad barem Browna przy Dame Street. Każdy podejrzany ma pod karą chłosty zostać przyprowadzony do mnie, zrozumiano? Nie życzę sobie żadnych awantur i wyżywania się na mieszkańcach. Macie być wobec nich stanowczy, ale nie wolno wam stosować przemocy. Osobiście wybatożę tego, który złamie zakaz. Macie, do kurwy nędzy, zapamiętać raz na zawsze. Ci ludzie to poddani korony i króla Jerzego Czwartego, pojęli? Wykonać!

Rozbiegli się. Ulica znowu rozbrzmiała podniesionymi głosami. Litania przekleństw i rozkazów rozniosła się po okolicy. Rozległy się charakterystyczne dla konstabli gwizdki, drużyny zaczęły formować się w szeregach i słuchać rozkazów przełożonych. Ja tymczasem wezwałem do siebie konstabli.

– Samuel i Dauthi. Zabierzecie z naszych kwater listy zgromadzone w szpitalach psychiatrycznych i więzieniach, udacie się z tym do magistratu. W razie problemów macie pełne błogosławieństwo dać w pysk. Porównacie je z aktualnymi spisami mieszkańców miasta i okolicznych wsi. Macie szukać wszędzie, jasne? Spisy ludności, zeznania podatkowe, przydziały wojskowe, każdy możliwy zbiór informacji. Wypiszę wam zaraz odpowiednie pełnomocnictwa. Collin, na czas poszukiwań przydzielam cię do porucznika McReardona, a O’Toole’a do Withwortha. Macie nie odstępować ich na krok. Chcę wiedzieć dokładnie, co się dzieje, jak postępują z ludnością i czy właściwie wykonują rozkazy.  

*

Komnata zastawiona była długimi regałami, których półki uginały się pod ciężarem teczek, folderów, drewnianych kasetonów i ksiąg. Niektóre pokryły się grubą warstwą szarego kurzu, inne ozdobiły frędzle pajęczyn. Wszystkie opatrzono pożółkłymi karteczkami, na których widniały skomplikowane sygnatury. Ciszę przerywały delikatne szepty wędrujących między szafami osób. 

Samuel wodził palcem po grzbietach opasłych katalogów. Mrucząc pod nosem litanię cyfr i liter, zastanawiał się, po jakie diabły to wszystko robił. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Gdy wybrano go na jednego z asystentów przybywającego z Londynu detektywa sądził, że czeka go wielka, niebezpieczna i fascynująca przygoda. Jak na razie, prócz postrzału, który zaliczył przy kościele w Finglas, niewiele się wydarzyło. Większość czasu spędził na grzebaniu w dokumentach, bieganiu po mieście z notesem i odpytywaniu zdezorientowanych mieszczuchów. Przynajmniej odbywał regularne ćwiczenia, co utrzymywało go w formie i dawało nadzieję na późniejszą akcję. Oczywiście nadal uważał, że gdyby został w Ulsterze i służył w armii z pewnością nic by się nie zmieniło. Jako Irlandczyk szans na awans nie miał, nawet z jego wykształceniem. Dlatego, gdy tylko usłyszał o nowej formacji, mającej zunifikować służbę policyjną w kraju, postanowił spróbować szczęścia. Nie żałował tego kroku. Tylko trochę się niecierpliwił.

Zastanawiająca była postać nowego zwierzchnika. Kapitan Evan McEllis, eks dragon, odznaczony bohater, detektyw, podobno też naukowiec. Co on tu w ogóle robił? Tacy jak on nie interesowali się losem Irlandii, ani jej obywateli. Samuel musiał przyznać, że lubił Anglika. Dawał im wycisk na treningach, trzymał dystans i opieprzał za najdrobniejsze przewinienia. Ale przy tym wszystkim pozostawał uczciwy i otwarty. Słuchał, co się do niego mówiło, a co najważniejsze, brał pod uwagę zdanie swoich podwładnych. Tego się Samuel po Angliku nie spodziewał. Być może jednak, dumał konstabl, uda mi się dzięki tej historii zrobić karierę? Muszę jakoś zaimponować panu Webber i jego żonie, bo bez tego w życiu nie pozwolą mi się ożenić z ich Barbarą.

– Mam – szepnął Samuel, gdy spostrzegł odpowiedni numer na grzbiecie woluminu. – Dauthi, mam! – zawołał.

Drugi konstabl wyłonił się zza regału, trzymając w ręku teczkę z dokumentami. Niesforny loczek rudych włosów ciągle zsuwał mu się na czoło.

– Co tam, młody?

– Znalazłem katalog z tysiąc osiemset ósmego.

– Świetnie, dawaj.

Samuel z trudem wyszarpnął obszerny tom. Był to ciężki, oprawiony skórą katalog, na przynajmniej dwa tysiące stron. Konstabl ruszył w stronę biurka, na którym czekały inne papierzyska, gdy jakaś zwalista sylwetka zagrodziła mu drogę. Był to O’Toole. Pod pachą trzymał plik papierów, w ręku brulion z notatkami. Wyglądał na równie zaskoczonego, co Samuel.

– Padraig – zająknął się konstabl. – A ty, co tu?

– Nie interesuj się – warknął O’Toole. – Służbowo.

– A nie miałeś przypadkiem być teraz u dragonów?

O’Toole wyglądał już nie tylko na zaskoczonego, ale i na zmieszanego. Nie wiedząc, co powiedzieć, zaklął pod nosem.

– Słuchaj, ty lepiej się nie wtrącaj. To tajemnica służbowa i nic ci do tego. Wracaj do roboty.

– Ale jak to? – nie ustępował Samuel. – Co za tajemnice? Nie mieliśmy przypadkiem pracować razem? Ciekaw jestem czy McEllis wie, że tutaj jesteś.

– Samuel – powiedział Dauthi, który nagle zjawił się obok. – Masz tu kolejny numer. Ruszaj.

– No, zaraz, moment – zaprotestował chłopak. – Niech ja się najpierw dowiem, o co tutaj chodzi.

– Zajmij się robotą gówniarzu, pókim dobry – warknął starszy konstabl. Podziałało. Gdy Samuel zniknął między regałami, Dauthi wziął O’Toole’a pod ramię i poprowadził w stronę wyjścia na podwórze.

– Panie sierżancie, ładnie to tak?

– Dauthi, daj spokój.

– Nie dam ci spokoju. Wiesz, głąbie, ile ryzykujesz?

– Wiem, nie musisz mi przypominać. 

– Najwyraźniej muszę. To coś z grupą z Limerick, tak?

– Skąd o nich wiesz?

– Padraig, nie udawaj. Sam wiesz, że ja też byłem u Wstążek i u Zjednoczonych. Ty w Limerick, a ja w Tipperary. Kilka dni temu zagadnął mnie Martin z baru. Poza tym widziałem na mieście takiego łysego typka, z którym kiedyś spotkałem się w Galway. On mnie nie poznał, ale ja jego owszem. Byliśmy razem w oddziale, który napadał na dzierżawców. Wystarczyło dodać dwa do dwóch i masz. No, to, o co chodzi? Opowiadaj.

– Nie mogę.

Dauthi wyprowadził kolegę na podwórze. Pogoda postanowiła uprzykrzyć miastowym życie. Deszcz rozpadał się w najlepsze, słońce zniknęło za grubą warstwą chmur. Zaniepokojone konie rżały w stajni. – O’Toole, ryzykujesz własne życie i przy okazji całe śledztwo. Wiesz, co będzie jak się ktoś dowie, że adiutant McEllisa kolaboruje z Wstążkami? Będzie miał facet przesrane z kretesem. Proszę, widzę, że o tym nie pomyślałeś. 

– Szlag by to.

– Lepiej późno niż wcale. Słuchaj Paddy. Dlaczego nie pójdziesz z tym do kapitana?

– Chyba żartujesz?

– Nie żartuję, mówię zupełnie poważnie. Sądzę, że to najlepsze wyjście, jakie masz.

– Jasne. To dla mnie najprostsza droga na szubienicę.

Dauthi podszedł krok bliżej i spojrzał sierżantowi w oczy.

– Paddy, a czego się spodziewałeś? To musiało kiedyś wypłynąć. Dokładnie to samo jest ze mną. Wiem, że moja przeszłość zemści się na mnie. Na razie korzystam z uroków spokojnego życia, jako stróż prawa. Ale to wiecznie nie potrwa. Najwyższa pora, żebyś też to zrozumiał. A powiem ci, że nie sądzę, żeby kapitan cię wydał. Nie wiem skąd. Po prostu wiem, że McEllis nie sprzeda cię magistratowi i już.

– Cholera jasna. I co? Mam tak po prostu pójść do niego i powiedzieć „dzień dobry panie kapitanie, byłem kiedyś w partyzantce, ale ukryłem ten fakt przed władzami, a teraz moi kumple z lasu chcą, żebym szukał dla nich informacji, narażając pańską skórę”. Tak?

Dauthi uśmiechnął się szeroko i odpowiedział:

– Dokładnie.

