Dzieci Dublina. Rozdział 3.

Strzelanina pod kościołem nie oznaczała końca atrakcji. Rannego Samuela odesłałem do naszych kwater, a sam, w towarzystwie Collina i O’Toole’a, udałem się do Zamku Dublin. Zapadła już noc i przejażdżka nie należała do najprzyjemniejszych. Po walce wyglądaliśmy jak cmentarne upiory, snujące się pustymi ulicami miasta. Ciągnął się za nami obrzydliwy fetor gnijących ciał. Jechaliśmy w strugach lejącego deszczu, wściekli i zmęczeni. Wieść o naszym nietypowym konwoju dotarła na Zamek o wiele szybciej niż my, dlatego przywitały nas zatrzaśnięte wrota i oficer, który uparcie twierdził, że z rozkazu Lorda Namiestnika, nie można wjechać z trupami. Wspaniałomyślnie wydał pisemne polecenie, aby odstawić wóz i ciała do szpitala wojskowego przy parku Phoenix. Wściekłem się nie na żarty, O’Toole i Collin musieli mnie przytrzymać. Byłem gotów wyładować złość na niewinnym strażniku. Nie widząc innej opcji, ruszyliśmy dalej. Trzeba było przejechać całe miasto, ponieważ szpital znajdował się na zachodnim skraju Dublina. Gdy o świcie zakołataliśmy do drzwi, okazało się, że dyżurni nie mieli bladego pojęcia o żadnych ciałach i pewnie nie przyjęliby nas, gdybym nie zrobił gigantycznej awantury, włączając w to groźby spalenia tego burdelu, wysadzenia go w powietrze oraz odebrania pensji świątecznej. Pomógł dopiero list żelazny od króla.

Wreszcie, późnym popołudniem, Collin, O’Toole i ja dotarliśmy do naszych kwater i spotkaliśmy pozostałych konstabli. Zobaczyliśmy się w pomieszczeniu gospodarczym, szumnie nazywanym przez właściciela kuchnią, spojrzeliśmy na siebie i ryknęliśmy śmiechem. Wyglądaliśmy jak zmokłe strachy na wróble.

Następnego dnia umyci, wyprani i pocerowani, wyruszyliśmy do szpitala, gdzie czekała mnie sekcja zwłok. Zebraliśmy się szybko. Shannon był bardzo niezadowolony na widok skrzynki, którą podpiąłem do siodła. Zawierała drogocenny mikroskop oraz odczynniki.

– Słuchaj, no, Shannon – zagroziłem, spoglądając bestii w oczy. – A niech no tylko coś się potłucze. Pójdziesz na kiełbasy, nie żartuję. – Shannon prychnął, lecz chyba się zrozumieliśmy.

Ruszyliśmy przez miasto w stronę jego zachodniej części. Na skraju parku Phoenix znajdował się szpital wojskowy. Była to urocza okolica. Osiemnastowieczny budynek szpitala prezentował swój klasyczny front na tle drzew największej w Europie miejskiej przestrzeni leśnej. Powietrze było czyste, pachniało sosnami i żywicą. Wędrujący po zielonych deptakach pacjenci prowadzili ciche rozmowy, a w tle szumiał wartki strumień. Jego wesoły i miarowy plusk dawał ukojenie nerwów. Miejsce, bardziej niż ze szpitalem, kojarzyło się z sanatorium.

Strażnicy i personel medyczny przywitali mnie z chłodnym respektem. Przeprosiłem za wczorajszą awanturę i nie wdając się w dyskusję, pozwoliłem zaprowadzić do piwnic. Przy okazji przedstawiono mi doktora Johna Cheyne, którego nazwisko było mi znane wcześniej i to nie tylko z rozmowy z majorem Powellem. Zdarzyło mi się czytać jego dwie książki: Eseje z zakresu chorób dziecięcych oraz Schorzenia membrany krtani i oskrzeli. Czterdziestoparoletni Brytyjczyk, urodzony w Szkocji, dał się poznać akademikom z badań dróg oddechowych. Średniego wzrostu, z szerokimi zakolami i zmierzwioną czupryną, stawił się przede mną w brudnym fartuchu i czepku lekarskim.