 *

Zamieszanie było niezwykłe. Gdy wróciliśmy na kwatery, bar zapełnił się konstablami z innych jednostek, znerwicowanymi wojskowymi i cywilami skarżącymi nasze postępowanie. Po godzinie od rozpoczęcia obławy miałem na głowie mądralę z magistratu, drugiego z biura Inspektora Generalnego, księdza i kilku kupców. Paru arystokratów zbulwersowanych moją bezczelnością wyzwało mnie na pojedynek. Starałem się nad tym burdelem zapanować, jednocześnie pisać raport dla Wellesleya, przesłuchiwać właścicieli podejrzanych wozów i rozdawać kolejne przydziały. Muszę przyznać, że świetnie się bawiłem. Przynajmniej coś się działo, coś konkretnego. A po kilku dniach główkowania i kręcenia się w kółko, potrzebowałem odrobiny akcji. Zastanawiałem się tylko, kiedy wreszcie zjawi się ktoś z nakazem aresztowania kapitana Evana McEllisa, który właśnie przekroczył swoje uprawnienia. Zamiast tego zjawił się doktor Cheyne ze sprawozdaniem z autopsji.

– Widzę – powiedział zasiadając w fotelu – że nieźle pan sobie radzi. Postawił pan właśnie na głowie całe miasto.

– Cieszę się, że docenia pan moje wysiłki.

– Ależ jak najbardziej. Nie wiem, jaki cel ma ta obława, ale jedno już udało się panu osiągnąć. Udowodnił pan wszystkim, że ma realną władzę i nie złoży pan łatwo broni.

– To się akurat zgadza.

– Teraz zostało panu czekać na pierwsze pogróżki – powiedział Cheyne z uśmiechem.

– Cóż, to by tylko dowodziło, że jestem na tropie, czyż nie?

– Życzę tego panu z całego serca. Dublińska arystokracja już zdążyła podzielić się na dwa obozy.

– Czyli ktoś tu jednak popiera moje działania?

– Nie to miałem na myśli. Jedni chcą pana aresztować i postawić przed sądem, a drudzy od razu rozstrzelać.

Postawiłem przed doktorem filiżankę, czajnik z herbatą i usiadłem naprzeciw. Jego żarty pozostawiłem bez komentarza. Cheyne położył na stole zapisane kartki. – To moje sprawozdanie. Zrobiłem kilka szkiców, dokładnie opisałem, co i jak. Niestety zwłoki musiałem przekazać grabarzom. Nie mogłem ryzykować epidemii w szpitalu.

– Rozumiem. Jakie wnioski?

– Zgon trzy, góra cztery dni temu. Od tamtej pory zwłoki musiały przebywać na otwartej przestrzeni, niezabezpieczone. Dziecko było również torturowane, tym razem bez użycia ognia. Obrażenia cięte identyczne jak w przypadku pozostałych dzieci i, podobnie jak ostatnio, na kilku ranach zastosowano sól i alkohol.

– Czyli ten sam psychopata. 

– Dokładnie. A jak postępy w śledztwie? 

– Niespecjalne – powiedziałem. Nie miałem zamiaru dzielić się spostrzeżeniami. Na tym etapie w zasadzie każdy był podejrzany. Niezależnie od sympatii wobec doktora, jego umiejętności chirurgiczne klasyfikowały go, jako potencjalnego oprawcę dzieci. – Jedyne, czego jestem pewien to, że sprawca nie działa sam. Musi mieć pomocników.

– Nie wiem czy to pana zainteresuje, ale wynikami autopsji interesował się jeszcze ktoś. Jakiś oficer sił porządkowych. Nie pamiętam nazwiska.

– Może Leyland?

– Tak, właśnie tak. Znacie się?

– Owszem – przyznałem – mieliśmy okazję wpaść na siebie. I co pan mu powiedział?

– Nic. Odesłałem go do pana po pisemną zgodę na ujawnienie wyników.

– Dziękuję panu za to. Nie chciałbym, aby ktokolwiek poznał szczegóły sprawy.

Po wyjściu Cheynego miałem chwilę spokoju na ogarnięcie myśli. Jeżeli chodzi o wyniki sekcji, to szczerze mówiąc nie spodziewałem się niczego nowego. Że Ronan Leyland interesował się moją sprawą, to naprawdę coś. Według wszelkiego prawdopodobieństwa był on członkiem grupy, która katowała dzieci. Czyżby zaniepokoili się postępami mojego śledztwa? Może czują się osaczeni? W takiej sytuacji łatwo było popełnić błąd, dzięki któremu miałbym wystarczający powód aresztowania. W tym celu powinienem zacząć ich obserwować. Niestety wiązało się z tym ryzyko dekonspiracji. Jakakolwiek akcja tego typu musiałaby zostać zgłoszona w magistracie, a to oznaczało, że grupa natychmiast dowie się o moich podejrzeniach. Chyba, że zrobiłbym to nieformalnie, za plecami magistratu i Wellesleya. Tak, już to widzę, jak potem będą zasłaniać się nieważnością dowodów, ponieważ zostały zdobyte w sposób nielegalny. Niestety, póki co miałem tylko mgliste domysły. Żadnych dowodów, żeby postawić ich przed sądem. Zarzuciłem snucie domniemań i skupiłem się na pisaniu raportu.

Rozległo się pukanie.

– Wejść – powiedziałem. Do biura wszedł Alan w towarzystwie innego konstabla.

– Panie kapitanie – zameldował. – To sierżant konstabl Tommy O’Connor.

– Chyba znaleźliśmy – powiedział sierżant. Wstałem od biurka i podszedłem do oficera. – Sądzę, że tego pan szukał. 

Na podwórzu stał kryty wóz. Nic szczególnego. Pospolita konstrukcja, klasyczny zaprzęg. Poły plandeki były rozwiązane. Zajrzałem do środka i odskoczyłem. Wewnątrz panował ohydny smród. Przemogłem się jednak i zasłaniając twarz chustką zajrzałem znowu. Na deskach pozostały wyraźne ślady po przewiezieniu ciała. Skrawek przegniłej skóry, kawałek masy mięśniowej, śliska maź pokrywająca klepki. Wysłałem Alana do biura po próbniki, a sam zwróciłem się do O’Connora.

– Gdzie to znaleźliście?

– Obok wsi Clontarf, na drodze do Hoth. Przy falochronie.

– Rozumiem, że wóz był porzucony?

– Tak, nikogo przy nim nie było. Przesłuchaliśmy mieszkańców. Woźnica przyjechał od strony miasta, porzucił wóz i piechotą ruszył na północ, w stronę Howth. Według paru osób facet był śledzony. Gdy zostawił wóz, dwóch mężczyzn podążyło za nim w pewnej odległości. Szli przynajmniej do Raheny, dalej nie ma zeznań. To nie znaczy, że nie pytaliśmy – uzupełnił O’Connor, widząc moje niezadowolenie. – Po prostu nikt nie zwrócił uwagi, żeby coś takiego miało miejsce.

– Dobrze. Jak wyglądali ci ludzie?

– Ci dwaj nie wiadomo dokładnie. Mieli długie płaszcze, a jeden był łysy. To tyle. Woźnica wyglądał na dwadzieścia kilka lat. Wysoki, dobrze zbudowany blondyn.

– Spisaliście zeznania? Macie nazwiska i adresy odpytanych osób?

– Tak, proszę. Wszystko tutaj.

– Świetnie. Dobra robota panie O’Connor. Wystawię panu list pochwalny dla magistratu.

Konstabl O’Connor zmieszał się i mruknął coś pod nosem. Poproszony o powtórzenie, stwierdził z nieśmiałością:

– Może lepiej niech pan tego nie robi.

– Nie robi, czego? – zwątpiłem.

– Nie wystawia mi pan pochwały.

Zamilkłem, gdyż nie wiedziałem, co powiedzieć. Oczywiście rozumiałem skąd brała się jego niechęć do pochwały od awanturnika i sprzymierzeńca katolickiego elementu wywrotowego. Może i trochę mnie to dziwiło, w końcu O’Connor to katolik i powinien był stać po mojej stronie. Najwyraźniej nie chciał mieć nic wspólnego ze mną i moim śledztwem. Nic ponad to, co zrobić musiał, a już zdecydowanie nie chciał mieć niczego z moim podpisem we własnym dossier. Wiedziałem, że w konstabularce i magistracie byłem persona non grata, ale i tak zrobiło mi się przykro. Staliśmy przez chwilę w ciszy, atmosfera była wyjątkowo niezręczna.

– Może pan odejść – poleciłem. – Wóz proszę zostawić tutaj.

Konstabl wyszedł. Zjawił się Alan ze szklanymi fiolkami. Pobrałem z wozu próbki i opisałem.

– Alan, zabierzesz próbki do doktora Cheyne.

Wróciłem do biura, by wpaść na O’Toole’a w towarzystwie Dauthiego, Samuela i Shane’a.

– Panie kapitanie – zaczął O’Toole. – Mam sprawę.

– Zaraz – przerwałem mu. – Ruszacie wszyscy w miasto odwołać obławę. Poszukiwany wóz został znaleziony.

O’Toole i Dauthi Smith ociągali się nieco.

– No, co jest, panowie? Jakiś problem? Ruszać się – warknąłem – bo sam na służbę patrolową wyślę. Ale wracać mi szybko. Wtedy pogadamy.

Poszli. Zamknąłem się w biurze. Zacząłem robić notatki i uzupełniać kalendarzyk. Droga do Howth? Przecież tam nic nie ma.

*

– Ułóż się wygodnie – polecił Liam.

– No, nie wiem – odparł Shaun. – Nigdy tego nie robiłem poza twoim warsztatem.