– Kapitan Evan McEllis, jak mniemam? – spytał, podając dłoń.

– Zgadza się, doktorze Cheyne – odparłem.

– Wybaczy mi pan ten strój, właśnie skończyłem zabieg.

Ruszyliśmy schodami w dół. W wąskiej sieni owiało nas zimne powietrze. Panował przeciąg. Przeszliśmy do kolejnego korytarza i minęliśmy masywne, okute stalą drzwi.

– Dzieci znajdują się tam, w ostatniej sali. – wskazał doktor. Zwrócił uwagę na moje zaciekawione spojrzenie. – Dziwi się pan temu miejscu? Kilkanaście lat temu przetrzymywano tu więźniów z powstania chłopskiego. Stąd te kraty i łańcuchy. Teraz używamy tych pomieszczeń, jako prosektorium.

– Doktorze, proszę wybaczyć, ale co pan w ogóle tutaj robi? – spytałem, ponieważ zastanawiało mnie, co naukowiec klasy Cheyne’a robił w Dublinie.

– Jestem tu od ponad dziesięciu lat, panie McEllis. Przeniosłem się, by prowadzić badania i praktykę lekarską. Pracowałem w szpitalu Meath, lecz trzy lata temu mianowano mnie głównym lekarzem sił zbrojnych w Irlandii. Od tamtej pory nie mam czasu na praktykę ani badania. Służba królewska – dopowiedział z przekąsem. – Moja praca polega teraz na negocjowaniu z politykami funduszy. A, proszę mi wierzyć, to o wiele trudniejsze, niż trepanacja czaszki. – Cheyne zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Otwarty człowiek z poczuciem humoru, bez typowej dla naukowców pretensjonalnej arogancji.

Znaleźliśmy się na miejscu. Była to długa, niska sala, której sufit wspierały sklepienia łukowe. Tuż pod powałą, znajdowały się trzy wąskie świetliki, przez które wpadało blade światło. Sala była bardzo chłodna. Znajdowała się od północnej strony, dlatego nie ogrzewało jej słońce. Okryte prześcieradłami ciała leżały na stołach pod ścianą.

– Zaczynamy? – zaproponował Cheyne, podając mi maskę i fartuch. Zapach panujący na sali był trudny do zniesienia.

Zaczęliśmy od przygotowania się do sekcji. Na jednym z pustych stołów rozłożyliśmy narzędzia, mikroskop, chemikalia. Przygotowaliśmy naczynia na odczynniki, części ciał, próbki tkanek oraz dużą misę z wodą. Na drugim stole ustawiłem przybory piśmiennicze oraz czyste kartki do prowadzenia notatek. Zapaliliśmy lampy i zwróciliśmy się w stronę ciał. Leżały w kolejności od pierwszego morderstwa do ostatniego.

– Od którego chciałby pan zacząć? – Zagadnął Cheyne.

– Może od tego – zaproponowałem, wskazując na pierwsze w kolejności ciało. Zawiązałem maskę.

Przesunęliśmy stół na środek sali i zdjęliśmy prześcieradło. Buchnął w nas odór zgnilizny. Zwłoki były w opłakanym stanie. Na pierwszy rzut oka dało się zobaczyć znaczne ubytki w tkance mięśniowej. Ponadto, ponieważ ciało zakopano dość głęboko, pod wpływem ciężaru wilgotnej ziemi, zostało nienaturalnie sprasowane. Aby choć na chwilę odetchnąć, podszedłem do stołu z kartkami i zanotowałem pierwsze spostrzeżenia.

– Chłopiec – powiedziałem – wiek około siedmiu, ośmiu lat. Znaleziony w dniu jedenastego kwietnia tysiąc osiemset dwudziestego trzeciego.

– Tak – potwierdził Cheyne. – Niewiele się tutaj dowiemy. Ciało zgniecione masą ziemi, z tego, co widzę – powiedział, odrywając od klatki piersiowej grudę ziemi – wilgotną i ciężką gliną.