– Musisz nauczyć się skupiać niezależnie od miejsca. Owszem, niektóre mają o wiele lepszą energię i łatwiej w nich kierować własną. To zależy od historii lokacji, tego, co się w niej wydarzyło, jacy ludzie tam żyli, jak umierali. Ważne też jest położenie. Co będzie przeszkadzać w skupieniu się?

– Eee… – zastanowił się chłopak. – Żyły wodne.

– Dlaczego?

– Bo płynąca woda ma silną emtecję.

– Emanację – poprawił Liam.

– No, właśnie mówię. I sama jest silnym strumieniem energii, która ematując…

– Emanując.

– Tak, tak. I ona zakłóca swoją siłą pola energetyczne miejsc i przedmiotów. Ponieważ żyły wodne są zamknięte pod ziemią, są silnie skupione i mają ogromny wpływ. A już rzeka tego nie ma, bo uwalnia energię w otwartą przestrzeń.

– Ale też potrafi przeszkadzać, tak?

– No pewnie.

– A dlaczego?

– Eee… bo szumi?

Liam zaśmiał się.

– Nie do końca o to chodzi. Wrócimy do tego innym razem. No dobra, leżysz wygodnie? Pamiętaj, że będę cały czas obok. Będę cię osłaniał. Teraz uważaj, pamiętasz o oddechu?

Drzwi pokoju otworzyły się, do środka wszedł Conan. Zobaczył chłopca leżącego na wyświechtanej kanapie, a Liama obok na podłodze.

– Oj panowie, panowie. To nie po bożemu. A noc już się kończy.

– Zamknij się, kołku – uciął Liam. – O co chodzi?

– Ten woźnica, co go wcześniej Morgan i Tim wyśledzili, właśnie wyszedł. Wziął konia i pojechał w stronę miasta. Rozumiem, że nie zwijamy go?

– Absolutnie nie. Wyślij kogoś za nim. A co u Montgomery’ego?

– Na razie spokój. Żadnych gości, żadnego ruchu. Cała posiadłość spokojna.

– No dobrze. Czekamy dalej.

Conan wszedł do pokoju, zamknął za sobą drzwi i usiadł przy stoliku. Liam skrzywił się trochę.

– Conan, nie chcę być niemiły, ale jesteśmy zajęci.

– Wiem, wiem. Już znikam. Powiedz mi coś tylko. A co, jeśli to wszystko jakaś podpucha, fałszywy trop? Może ktoś tak nami pokierował, żeby mieć nas wszystkich w jednym miejscu? Przecież w tej chwili, w razie wpadki, jesteśmy udupieni. W „Krwawiącym Koniu” było bezpieczniej, a tu? Z Howth prowadzi tylko jedna droga. Nasza lokacja stoi ledwie milę od garnizonu, a knajpa na dole też nie może być wiecznie zamknięta, bo się ktoś wreszcie zainteresuje. Nawet moje patrole w końcu mogą zwrócić czyjąś uwagę. Obserwacja posiadłości nie może trwać w nieskończoność. Tu jest naprawdę niebezpiecznie.

– Aha – przytaknął Liam, podnosząc się na łokciach. – A jakie było pytanie?

– Co, jeśli się pomyliłeś?

– Nie ma takiej opcji – powiedział druid.

– Chciałbym, żebyś miał rację.

– Mam.

Wymienili spojrzenia. Po krótkiej ciszy, Conan parsknął śmiechem.

– A niech cię szlag, magiku. Niech cię jasna cholera. Jak ty to robisz?

– To mój urok osobisty.

– Dobra, niech ci będzie. Przy okazji. Obstawiłem te dwie szopy na wschodzie. Jedna wygląda na opuszczoną od bardzo dawna. Druga, to w zasadzie stodoła i najwyraźniej ktoś tam na dniach posprzątał.

– Czyżbym miał rację?

– Jest bardzo możliwe, że to właśnie tam. Przekonam się, jak zobaczę. Na razie ufam twojej intuicji.

– Dziękuję. Informuj mnie, gdy coś się stanie. Jeszcze jedno. Nawiązałeś kontakt z ludźmi w mieście?

– Tak. Mamy już czterdziestu nowych, będzie jeszcze więcej. Rozmieszczamy ich nie na Howth, tylko w okolicy. Tutaj byłoby za ciasno.

Wstążkowiec wyszedł.

– No dobrze – westchnął Liam, – wracajmy do rzeczy. Leżysz wygodnie? Shaun?

Liam podniósł się na kolana. Shaun miał zamknięte oczy i miarowo oddychał.

– Zasnął skubaniec.

Liam uścisnął dłoń chłopca i ucałował go w czoło.

– Idę do ciebie.

Druid ułożył się na podłodze obok łóżka i po chwili już spał. Gdy odzyskał świadomość, poczuł uderzenie energii, wirującej wokół jego ciała. Półwysep był trudnym miejscem. Otoczony żywiołem, buzował jak wnętrze armaty po zapaleniu lontu. Kotłowały się tu potężne siły natury i Liam potrzebował wszelkich mocy, by kontrolować swoje poczynania. Zniwelował formujące się obrazy senne i skupił na odnalezieniu chłopca. Niestety mechanika energii wirujących w świecie niematerialnym nijak się miała do tej ze świata rzeczywistego. Dlatego nie wystarczyło zasnąć obok osoby, aby w eterze obudzić się przy niej. Trzeba było odnaleźć własne dusze, własne pola energetyczne, które swobodnie wirowały w nieskończonej przestrzeni. Na szczęście więź między druidem, a Shaunem była bardzo silna i niemal natychmiast, przy odrobinie skupionej w tym kierunku woli, ściągnęli do siebie. Liam odebrał porcję ciepłej i życzliwej energii od chłopca. Jak zwykle nie mógł wyjść z podziwu, widząc nieokiełznaną siłę chłopaka. Jego bariery, które ciągle jeszcze tworzył odruchowo i podświadomie, były idealnie skomponowane, stabilne i pulsujące czystą energią żywiołu. To, co skryte za nimi, pozostawało częściowo zagadką, nawet dla Liama. Wiedział, że jest tam wiele złości, żalu wobec świata i strachu przed nim, ale był też upór, spryt i szlachetność. To była prawdziwa siła. Liam chciał nauczyć Shauna jak najlepiej korzystać z tych cech i jak rozwijać samego siebie. Wiedział, że chłopiec pewnego dnia zastąpi Liama. Stąd te ćwiczenia i ciągła nauka.

Shaun podróżował, a Liam ostrożnie podążał za nim. Nie chciał niczego sugerować, w żaden sposób kierować. Obserwował jak uczeń radzi sobie z przepływami energii, z nagłymi zawirowaniami. Był czujny, gdy mijali inne energie, nieznane i obce. Przesyłał tylko emocje, sugerujące pochodzenie istot. Ludzkie, bądź boskie. Przyjazne, lub wrogie. Obojętne, lub żarłoczne. Dopiero po chwili Liam zorientował się, że ich podróż jest całkowicie ukierunkowana. Zmierzali w konkretne miejsce. Nauczyciel był pod wrażeniem. Nie sądził, że uczeń będzie sam potrafił wybrać cel i konsekwentnie za nim podążać. Kiedy zwolnili bieg, Liam zorientował się gdzie się znaleźli. Obserwowali właśnie inną duszę. Był to oficer brytyjski, którego Liam niedawno odwiedził. Tym razem energia Anglika był zaburzona. Wirowały w niej ciemne chmury niepewności i zwątpienia. W silnej konstrukcji powstały luki, przez które swobodnie wyciekała życiodajna energia. Zewnętrzna powłoka podświadomie generowanych barier mentalnych pełna była ciemnych plam, jakby zgnilizny na powierzchni owocu. Liam zbliżył się bardziej, niż wymagałaby tego zwykła obserwacja. Skupił uwagę Shauna, otworzył się na wspólny przepływ mocy. Zaczęli wysyłać porcje energii, by wzmocnić duszę. Liam silnie, lecz z wyczuciem uderzał w ciemne plamy, rozjaśniając je i odparowując. Rozchylał rany, aby oczyścić je aż do rdzenia. Ciekawe, że nie napotkał oporu. Zwykle osoba nieświadoma oczyszczania broniła się, nie wiedząc, co się z jej duszą działo. Czasem sprzeciw był tak silny, że żadne zabiegi nie pomagały. Ale nie tym razem. Tutaj ich energie zgrały się idealnie, jakby znały się od wieków, razem podróżując przez odmęty czasu. Liam odebrał tą wspólnotę, jako dobry znak. Nie wnikał w poprzednie wcielenia, byłoby to zbyt inwazyjne działanie. Ale ucieszył się mając tak ułatwione zadanie. Shaun naśladował poczynania druida, ale nie tylko. Wysyłał również dawki energii, które gładko zasklepiały rany i zlewały się w jedno z duszą Anglika. Gdy skończyli, pole energii wyglądało jak nowe. Jej pływy były regularne, jak miarowe bicie serca. Liam odebrał wrażenie ciepła i bezpieczeństwa. Zadowolony z wykonanej pracy, a jeszcze bardziej z postępów chłopca, pozwolił unieść się pływom eteru w kierunku swego ciała. Shaun powrócił o wiele szybciej, co nie było żadnym zaskoczeniem. Młodym umysłom o wiele łatwiej było przechodzić z jednej strony na drugą. Liam powoli odpływał w stronę materii, gdy resztką empatii wyczuł coś bardzo niepokojącego. Dusza, którą właśnie oczyszczali, nagle zawirowała i pociemniała, jakby coś bardzo złego się z nią działo. W ułamku sekundy harmonia runęła w gruzy. Druid wiedział, co to oznacza. Coś niedobrego działo się z osobą na planie materialnym. Niestety nie miał na to żadnego wpływu.

*

Wiem, że spało mi się bardzo dobrze. Ciepło, wygodnie i bezpiecznie. Najlepiej od kilku dni. Ale obudziłem się gwałtownie. Obrazy senne natychmiast wyparowały z pamięci. Zastąpił je widok lufy, skierowanej w moją twarz. Byłem zakneblowany, związany i przykuty do łóżka. Nachylały się nade mną trzy postacie, skrywające twarze pod chustami. Jeden z napastników trzymał pistolet wycelowany w moje czoło. Serce zaszalało, strach na moment odebrał mi możliwość trzeźwej oceny sytuacji. Szarpnąłem się. Barczysty człowiek złapał mnie za ramię i docisnął do łóżka. Drugi przystawił lufę do skroni.

– Leż spokojnie – szepnął.

– Skurwiel – mruknął inny.

Opanowałem się. Spłynęła na mnie fala spokoju, która ogarnęła całe ciało, wyrównała oddech i bicie serca. Rozejrzałem się, na sucho oceniając sytuację. Byłem we własnej sypialni, przywiązany do łóżka, bez szans na obronę, czy choćby wzywanie pomocy. Ale i moi napastnicy niewiele mogli zrobić. Najmniejszy hałas sprowadziłby do środka konstabli, którzy łaknęli akcji. Pomyślałem, że spokojnie poczekam, co mają do powiedzenia i wyjdą. Potem się zobaczy. A nawet jeśli przyszli tu skończyć ze mną, przyjmę to z godnością. Nie miałem zamiaru szarpać się, jak piskorz w sieci.

– Tak lepiej – szepnął ten z bronią. – Teraz słuchaj. Słuchasz?

Przytaknąłem.

– Rano znajdą cię twoje żołnierzyki i uwolnią, ale ty nie podniesiesz larum, jasne? Grzecznie się spakujesz i wsiądziesz na pierwszy lepszy statek do Londynu, albo dokądkolwiek, byle z dala od Dublina. Już dość tu namieszałeś. Nikt cię tu nie chce. Pojął? Pytam wyraźnie, pojął?

Znam cię, pomyślałem. Znam twój głos. Znam mowę ciała, znam smrodliwy oddech. Leyland.

– Ogłuchłeś, do ciężkiej cholery? Pytam czy zrozumiałeś, co się do ciebie mówi?

Przytaknąłem.

– Dobrze. To jedyne ostrzeżenie. Skorzystaj z szansy póki możesz. Potem będzie kula w łeb. Rozumiesz? Pamiętaj. Jutro pakujesz bagaże, żegnasz konstabli i na statek. Płyń do samego piekła i zapomnij o wszystkim, co tu robiłeś, kogo poznałeś i czego się dowiedziałeś. Precz mi stąd.

Leyland wyprostował się, machnął ręka na pozostałych. Tamci złapali mnie za ręce i odwrócili na brzuch. Usłyszałem jak wychodzą przez okno. Nie zostało mi nic innego, jak czekać do rana. Na szczęście do świtu nie zostało wiele, więc O’Toole powinien niedługo wstać. Mimo mistrzowskiego opanowania, jakim się wykazałem, zasnąć się nie dało. A próbowałem. Paradoksalnie, cała sytuacja dała mi świetną okazję przeanalizowania spraw na zimno. Było niewygodnie, fakt, ale cokolwiek mi się nocą śniło, przyniosło jasność umysłu.

Niezawodny sierżant konstabl Padraig O’Toole wstał jak zwykle na czas. O świcie usłyszałem w pokoju adiutanta krzątaninę. Sierżant ospale się przeciągnął, ziewnął i pierdnął, oznajmiając światu swą przytomność. Oczami wyobraźni zobaczyłem konstabla w samych kalesonach, drapiącego się po zadku i paradującego po kuchni z pogrzebaczem. Grunt to dobry humor, pomyślałem. O’Toole jednak nie śpieszył się. No, tak. Niby, dlaczego miałby się śpieszyć? Minęły ze trzy kwadranse, zanim rozległo się pukanie. Napiąłem mięśnie, żeby resztką sił spowodować hałas. Nie udało się. Byłem dobrze związany, a sznury przewiązane w pod łóżkiem, uniemożliwiały pełzanie. Próbowałem krzyknąć, ale knebel był dobry. Na szczęście O’Toole coś usłyszał.

– Panie kapitanie, wszystko w porządku?

Jęknąłem. 

– Panie kapitanie? – Konstabl zamilkł na chwilę, więc znowu spróbowałem krzyknąć. Za drzwiami padło kilka przekleństw. Klamka poruszyła się. Raz, drugi, trzeci. Szarpnęła się gwałtownie, więc znowu wydałem z siebie jęk.

– Wchodzę! – O’Toole kopnął drzwi. Zawiasy puściły natychmiast, a Padraig wpadł do środka.

– Kurwa mać! – krzyknął. Jednym susem dopadł łóżka, wyjął nóż i rozciął powróz. Potem wyciągnął knebel. Szczęka zdrętwiała od nacisku, ale udało mi się odezwać.

– K… k…

– Tak, szefie, pokląć dobra rzecz.

Zaprzeczyłem.

– K… kawę poproszę.

– Się panu na żarty zbiera. Co tu się stało?

Opowiedziałem jak wyglądała napaść. Padraig rozciął ostatnie więzy i poszedł obudzić pozostałych konstabli. Musiał przy okazji powiedzieć, co się wydarzyło, ponieważ wszyscy wpadli do mojej sypialni w samych spodniach lub koszulach, ale za to z bronią w rękach. Dopytywali jak się czuję i czy wszystko w porządku. Bolały mnie nadgarstki i boki, miałem sine pręgi.

– Wszystko dobrze – uspokoiłem. – Panowie, posłuchajcie. Nikomu ani słowem o tym, co się zdarzyło, jasne? Nie możemy dać po sobie znać, że daliśmy się zastraszyć. Ale musimy podjąć dodatkowe środki ostrożności. Dlatego od teraz nikt z nas nie będzie poruszał się sam, jasne? Dotyczy to również czasu poza służbą, a najlepiej by było jakbyście w ogóle nie wracali teraz do domów. Poproszę również o eskortę dragonów i ochronę dla waszych rodzin, tak na wszelki wypadek.

Usiadłem do biurka, zacząłem pisać.

– Collin – zwróciłem się do konstabla. – Pojedziesz z Shanem i Alanem do zamku, zawieziecie ten list do Lorda Namiestnika. Potem ten do podpułkownika Withwortha i następny do porucznika McReardona. Wrócicie stamtąd z osłoną wojska. Jasne? W drogę. Dauthi, Samuel i William. Zostały dwa adresy do sprawdzenia z listą zaginionych dzieci. Sprawdzicie je, a potem do archiwów dalej szukać według listy. O’Toole zostajesz ze mną. Daj mi chwilę, żeby się ogarnąć i przyjdź za pół godziny. Pamiętam, że chciałeś porozmawiać, tak?

– Zgadza się – potwierdził Padraig.

Konstable odmeldowali się.

– Panie kapitanie – rozległ się głos zza drzwi. Nie wiem kiedy, ale zasnąłem przy biurku. Plecy bolały jak diabli, oczy piekły, a ręka zdrętwiała bez czucia.

– Tak, tak, jestem – powiedziałem otumaniony. – Wejść.

W drzwiach stanął O’Toole. Rozejrzał się po biurze i wszedł do środka. Wydał mi się niepewny swego i rozkojarzony.

– Zasnął pan? – zapytał.

– Najwyraźniej.

Wstałem, przeciągnąłem się i wyjrzałem za okno. Sierżant stał tuż za progiem, patrząc to na mnie, to na buty. Nic nie powiedział.

– O’Toole. O czym chciałeś porozmawiać? 

Milczał.

– Padraig, o co chodzi?

O’Toole wziął głęboki wdech, postąpił krok naprzód i spojrzał na mnie z paniką w oczach. Widać, że toczyła się w nim jakaś walka, jakby się bał rozpocząć rozmowę.

– Siadaj – rozkazałem.

Konstabl usiadł na skraju fotela. Zdjąłem kurtkę, rozpiąłem kamizelę i również usiadłem.

– Panie sierżancie O’Toole. Proszę natychmiast mi powiedzieć, z czym pan do mnie przychodzi. Inaczej do końca życia będzie pan pucybutem w garnizonie sił porządkowych, jasne?

Uśmiechnął się, lecz odwrócił w stronę okna. Przez chwilę panowała głucha cisza. Wreszcie O’Toole pokiwał z niedowierzaniem i odezwał się.

– Nie będzie pan kapitan zadowolony.

– Pozwól, że ja to ocenię. Mów.

– Tak naprawdę, to mam dla pana kilka informacji, które mogą pomóc w śledztwie.

– To świetnie. Zatem, w czym problem?

Padraig znowu się zaciął, spojrzał na mnie i uciekł spojrzeniem w kierunku okna.

– Tak trochę się czuję, jak zdrajca. Bo mówiąc o tym, zdradzam moich rodaków, ale nie mówiąc, zdradzam pana. Ani jedno, ani drugie nie podoba mi się wcale.