Zanotowałem.

– Zagrzebane przynajmniej dziewięć stóp pod ziemią, warstwą ziemi, na której ułożono kolejne zwłoki. Na to znowu warstwa ziemi i tak dalej.

– Rozumiem. Proces gnilny bardzo zaawansowany – podjął Cheyne po chwili. – Może nie byłoby tak źle, gdyby nie pochowali ciała z otwartymi ranami, co dało swobodny dostęp do mięśni i wnętrzności insektom ziemnym. Prawdziwa uczta dla robali.

Cheyne rozchylił szczypcami płat skóry, swobodnie opadający do zapadniętej jamy brzusznej, w której trudno było wyodrębnić poszczególne narządy. Brunatno zielonkawa maź ohydnie śmierdziała. W środku swobodnie wiły się larwy i żuki. Starałem się nie przyglądać zbyt dokładnie.

– Proces pogłębiony przez pleśń i aktywność bakterii. Nawet nie da się zrobić wymazu z żołądka.

Zanotowałem wszystko, co doktor powiedział i zapytałem: – Przyczyna zgonu?

Cheyne przyjrzał się zwłokom. Delikatnie wsunął rękę pod głowę, powoli obrócił w lewo i prawo, powodując obrzydliwy chrzęst. Następnie zbadał spłaszczoną klatkę piersiową, potem przyjrzał się kończynom.

– Żadnych widocznych obrażeń czaszki, hm… Najprawdopodobniej ubytek krwi. Trudno powiedzieć z całkowitą pewnością. Ciało jest zbyt uszkodzone. Oczywiście, ewidentną przyczyną krwotoku było pogryzienie. Spojrzy pan kapitan tutaj i tutaj. W tych miejscach najwyraźniej widać odcisk szczęk.

Podszedłem z cyrklem i miarką, zmierzyłem szerokość ran, naszkicowałem ich wygląd.

– Zwierzę o ostrych kłach, duży pies lub wilk – ocenił doktor. – Z pewnością dorosłe osobniki, wskazuje na to rozstaw szczęk.

Zanotowałem wyniki pomiarów. Cheyne jeszcze przez chwilę oglądał ciało, po czym stwierdził, że dalsze badania nie mają sensu.

– Ewentualnie – mówił – jeżeli następne wykażą równie mało, będziemy mogli zacząć od nowa i zbadać starsze ciała dokładniej.

Zrobiliśmy jak zasugerował. Odstawiliśmy stół na miejsce. Następne zwłoki były w podobnym stanie. Chłopiec pięcio, sześcioletni, odnaleziony dziewiętnastego kwietnia. Dokonaliśmy pomiarów ran, które były identyczne z poprzednimi. Zdaniem Cheyne’a, zostały zadane przez ten sam gatunek zwierzęcia. Bylibyśmy już przeszli do trzeciego ciała, lecz Cheyne coś zauważył.

– Panie kapitanie – zwrócił moją uwagę, gdy kończyłem uzupełniać notatki. – Proszę tu spojrzeć.

Podszedłem bliżej. Doktor przyglądał się nodze dziecka. Miejsce, które mi wskazał, znajdowało się poniżej kolana, gdzie wyszarpana skóra i mięśnie odkrywały gołą kość piszczelową.

– Spojrzy pan – wskazał lekarz – na to podłużne zgrubienie na kości. Kilka cali poniżej rzepki, widzi pan?

– Widzę. Ślad po starym złamaniu?

– Ewidentnie – przytaknął. – Było to skomplikowane złamanie, niewłaściwie zrośnięte. Kość nie została odpowiednio złożona. Takie coś należałoby złamać na nowo i powtórzyć leczenie. Ehem… no, oczywiście za życia. I to jak najszybciej po złamaniu. Dla pana informacji, dziecko to prawdopodobnie kulało przez długi czas po zdjęciu opatrunku. O ile taki oczywiście był. Tego typu krzywe zrosty bardzo negatywnie wpływają na motorykę mięśni i stawów. Powodują różne bóle i zapalenia. To może być dla pana wskazówka, prawda?