Zapadło ciężkie milczenie. O’Toole bił się z myślami, a ja zachodziłem w głowę, o co mogło chodzić. Jasne było, że mój adiutant miał jakieś grzechy na sumieniu, z których teraz musiał się wyspowiadać, bo podejrzewam, że i tak wyszłyby na jaw. Ciekawe tylko jak poważne były to grzechy? Sądząc po jego minie, nie były to lekkie historie. Pytanie następne, to jak go z tego bagna wyciągnąć? I czy w ogóle się da?

– Padraig. Cokolwiek by to nie było, możesz na mnie liczyć – powiedziałem. – Postaram się zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby sprawę załatwić polubownie, ale musisz mi powiedzieć, o co chodzi? Sam się nie domyślę. No, dawaj, co jest? Żonę namiestnika przeleciałeś?

– To by było jeszcze gorsze – powiedział Padraig, zwracając się w moją stronę. – Dobrze. Ale niech pan kapitan wie jedno. Nie mówię tego, żeby wymigać się od kary. Mówię to dlatego, bo powinien pan wiedzieć i to może pomóc śledztwie. A ja nadal wierzę, że pan może doprowadzić je do końca. 

– Dziękuję za zaufanie. To wiele dla mnie znaczy. A teraz do rzeczy.

Wbrew moim obawom, od tego momentu rozmowa potoczyła się dość swobodnie. W międzyczasie zaparzyłem kawy, otworzyłem okna i uporządkowałem papiery na biurku. Padraig opowiadał. Wstąpił do Zjednoczonych Irlandczyków mając dziewiętnaście lat. Walczył z dzierżawcami. Uczestniczył w powstaniu tysiąc osiemset trzeciego, gdzie został ranny i dostał się do niewoli. Jako, że trwała kampania wojenna we Francji, dostał prosty wybór. Stryczek albo służba. Jak wielu innych, wybrał to drugie. Wrócił do kraju po Kongresie Wiedeńskim, gdy wiele jednostek zdemobilizowano. Ponieważ nie odsłużył wystarczającej liczby lat, groziło mu więzienie za uczestnictwo w powstaniu. Padraig nie chciał wylądować za kratami, więc uciekł. Dwa lata ukrywał się w okolicach Limerick, gdzie związał się z organizacją Wstążek. Tam również walczył w partyzantce. Postrzelony w trakcie akcji, tym razem bardzo poważnie, zbiegł z miejsca bitwy i ukrywał się przez kilka miesięcy w górach. Następnie zaszył się niedaleko Dublina we wsi Swords, gdzie pracował, jako cukiernik. Miał dość walki. Do konstabli trafił za namową dawnych towarzyszy broni. Przekonali go, że to szybka droga do kariery i dużych pieniędzy. Dzięki znajomościom w mieście, udało mu się ukryć przeszłość i sfałszować kilka dokumentów, świadczących o niekaralności. Kiedy Padraig zreferował wydarzenia ostatnich dni, spotkanie z liderem grupy Wstążek, poczułem prawdziwą złość. I chyba strach. Gdyby to wyszło na jaw, mógłbym znaleźć się w niezłych opałach. Oczywiście O’Toole skończyłby na szubienicy, zanim zdążyłbym krzyknąć „ale bagno”.

– Dobrze – powiedziałem, głośno wypuszczając powietrze. – Reszta wie o tym?

– Tak, niestety. Większość z nich znam naprawdę długo. Shane służył ze mną w Zjednoczonych, Dauthi w armii we Francji. Razem wstępowaliśmy do Konstabli Hrabstw.

Oparłem ręce na kolanach, potarłem dłonią czoło. Ładnie, pomyślałem. I co dalej? Pierwsze, co powinienem teraz zrobić, to aresztować go i odprowadzić do Kilmainham. Albo na zamek. Potem publicznie wychłostać i powiesić.

– I co teraz, panie kapitanie? – zapytał Padraig.

– Jeżeli chodzi o to, co mi wyznałeś, to muszę się zastanowić. Zdajesz sobie sprawę, co powinienem zrobić?

– Tak.

– To dobrze. Nie mam zamiaru cię wydać – powiedziałem. – Nie pytaj mnie o powody, nawet nie umiałbym ci odpowiedzieć. Ale mamy tutaj prawdziwy problem i muszę się poważnie zastanowić, co z nim zrobić. Widzisz, pracując dla mnie stałeś się zagrożeniem dla pewnej grupy ludzi, którą podejrzewam o morderstwa. Są to wpływowi ludzie, którzy mogą dotrzeć do śladów twojej przeszłości i wyciągnąć je na wierzch. Jeśli kiedyś przyjdzie im to do głowy, obaj znajdziemy się w niezłym gównie. O rozmowie nie zapominamy. Ale potrzebuję czasu. Póki, co mamy robotę do zrobienia. Teraz pokaż mi te nazwiska.

O’Toole wręczył mi zmięty papierek. Wypisane tam były trzy osoby. Oficer dublińskiego magistratu Malcolm Biggs, pułkownik sił pokojowych Ronan Leyland i lokalny armator Christobald Rooney. Wszystkich wymienił Montgomery, kiedy zapytałem o gości na wieczorku towarzyskim. Taka lista w posiadaniu Wstążkowców mogła oznaczać tylko jedno. Znali personalia przynajmniej części z zabójców i prawdopodobnie mieli zamiar zająć się nimi po swojemu. Ciekawe skąd mieli te nazwiska? Następne pytanie, to czy byli we współpracy z podejrzanym o morderstwo Sherrarda Irlandczykiem? Czy tamto zabójstwo miało związek z działalnością partyzantki?

– Dobrze. Co możesz mi powiedzieć o grupie z Limerick?

– Panie kapitanie…

– Nie pytam o personalia. Jeszcze nie. Chcę wiedzieć ilu ich jest, jak działają, gdzie się ukrywają. O’Toole proszę cię, nie nadwyrężaj mojego zaufania. Cała ta rozmowa jest jak prosta droga na szafot, więc chyba wystarczy nam kłopotów, tak? Odpowiadaj.

– Nie wiem ilu ich jest. Podejrzewam, że przynajmniej dwudziestu. Tylu zwykle liczyła lotna brygada Wstążek. Ale w mieście jest Conan Gibbons, jeden z liderów organizacji Limerick, dlatego możemy spodziewać się ich więcej. Z samego tylko Dublina, w razie potrzeby, będzie w stanie zwerbować przynajmniej stu ludzi.

– Żartujesz?

– Nie, panie kapitanie. To i tak łagodny szacunek. Pana tu nie było dwa lata temu, ale w mieście było ich tylu, że poprzedni Lord Namiestnik szykował się na oblężenie miasta i kolejne powstanie. W dwudziestym drugim aresztowano ponad dwieście osób związanych z organizacją.

– Jasna cholera, toż to cała armia. `

– To ludzie doświadczeni w walce partyzanckiej i miejskiej. Nie łatwo będzie ich odnaleźć, ani przyskrzynić. Nawet osaczeni są w stanie skutecznie stawić czoła. Proszę mi wierzyć, to są lata doświadczenia w boju. I nienawiść, panie kapitanie. Prawdziwa nienawiść.

– Jak miałeś się z nimi skontaktować?

– Miałem zostawić wiadomość w „Krwawym Koniu”. To lokal na południu miasta. Daje schronienie partyzantom. Taka lokalna tradycja.

– Tam ich znajdziemy?

– A planujemy ich szukać? Bo jeżeli tak, to będzie oczywiste, że puściłem farbę.

– Nie przejmuj się. Na razie nie planujemy, a jeżeli już, to tak, żeby nikt nie wiedział, że informacje wyszły od ciebie. Odpowiadaj. Czy w „Krwawym Koniu” znajdę partyzantów?

– Nie sądzę. Zostali rozlokowani po całym mieście. Uruchomili sieć kurierów i pewnie w tej chwili zacieśniają pętlę wobec tych ludzi z listy. W knajpie znajduje się tylko punkt kontaktowy.

Ciężko było mi w to uwierzyć. Tak sprawna organizacja pod samym nosem Wellesleya, magistratu i kilku tysięcy stacjonujących w mieście żołnierzy. To się w głowie nie mieściło. Ci ludzie byliby w stanie w każdej chwili rozniecić w mieście regularne walki, być może nawet zająć sporą jego część, z zamkiem włącznie. Cała administracja kraju ległaby w gruzy. Nic dziwnego, że Irlandia była tak trudnym orzechem do zgryzienia. To mi dopiero kolega O’Toole nowiny sprzedał.

– Padraig, niech cię szlag. Co ja mam z tym zrobić? Właśnie ukrywam ważne dla walki z przestępczym podziemiem informacje. To zdrada stanu pierwszej klasy, najgorsza możliwa kolaboracja. Lepiej zejdź mi z oczu. Muszę porządnie się zastanowić. Jeszcze jedno, Padraig.

– Słucham.

– Wyszykuj mundur galowy. Pójdziemy na imprezę do Lorda Namiestnika.

– Jak, to? Ja?

– Dokładnie ty. Jako mój adiutant. Wkopałeś się, bracie, w sytuację bez wyjścia. Teraz nie dość, że jestem twoim zwierzchnikiem, to jeszcze mogę cię szantażować.

*

– Panie kapitanie! – nerwowo nawoływał O’Toole. Podniosłem spojrzenie znad mapy, nad którą pochylałem się w towarzystwie porucznika McReardona i podpułkownika Withwortha. Szykowaliśmy akcję przeczesania okolic na północ od Dublina, w celu znalezienia miejsca przetrzymywania ofiar. Oczywiście nie miałem pojęcia, gdzie to mogło być, a opis miejsca stworzyłem na podstawie różnych skrawków informacji, jakimi dysponowałem. Z pewnością musiała to być okolica odludna, z dala od większych dróg i ludzkich osiedli. Prawdopodobnie skryta w lesie lub w jarze, być może gdzieś na wybrzeżu, aby nikt nie dosłyszał krzyków torturowanego dziecka. W pierwszym rzucie zaplanowaliśmy poszukiwania między wsiami Swords, a Drogheda. Drogę między nimi pokonywało się w sześć godzin piechotą, co było wystarczająco dużo jak na siły, którymi dysponowaliśmy. W połowie tej drogi wyznaczyliśmy punkt zborny i nakreśliliśmy wokół niego okrąg o promieniu trzech godzin piechotą w każdą stronę. Miało to być drugie podejście do sprawy. Za pierwszym razem przeszkodziły nam siły porządkowe i pacyfikacja wsi Finglas, ale o swoich zamiarach nie zapomniałem. Wbrew pozorom, znalezienie potencjalnego miejsca kaźni, mogło wiele wyjaśnić. Dopóki miałem za mało konkretów, aby podjąć inne działania, mogłem zająć się tym. Moi konstable nadal poszukiwali personaliów zaginionych dzieci, przesłuchiwali kolejnych świadków i, wstyd przyznać, kręcili się w kółko. A ja nie miałem innego pomysłu, jak tylko pogonić wojskowych do lasu. Najchętniej zająłbym się obserwacją barona Montgomery i jego przyjaciół, ale nie miałem pojęcia, jak to zrobić, bez alarmowania podejrzanych. Ich szerokie powiązania z magistratem, a co za tym idzie, z armią i konstablami, uniemożliwiały mi dyskretne śledzenie kogokolwiek. Nawet to, co planowałem teraz, mogło zaalarmować Montgomery’ego. Po trochu na to liczyłem, bo gdybym znalazł miejsce przetrzymywania dzieci i zacieśnił pętlę wokół zauszników barona, może podjęliby jakieś nierozważne kroki, popełnili błąd, który mógłbym wykorzystać. Nic więcej do głowy mi nie przychodziło.

Był przyjemny, ciepły poranek. W forcie panowało poruszenie, ponieważ wojsko szykowało się do wyjścia w teren. O’Toole wbiegł do pokoju, wymachując świstkiem papieru.

– Panie kapitanie – wydyszał. – Wiadomość od Samuela.

– Dawaj – rozkazałem.

List informował, że znalazł się świadek porwania ostatniego dziecka, ale bał się ujawnić i prosił o dyskrecję. Samuel czekał z nim na przystani w Blackrock i prosił abym przyjechał.

– Co Samuel robił w Blackrock? – zapytałem O’Toole’a.

– Nie mam pojęcia – odparł mój adiutant. – Widziałem go rano, gdy rozdzielał pan zadania. Ale wiem, że jechał na południe, do przytułku.

Faktycznie, Blackrock znajdowało się na południe od miasta. Być może był to błąd, że wcześniej nie zwróciłem uwagi na tamtą okolicę, bo z pewnością znalazłyby się tam miejsca, odpowiadające mojemu opisowi. Postanowiłem pójść tym tropem. Gdyby świadek okazał się wiarygodny, byłby to prawdziwy przełom w śledztwie.

– O’Toole, pojedziesz ze mną. Panowie – zwróciłem się do wojskowych. – Dokończmy rozplanowanie działań i ruszycie beze mnie. Dołączę do was później.

Do Blackrock dojechaliśmy w niecałą godzinę. Była to bardzo przyjemna okolica. Słabo zaludniona, skryta wśród niskich drzew, jej powietrze wypełniała morska wilgoć. Wody Zatoki Dublińskiej otrząsnęły się po nocnym sztormie i teraz leniwie obmywały wyboiste wybrzeże. Kamieniste zbocze wyrastało z wąskiej plaży, w której tkwiły setki granitowych bloków. Większość wiejskich domów zbudowano w sąsiedztwie stromej skarpy, a przystań rybacka skryta była za wrzynającym się w wodę, wysokim klifem. Zjechaliśmy ścieżką, rozglądając się na boki, lecz Samuel się nie pokazał. Minęliśmy kilku rybaków, posłuchaliśmy kłótni między przekupką, a miejscowym pijaczkiem, obserwowaliśmy cumowanie kutra rybackiego, z którego wytoczyło się kilku zawianych marynarzy. Nic nadzwyczajnego. Minęła przynajmniej godzina, odkąd zjawiliśmy się w Blackrok, a nadal nic się nie działo. Ruszyliśmy z powrotem pod górę, gdy podbiegła do nas jasnowłosa dziewczynka.

– Pan kapitan Makalis?

– To ja – odparłem, spoglądając na dziecko z siodła.

– Pan Samuel czeka na pana o tam, w barakach.

Dziewczynka podniosła wysoko rękę i wskazała kilka podłużnych, drewnianych domów, zbudowanych na szczycie skarpy. Były to cztery baraki, służące za nocleg zamiejscowym rybakom, handlarzom, a czasem nawet królewskiej marynarce. Nie były to komfortowe noclegownie, ani tym bardziej hotele, raczej zimne, puste i zagrzybione nory. Być może dysponowały nawet siennikami, choć podejrzewałem raczej pustą salę i klepisko bez podłogi. Kominy sterczące z dachów sugerowały, że baraki wyposażono w piece, które miały ogrzewać wnętrza. Z pewnością były świadkiem niejednej bójki o dostęp do źródła ciepła.

Dziewczynka uciekła do wsi, a my, jak na komendę, wydobyliśmy pistolety, aby sprawdzić czy są naładowane. Ruszyliśmy ścieżką, prowadzącą stromo pod górę i w połowie drogi rozdzieliliśmy się. Ja pojechałem prosto pod baraki, a Padraig zatoczył szeroki łuk, aby dotrzeć na miejsce od północy. Ot tak, na wszelki wypadek. Okolica była podejrzanie głucha, ale nie musiało to świadczyć o zagrożeniu. Wieś była spokojna, ponieważ większość rybaków wypłynęła na połów. Mimo tego, poczułem na plecach nieprzyjemny dreszcz, a żołądek zawinął się w supeł. Coś mi się tutaj bardzo nie podobało. Zsiadłem ostrożnie z konia i luźno zawinąłem lejce wokół poręczy parkanu. Poprawiłem mocowanie szabli, aby w razie potrzeby momentalnie wyskoczyła z pochwy. Do ręki wziąłem pistolet i tak uzbrojony ruszyłem na plac, między budynkami. Gdy tylko tam dotarłem, stanąłem jak wryty. Na samym środku klęczał związany i zakneblowany Samuel. Do głowy miał przytkniętą lufę pistoletu, który dzierżył zamaskowany osobnik. Twarz owinął czarną, lnianą chustą, z której wystawały bujne, rude włosy. W duchu przekląłem swoją beztroskę. Trzeba tu było przyjechać większym oddziałem, idioto. Nie sądziłem, że odważą się po raz kolejny mi zagrozić. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że mnie, lub któremukolwiek z moich konstabli mogłaby stać się krzywda. Sądziłem, że wystarczy majestat króla, reprezentowany przez list żelazny. A może nie poświęciłem wystarczająco wielu myśli zagrożeniu, jakie powstało ze strony Leylanda i jego sił porządkowych? Było to bardzo naiwne. Rugałem się w myślach, ale nie było już czasu na kolejne wyrzuty. Musiałem szybko obmyślić jakiś plan, żeby wyciągnąć Samuela żywcem z tego bałaganu.

– Spokojnie – powiedziałem, opuszczając broń. – Nie chcę kłopotów.

– Odłóż pistolet – polecił mężczyzna. – Pas i szablę też.

Wykonałem polecenie, starając się, aby nie moje ruchy nie wydały się gwałtowne.

– Dobrze. Teraz odsuń się.

Posłuchałem. Z baraku obok wyszło pięciu uzbrojonych w muszkiety mężczyzn. Wszyscy zakrywali twarz chustami, wyglądali dokładnie tak samo, jak ci, którzy niedawno napadli mnie w nocy. Nie było wśród nich Leylanda, tego poznałbym od razu. Nie zmieniało to jednak sytuacji, która była koszmarna. Jeden ze zbrojnych podszedł bliżej i zabrał moją broń. Nie spuszczałem wzroku z Samuela, któremu łzy ciekły po twarzy. Poczułem, jak bardzo się bał. Tak zwykle wyglądała twarz młodego człowieka, który lękał się śmierci, a stał od niej o krok. Widziałem to już nie raz. Najczęściej w bitwie.

– Puśćcie go – rzekłem najspokojniej, jak umiałem. – Zrobię, co tylko chcecie, ale proszę, nie róbcie mu krzywdy.

– Zamknij się – syknął rudzielec. – Ostrzegaliśmy cię. Miałeś okazję zrobić to, co chcemy. Ale nas olałeś. Drugiej szansy nie będzie.

Mężczyzna spiął mięśnie, jakby miał nacisnąć spust.

– Nie! – wrzasnąłem. – Poczekaj, możemy się dogadać.

– Nie będzie więcej gadania. Rozwalę konstabla, a potem ciebie.