– Zawsze to jakiś element z historii dziecka, który może pomóc w jego identyfikacji. To będzie chyba pierwsza prawdziwa wskazówka, jaką udało się w tej sprawie zdobyć.

Cheyne spojrzał na mnie, przykrył dziecko prześcieradłem.

– Panie McEllis – powiedział – mogę o coś spytać?

– Jak najbardziej.

– Niech teraz pan powie, co tu robi? Bo widzi pan, mieszkam w tym kraju od wielu lat i znam panującą tu sytuację. Przyznam, że obecność brytyjskiego oficera, wymuszona prowadzeniem śledztwa w takiej sprawie, to coś niezwykłego. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie chodzi o to, że nie wierzę w pana spryt i zdolności dedukcyjne. Wiem, że pan również jest naukowcem, prawda?

– Raczej hobbystycznie, niż zawodowo. I nie obrażam się wcale. Zastanawia mnie tylko, dlaczego wszyscy naokoło ciągle mnie o to pytają. Nawet pomimo faktu, że jestem tu na prośbę Lorda Namiestnika, a król Jerzy osobiście wybrał mnie do tego zadania. Czy to nie dowodzi zainteresowania brytyjskich władz tą sprawą?

– Panie McEllis, widzę, że jest pan wiernym poddanym korony i wierzy pan w skuteczność naszego systemu prawnego.

– Czy pan coś sugeruje?

– Nic nie sugeruję. Mówię tylko, że pana obecność dowodzi zainteresowania sprawą nie władz, lecz dwóch osób o wspólnych zapatrywaniach na kwestię katolików w Irlandii. Mam na myśli króla i Wellesleya. Reprezentują oni pewne stronnictwo. Stronnictwo to ma konkretne polityczne cele, którym sprawa tych dzieci może bardzo zaszkodzić. Istnieje przy tym stronnictwo przeciwne temu pierwszemu, które, niestety dla pana, ma realną władzę w tym kraju.

– Proszę mówić dalej.

– Jesteśmy ludźmi honoru.Biorę, więc pana na słowo, że rozmawiamy tylko i wyłącznie między nami, tak?

– Słowo oficera.

– Proszę, więc posłuchać. Lord Wellesley jest tu dopiero od dwóch lat, a już jest bardzo niepopularny wśród władz. Nominowanie go było częścią kampanii króla na rzecz równouprawnienia katolików, a ta z kolei kampania była częścią innej, szerszej akcji, związanej z walką polityczną w samym Londynie. W momencie pojawienia się w Dublinie namiestnika sprzyjającego katolikom, w opozycji politycznej podniosło się larum. Czyli wśród protestantów. Z początku zarzucali mu tylko lenistwo, bo żadnej solidnej reformy nie przeprowadził. Potem zaczęto wyciągać brudy z jego przeszłości, z czasów, gdy był wicekrólem Indii. Niech pan, więc zrozumie, że jego pozycja tutaj jest bardzo trudna i nie każdy jego rozkaz jest entuzjastycznie wykonywany. Weźmie pan chociaż reformę policji i stworzenie konstabularki. Nawet sami Irlandczycy krytykowali ten pomysł, a co dopiero protestanci. Ale najgorsze dla pana, panie McEllis, jest to, że realizacja planów Wellesleya oznacza ograniczenie praw i władzy mniejszości, która dzierży ster tego kraju na każdym szczeblu. Każdy magistrat, każda baronia, nawet komisje do spraw przebudowy ulic czy oświetlenia miasta. Wszystkie te organy są w ręku protestantów, często oranżystów. Proszę więc się nie dziwić, gdy napotka pan silny opór ze strony urzędników. Bo raz, że irlandzkie dzieci nic dla nich nie znaczą, a dwa, że brak postępów w pańskim śledztwie oznacza kompromitację Lorda Namiestnika i jego polityki. Myśli pan, że zaskoczyła mnie pańska wczorajsza napaść na szpital? Gdzie pan był wcześniej? Na Zamku?

– Zgadza się.

– No właśnie. Tego typu drobiazgi będą prześladować pana cały czas, a one strasznie utrudniają pracę. Założę się o dużą stawkę, że Wellesley nawet nie słyszał o pańskiej wizycie, a rozkaz wydał ktoś z otoczenia lorda, komu pańskie działania się nie podobają. Lord się wścieknie na wieść o zdarzeniu, lecz na usprawiedliwienie dostanie bajkę w rodzaju „nie chcieliśmy zakłócać snu waszej miłości”. I już za późno, bo awantura się odbyła, spokój szpitala naruszony, ktoś znowu pana nie lubi.

– Chyba tak.

– Miał pan szczęście, że trafił na mnie, bo ja rozumiem sytuację, dlatego nie poszła żadna oficjalna skarga. Zdążyłem już wcześniej usłyszeć o panu i tylko czekałem, kiedy się spotkamy.

– Dziękuję za szczerość – rzekłem. – To, co pan powiedział, potwierdza obraz sytuacji, jaki powoli mi się rysował. Jestem raptem kilka dni w Dublinie, a już zostałem wplątany w polityczną walkę na szczeblu państwowym. A myślałem, że będzie to zwykła sprawa kryminalna.

– Jedyny komfort to fakt, że może się pan zasłaniać swoją jasno określoną funkcją. I listem żelaznym od króla. Wypróbowałem tę taktykę wielokrotnie.

Zaczęliśmy badanie trzeciego ciała. Zwłoki dziewczynki znajdowały się w nieco lepszym stanie. Nie były zgniecione ciężarem ziemi, przynajmniej nie tak bardzo, jak poprzednie. Stan rozkładu i obrażeń był podobny. Żadnych znaków szczególnych. Czwarte dziecko zajęło nam więcej czasu. Zwłoki nie były w tak mocnym rozkładzie.

– Rany cięte na klatce piersiowej i kończynach górnych – wyrecytował Cheyne – zadane drobnym, ostrym narzędziem. Gdybym miał zgadywać, a rozumiem, że mam? – spytał spoglądając na mnie. Przytaknąłem. – Powiedziałbym, że skalpel. Miejsca nacięć całkiem nieźle zakonserwowane, jak na tak długi czas w ziemi. Proces gnilny spowolniony w okolicy ran. – Doktor pobrał odrobinę tkanki mięśniowej z rany wokół sutka dziewczynki. Podszedł do stolika, umieścił próbkę na szkiełku i zasiadł do mikroskopu. Zanim spojrzał w okular, na oddzielnych szkiełkach ułożył mniejsze wycinki, każdy polał innym odczynnikiem. Milczał przez dłuższą chwilę.

– Przyznam – zaczął – że jestem pod wrażeniem tego ekwipunku, panie McEllis. Mało, który hobbysta posiada tak doskonale wykalibrowany mikroskop i tyle różnych odczynników. Mogę spytać, do czego pan tego wszystkiego używa?

– Zajmuję się antropologią, mam w tym kierunku wykształcenie.

– Zatem nie jest pan hobbystą. Proszę nie być tak skromnym.

– Dziękuję. Niestety nie było mi dane poświęcić się pracy naukowej. Wiele lat spędziłem w służbie.

– Służbie?

– Na wojnie.

– Hm… no tak – powiedział Cheyne, zaglądając ponownie w okular.

– A tych rzeczy – mówiłem dalej – używałem do badania różnego rodzaju znalezisk z odległych epok. Zaskakujące, jak wiele można się dowiedzieć o życiu naszych przodków, analizując budowę prostych narzędzi, nawet tych kamiennych.

– To fakt. Czyli jest pan również archeologiem?

– Wtórnym. Analizuję to, co inni wygrzebią z ziemi.

– Niech pan więc nie zapomina o swojej pasji. W dobie dzisiejszego postępu każda praca jest istotna.