– Poczekaj, poczekaj. – Starałem się gorączkowo myśleć, ale nic mi nie przychodziło do głowy. – Opuszczę Dublin, zrobię to. I tak nic tu nie wskóram, nie mam żadnych śladów, kręcę się w kółko. Chciałem was posłuchać, ale nie mogłem tak od razu wyjechać. Musiałem odczekać trochę, żeby nikt nie nabrał podejrzeń. Przecież nikt by mi nie uwierzył, że tak nagle zmieniłem zdanie i zostawiam sprawę. Obowiązywały mnie rozkazy, nie mogłem ich tak sobie złamać.

Plotłem bez sensu, byle tylko zyskać na czasie. Nie miałem pojęcia jak się z tego bałaganu wydostać, liczyłem na to, że O’Toole przyjdzie nam w sukurs. Rozejrzałem się na lewo i prawo, zauważyłem, że od drzwi jednego z baraków dzieliła mnie odległość skoku. Przeszło mi przez myśl, aby zostawić Samuela, który i tak był już stracony i rzucić się do ucieczki. To nic niezwykłego. Przed każdą walką nachodziły mnie i każdego, normalnego człowieka takie myśli. Wziąć nogi za pas, ratować skórę. Na szczęście lata praktyki i wyrobiona samokontrola nie pozwoliły mi pohańbić munduru i skazać na śmierć podkomendnego.

Gdzie jesteś, O’Toole?

– Zrobię to dzisiaj – plotłem dalej. –  I tak jestem już spakowany, miałem wyjechać w przyszłym tygodniu, ale zrobię to dzisiaj – łgałem, mąciłem, aby tylko dać nam szansę.

– Zamknij się – warknął rudy. – Dość tego.

– Czekaj, nie. Zapłacę ci. Zapłacę wam. Jestem zamożny, mam ziemię w Yorku, duże dochody, ile chcecie. Opłaci się wam, obiecuję. Puśćcie nas żywcem teraz, a ja wam to sowicie wynagrodzę. Pomogę wam zniknąć, wasi zwierzchnicy o niczym się nie dowiedzą. Mówię zupełnie poważnie, mam kontakty i możliwości. Odejdziecie z Dublina, a nawet z Irlandii. Z pełną kiesą, ślad po was nie zostanie. Pojedziecie, dokąd tylko sobie wymyślicie. Dokąd chcecie jechać? Wiem, gdzie będzie wam najlepiej. W Ameryce. Co wy na to? To wielki i wolny kraj, korona nie ma tam wpływów, będziecie, kim tylko chcecie i gdzie chcecie. Tam jest mnóstwo złota, kraj aż ocieka bogactwem, a czerwonoskóre kobiety są tak chętne, jak żadna tutaj. Mam tam przyjaciół, pomogą wam się ustawić, będziecie mieli służące i niewolniczki. Każdy biały mężczyzna dostaje tam od razu po przybyciu dwie, czerwonoskóre niewolnice. One są inne niż nasze kobiety, a umieją takie rzeczy, że się wam nie śniło. Pieniądze dam wam jeszcze zanim wyjadę z Dublina. Dam wam listy polecające do Ameryki, dam wam swoją pieczęć, żebyście przejęli moje ziemie w Południowej Karolinie.

Moja tyrada spowodowała, że dwóch mężczyzn wymieniło zdumione spojrzenia, a ich dowódca się zagotował. Miałem nadzieję, że to na myśl o emigracji do Ameryki. Myliłem się.

– Dość – wrzasnął rudzielec i nacisnął spust. Głowa Samuela pękła powyżej oczu, tryskając krwią i kawałkami mózgu. Rzuciłem się z wrzaskiem do przodu. W tej samej chwili jeden z napastników padł z dymiącą dziurą w skroni. O’Toole wyłonił się zza baraku i wypalił z pistoletu, powalając kolejnego zbrojnego. Muszkiety plunęły ogniem. Kula przeleciała mi przed twarzą, druga zerwała epolet, boleśnie zdzierając skórę. Dopadłem do strzelca, złapałem go za muszkiet i pociągnąłem do siebie. Jak się spodziewałem, przeciwnik pociągnął w przeciwnym kierunku, co natychmiast wykorzystałem i naparłem całym ciałem, przewracając go na plecy. Muszkiet został w moich rękach. Dwa silne ciosy kolbą w głowę załatwiły sprawę. Rozejrzałem się i dostrzegłem rudzielca, uciekającego w górę, w kierunku drogi do miasta. Ruszyłem w pogoń. O’Toole zdążył rzucić mi gotowy do strzału pistolet. Biegłem z nienaładowanym muszkietem w jednym i z pistoletem w drugim ręku. Nie miałem zamiaru zmarnować kuli, w ogóle nie miałem zamiaru zabić. Chciałem dorwać drania, zbić tak mocno, jak tylko potrafiłem, lecz nie zabić, nie wyrządzić krzywdy. Rudzielec mógł być koronnym świadkiem, którego potrzebowałem. Dopadnę go, pomyślałem, a potem całą resztę. Nie podaruję wam. Nie podaruję wam dzieci, nie podaruję wam Samuela, który chciał poślubić pannę Barbarę Webber i w przyszłości założyć własną kancelarię prawną. Płonęła we mnie rządza zemsty, łaknąłem krwi, całe moje istnienie domagało się, abym dorwał po kolei każdego z morderców i wykąpał się w jego krwi, wytarzał w jego wnętrznościach. Ale nie wolno mi było tego zrobić. Najlepszą zemstą będzie ta zaserwowana na zimno. A ziści się ona, kiedy doprowadzę Leylanda, Montgomery’ego i całą resztę przed sąd. Ale żeby tego dokonać, musiałem wpierw złapać zabójcę Samuela. Nie było to proste. Rudzielec był szybki i zwinny, na dodatek znał okolicę. Po kilku minutach pogoni, zostawiliśmy wioskę z tyłu i przedzieraliśmy się przez las. Był to prywatny teren jakiegoś dzierżawcy, o czym świadczyły kamienne mury, otaczające gęstwinę. Przedzierałem się przez krzaki, kluczyłem między drzewami, nie gubiąc uciekiniera z oczu. Ten nie dawał za wygraną. Bez wytchnienia przeskoczył wąski strumień, poślizgnął się na kamieniu i stracił równowagę, lecz nie upadł. Wykonał kilka koślawych kroków, łapiąc pion i pobiegł dalej. Dzięki temu zmniejszyłem nieco odległość między nami, lecz to nie był koniec. Sam o mało nie wyrżnąłem w gałąź, zwieszającą się nad strumieniem. Utrzymywałem równe tempo, oddychałem miarowo, kondycja dopisywała. Rudzielec zniknął mi na chwilę z oczu, lecz już po chwili zrozumiałem, dlaczego. Wskoczył w ciasny, wrzynający się w skarpę jar. Rozpadlina prowadziła w dół, zawalona była kamieniami i połamanymi gałęziami. Nie pobiegłem tą samą drogą. Dopadłem do skraju skarpy i zeskoczyłem w dół. To była dobra decyzja. Nie musiałem przedzierać się przez ciasną, kamienną szczelinę. Wylądowałem miękko na piasku akurat, gdy zabójca wybiegł z jaru. Dzieliło nas teraz ledwie kilkanaście jardów, już prawie go miałem.

– Stój! – wrzasnąłem. – Nie zrobię ci krzywdy.

Nic to nie dało. Mężczyzna biegł dalej, zakręcił w lewo i dobiegł do kolejnego strumienia. Ten był szeroki i wartki, ale niezbyt głęboki. Rudzielec wskoczył z wody, zgubił mnie z oczu i pobiegł z biegiem strumienia. W oddali rysował się drewniany most, więc pognałem tamtędy i wpadłem na ścieżkę w miejscu, w którym właśnie nadbiegł zabójca. Wpadliśmy na siebie z impetem i wylądowaliśmy na ziemi. Rudzielec w mgnieniu oka pozbierał się z klepiska i już chciał biec dalej. Nie pozwoliłem na to. Wpierw uderzyłem do muszkietem pod kolano, co sprowadziło go do parteru. Wziąłem szeroki zamach i przygrzmociłem kolbą w ramię. Rudzielec ryknął z bólu, bo chyba wybiłem kość ze stawu.

– Ty skurwielu – jęknął. Stałem nad nim, celując z pistoletu między oczy.

– Nie jesteś teraz taki odważny, co?

– Wal się – warknął.

– Na kolana – rozkazałem. – Na kolana, bo łeb ci rozwalę!

Posłuchał. Wpatrywałem się w niego z nienawiścią. Miałem przed oczami lufę pistoletu, która aż prosiła, by dać upust jej mocy. Palec na spuście świerzbił, a w głowie gotowało się od żądzy zemsty. Rudzielec musiał zobaczyć, że walczę ze sobą, bo nagle zmienił podejście.

– Proszę nie strzelać – wyjąkał. – Wszystko powiem.

– Jesteś z sił porządkowych – zgadłem, ciężko dysząc. Mój oddech jeszcze się nie uspokoił po szaleńczej pogoni. – Imię, nazwisko i stopień.

– Chris Cormack, szeregowy.

– Jak złapaliście Samuela?

– Obserwowaliśmy konstabli, aż przyszedł rozkaz, by któregoś złapać i rozstrzelać. Złapaliśmy go na południu miasta, wyjeżdżał z dziecińca dla sierot wojennych.