– Mam taką nadzieję. Szczerze mówiąc myślałem kiedyś, żeby przenieść się do Stanów Zjednoczonych i zająć analizą kultur Czerwonoskórych.

Cheyne podniósł się znad mikroskopu, spojrzał na mnie i powiedział:

– Brzmi wspaniale. Jeżeli kiedykolwiek postanowi pan zrealizować ten plan, proszę dać mi znać. Polecę pana mojemu przyjacielowi z Uniwersytetu Harvarda. Póki, co mam dla pana parę faktów. Nie wiem, z kim mamy do czynienia – powiedział przybierając bardzo poważną minę – ale to z pewnością psychopata. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że dziecko przed śmiercią było torturowane. Nacięcia wykonano jeszcze za życia, w miejscach silnie unerwionych. Cięcia były płytkie, nie powodowały groźnych krwotoków, a jedynie piekielny ból. Mało tego. Po zadaniu ran, a przed zatamowaniem krwawienia, rany posypane zostały solą i polane alkoholem. Zabezpieczyło to tkankę przed szybkim rozkładem. I z pewnością spowodowało wielkie cierpienie.

Cheyne wrócił do ciała. Pochylił się nad głową. Chwycił namoczoną szmatkę i oczyścił z ziemi okolicę ust. Twarz dziecka wyglądała szkaradnie. Oczodoły były sine i puste, wargi wybrakowane i wyschnięte, zęby odkryte. Cheyne rozchylił żuchwę, zajrzał do środka.

– Dziewczynka nie była zakneblowana, zatem z pewnością głośno krzyczała.

Następnie zajęliśmy się nogami dziecka.

– No tak. Proces gnilny spowolniony zwęgleniem tkanek. Musiała długi czas stać w ognisku, zwęglenie postępuje od stóp, gdzie jest znaczne, aż do dolnych partii brzucha, gdzie występują silne poparzenia.

Cheyne obejrzał dłonie i ręce.

– Widzi pan te bruzdy? Musiała być związana w momencie śmierci. Teraz przyczyna śmierci. Chyba już wiem, lecz upewnijmy się, dobrze?

– Oczywiście – powiedziałem z odległości. Musiałem na chwilę podejść do świetlika, żeby pooddychać świeżym powietrzem.

– Panie McEllis, proszę nie podglądać nóg moich pielęgniarek – zażartował doktor. Usłyszałem za sobą chrupot łamanych kości. Odwróciłem się od ściany i wróciłem do stołu. Cheyne zdążył otworzyć klatkę piersiową. Gdy podszedłem, oglądał właśnie sino zielone płuca. Wyciął kawałek zewnętrznej powłoki, dokładnie obejrzał przy świetle lampki.

– Jaka przyczyna śmierci? – zapytałem, czując dławienie w gardle.

– Zaczadzenie – stwierdził. – Dziecko spłonęło na stosie. Wpierw torturowane, następnie związane i wstawione w ogień. Prawdopodobnie odcięte, gdy przestało krzyczeć. Już po śmierci. W porównaniu z poprzednimi ofiarami, to dziecko wycierpiało o wiele więcej.

Zrobiło mi się słabo. Zatoczyłem się w miejscu, klapnąłem na ziemię. Cheyne doskoczył do mnie, chwycił pod pachy i wyprowadził na korytarz.

– Siądzie pan tu – powiedział, podsuwając drewniany zydelek – i zaczeka na mnie. Skończę sekcję ostatniej ofiary sam, dobrze?

Przytaknąłem. Kręciło mi się w głowie, krew odpłynęła mi z twarzy. Byłem słaby, jak dziecko i ciężko mi się oddychało. Starałem się wyrównać oddech i dojść do siebie, lecz nie było łatwo. Ciągle miałem przed oczami wyszczerzoną twarz dziecka. Trochę to potrwało zanim odzyskałem siły. W międzyczasie Cheyne wyszedł z sali trzymając w ręku notatki.

– Skończyłem. Może wyjdziemy na zewnątrz?