– Kto wydał rozkaz?

– Leyland, pułownik Leyland.

– Co wiesz o zamordowanych dzieciach?

– Nic. Jak Boga kocham, nic. Pułkownik interesował się tą sprawą, ale nikomu nic nie mówił. Wszyscy w jednostce się go boją, bo ma wysoko postawionych przyjaciół. I jest zły. Wyżywa się na wszystkich, głównie na nas, ale na miejscowych też.

– Jak mi was szkoda – mruknąłem ironicznie. – Czemu Leyland chciał zabić moich konstabli? Dlaczego nie mnie?

– Chciał zabić pana, ale zmienił zdanie. Powiedział, że chce panu kapitanowi dać nauczkę.

– Dlaczego?

– Bo pan współpracuje z elementem wywrotowym i stwarza zagrożenie.

– Jakie zagrożenie?

– Nie wiem, pułkownik nie tłumaczy swoich rozkazów.

– Co ma Leyland wspólnego z baronem Montgomery?

– Spotykają się czasami, ale nie wiem, po co. Coś razem planują, czasem spotykają się w nocy, w tajemnicy.

– Żeby torturować dzieci, co?

– Panie kapitanie, litości. Ja nic nie wiem. Nie mam pojęcia, co oni planują. Wiem tylko, że szykują coś większego w porozumieniu z magistratem.

– Skąd to wiesz?

– Słyszałem rozmowę pułkownika z człowiekiem z magistratu. Mówili coś o rozstawieniu wojsk w mieście i o porwaniu.

– Porwaniu?

– Może to chodziło o te dzieci? Ja nic nie wiem.

– Dobra, ptaszku. Zabieram cię ze sobą. Spiszemy twoje zeznania, a potem posiedzisz w areszcie. Odpowiesz za śmierć Samuela. Ale jeśli będziesz grzecznie zeznawał, to może nie skończysz na szafocie. Może wyślą cię do Ausrtalii, albo zamkną w Kilmainham. Będzie ci tam ciepło i wygodnie. A niedługo będziesz miał do towarzystwa samego Leylanda.

Wykręciłem Cormackowi ręce za plecy, związałem jego własnym pasem, pod łokcie wsunąłem muszkiet i poprowadziłem ścieżką do Blackrock. Chris ciężko stękał, najwyraźniej cierpiał ból ze zwichniętego ramienia. Niech pocierpi, pomyślałem. Chociaż tyle sprawiedliwości będzie na świecie. Po pół godzinie byliśmy na miejscu. We wsi zrobiło się poruszenie, bo wszyscy słyszeli strzały. Spotkałem O’Toole’a w towarzystwie kilku żołnierzy piechoty. Trupy zabitych napastników ułożyli w rządku pod jednym z baraków. Nad ciałem Samuela klęczał miejscowy proboszcz i mruczał słowa modlitwy. Przekazałem więźnia wojskowym, a sam klęknąłem przy księdzu. Zapatrzyłem się w zmasakrowaną twarz konstabla. Oczy miał półprzymknięte, jakby właśnie zasypiał.

–  Przepraszam, Samuel. Nie tak miało być.

– To pana podwładny? – spytał ksiądz.

– Subkonstanl Samuel Willis. Skończył szkołę prawniczą w Belfaście. Wesoły chłopak, miał plany na przyszłość.

– Świeć Panie nad jego duszą – wyrecytował kapłan.

*

Śmierć Samuela przytłoczyła moich konstabli. Przez kilka dni snuli się jak nieprzytomni, a na pogrzebie płakali jak dzieci. Ja sam byłem wściekły. Choć to chyba mało powiedziane. Miałem ochotę podpalić całe miasto i gołymi rękami rozszarpać wszystkich wojskowych, cały magistrat, a szczególnie każdego służbistę z sił porządkowych. Wszystko, dlatego, że śmierć Samuela poszła zupełnie na marne. Po strzelaninie w Blackrock pocieszałem się myślą, że przynajmniej mam świadka, który mógł obciążyć Leylanda odpowiedzialnością za napad i zabójstwo funkcjonariusza w królewskiej służbie. Nie pomogłoby to w żaden sposób sprawie dzieci, ale przynajmniej jeden z szajki Montgomery’ego zostałby wyłączony z gry. A gdybym już go miał zamkniętego w celi, mógłbym prowadzić przesłuchania w dowolny sposób, używając dowolnych metod, łącznie z biciem i torturami. Dla zabójcy funkcjonariusza na służbie nikt nie miałby litości. Niestety Chris Cormack nie dotarł nawet do aresztu. Żołnierze prowadzący go do miasta zostali napadnięci przez nieznanych opryszków i zabici. Aresztowany przepadł bez śladu.

Historia napadu na mnie i zabójstwa jednego z konstabli odbiła się szerokim echem w mieście. Wielu z tych, którzy oskarżali mnie wcześniej o warcholstwo i sprzyjanie katolickim wywrotowcom, teraz przejrzało na oczy. Zrozumieli, że jestem na tropie poważnej sprawy, a winowajcy są bezlitosnymi zabójcami, którzy dla własnych celów poświęcą nie tylko bezdomne dzieci, ale każdego, kto stanie im na drodze. Magistrat oczywiście wszczął śledztwo, zostałem kilkakrotnie przesłuchany, inni świadkowie również, ale nie miałem najmniejszych złudzeń, co do rozwiązania. Sprawa zataczała kręgi, sięgające głęboko w struktury środowiska oranżystów, a ci z pewnością nie byli gotowi poświęcić jednego ze swoich, aby dać zadość śmierci jakiegoś tam irlandzkiego służbisty. Magistrat nabrał wody w usta, uznał, że za zabójstwo odpowiedzialni są katoliccy wywrotowcy i na tym się skończyło. Z braku dowodów, śledztwo po tygodniu umorzono. Tymczasem w mieście huczało od plotek. Pojawiła się nawet teoria, że to ja sam zorganizowałem napaść na jednego ze swoich ludzi, aby usprawiedliwić działania wymierzone w lokalne władze. Na szczęście Lord Namiestnik trzymał rękę na pulsie i wszelkie domysły ucinał. Nie miał władzy, aby wznowić śledztwo, mógł jedynie przydzielić mi do ochrony ludzi. Odmówiłem. Nie potrzebowałem obcych, wśród których mogła znaleźć się wtyka Leylanda albo Montgomery’ego. I tak całe miasto patrzyło mi na ręce.

Gdy planowałem przeczesanie okolic Dublina w poszukiwaniu miejsca kaźni, trawiło mnie mnóstwo wątpliwości. Już wówczas podejrzewałem, że miałem związane ręce i w granicach prawa nie będę w stanie doprowadzić podejrzanych przed sąd. Przeszło mi nawet przez myśl, żeby złożyć na ręce Wellesleya list żelazny i zrzec się funkcji śledczego. Zaczynało ogarniać mnie poczucie dotkliwej porażki, a zarazem wstydu. Ale nie wstydu za nierozwiązanie zagadki morderstw, bo wtedy właściwie była już rozwiązana. A przynajmniej tak mi się zdawało. Wstyd mi było za władze brytyjskie, które przedkładały własną wygodę i swoje racje, nad życie niczemu niewinnych dzieci. Było to głęboko palące uczucie, przeczące wszystkiemu, w co przez lata święcie wierzyłem. Owszem, widziałem wiele okrucieństw armii lub władzy cywilnej. Zawsze tłumaczyłem je sobie racją stanu, wymogami utrzymania porządku w podbitych krajach. Wierzyłem, że brytyjska dominacja nad światem, pomimo ofiar, była warta poświęceń. Wszakże to Brytyjczycy najwięcej wnosili w rozwój nauki, w zachowanie dzieł antyku, w odkrycia archeologiczne, astronomiczne i każde inne. Po prostu w ogólny stan wiedzy o świecie. Nawet w dziedzinie kultury nasza dominowała nad każdą inną. Było wiele interesujących miejsc na świecie, wiele bogatych kultur, ale to nie francuska czy niemiecka napędzała królewskie salony, lecz właśnie nasza. Niejednokrotnie wytknięto mi to myślenie, jako szkodliwe i mylne, ale na tym właśnie fundamencie opierała się moja wiara. Teraz wszystko legło w gruzy. Przestałem patrzeć na porządek prawny Korony, jako na najznamienitsze dokonanie cywilizowanego Zachodu. Moim obowiązkiem nadal było doprowadzenie podejrzanych przed sąd, nadal wierzyłem, że będzie to najlepsza zemsta za śmierć tych biednych, skatowanych dzieci. Ale czar prysł i wreszcie zrozumiałem, że nie rozwiążę sprawy, posługując się tylko narzędziami zgodnymi z prawem. Ktokolwiek był odpowiedzialny za napaść i śmierć Samuela, trochę odkrył karty. Umocniło mnie to w przekonaniu, że jestem na właściwym tropie. Skoro tamci nie mieli najmniejszych skrupułów, tak też i ja musiałem podjąć bardziej radykalne kroki. Już wcześniej chodził mi po głowie pewien pomysł, którego realizacja pozwoliłaby mi w sposób całkowicie niejawny obserwować, kogo tylko zechcę. Był on sprzeczny z prawem, sprzeczny z racją stanu, groził szafotem i degradacją. Ale nie miałem innego wyjścia. Chcieliście wojny, to ją będziecie mieli

Jedna uwaga do wpisu “Dzieci Dublina. Rozdział 4.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s