Spacerowaliśmy po trawniku przed szpitalem. Panująca wokół atmosfera spokoju i czyste powietrze podziałały orzeźwiająco.

– Mówi, więc pan, panie doktorze, że piąte dziecko zginęło w ten sam sposób, co czwarte, tak?

– Dokładnie. Ze względu na ich, powiedzmy „świeżość”, było mi jeszcze łatwiej potwierdzić wynik badań. Zrobiłem też panu wymaz treści żołądka. Jeżeli ta informacja do czegokolwiek się przyda, to dziecko dwa lub trzy dni przed śmiercią zjadło ziemniaki w polewie z ciemnego portera. 

– Dziękuję panu. Wreszcie wiem coś, co może pomóc. To prawdziwy przełom.

– Zawsze do usług, panie McEllis.

– Przy okazji – zagadnąłem. – Czy to pan wykonał sekcję zwłok sir Sherrarda?

*

Plac między budynkami Trinity College i Banku Irlandii wypełnili przechodnie. Przez bramę uniwersytetu przelewali się różnej maści naukowcy, studenci i wykładowcy. Był to kolorowy tłum, w którym dominowały najnowsze trendy w modzie. Wśród mężczyzn przeważały dobrze dopasowane surduty z odcięciem w talii oraz różnego rodzaju fraki, niektóre zapinane na jeden guzik, inne na trzy lub cztery. Wyraźnie rzucały się w oczy klasyczne dodatki, takie jak laski o zgrabnie profilowanych rączkach i zegarki kopertowe. Co bogatsi panowie prezentowali się w dwurzędowych frakach, lecz te mogły wydać się pretensjonalne o tej porze dnia. Kolorem tego sezonu był zielony i granatowy morski, choć tradycyjne kraty nadal mieściły się w tym, co stylowe. Mimo wysokiej temperatury, panowie częstokroć nosili płaszcze. Te najbardziej stylowe miały dodatkowe peleryny, sięgające łokci lub nawet bioder, bardzo przydatne w przypadku deszczu. Jednak dzień, wbrew przepowiedniom uniwersyteckich meteorologów i knajpianych reumatyków, zapowiadał się wyjątkowo ładnie i ciepło. Wczorajsza ulewa pozostawiła po sobie jedynie szybko parujące kałuże i przykrywające bruk płachty piachu. Cóż z tego, skoro moda jest modą i ma swoje wymagania. Dlatego mało kto decydował się na zrzucenie dodatkowych okryć, a już z pewnością nikt nie śmiałby zdjąć wysokich cylindrów, które od początku wieku zdominowały wyspiarskie salony. Wespół z pasiastymi bryczesami, wydłużały sylwetkę, nadając jej prawdziwie męskiego wizerunku. Tylko młodsi, mniej obyczajni, paradowali z odkrytymi głowami, w kraciastych kamizelkach i rozwiązanych szarfach. Zestwa krótkich spodni i wąskich pantofli miał świadczyć o przynależności do nowoczesnej i postępowej społeczności uniwersyteckiej. Oczywiście przez plac przewijały się również damy. Ich suknie, zgodnie z najnowszymi kierunkami w modzie, odcięte były wysoko ponad talią, co wydłużało sylwetkę. Zakończone różnobarwną pasmanterią, sięgały kostek lub jeszcze dalej, ciągnąc się po ziemi. Młodsze z nich prezentowały odkryte ramiona, co wywoływało zgorszenie wśród starszych dam, zapiętych wysoko pod szyją. Niektóre panie skrywały ramiona pod chustami lub potrójnymi kołnierzami. Popularne były również pufki na rękawach i zgrabne czepki, zdobione kwiatami i kolorowymi wstążkami. Bogatsze damy nosiły kapelusze o podniesionych, rozłożystych rondach, które obciążały bogate kompozycje kwiatów, aksamitek i lamówek. Niemodne i przestarzałe kreacje, zdarzały się głównie wśród biedoty. Stojąca pod pomnikiem Wilhlema Trzeciego starsza kobieta, próbowała sprzedawać jabłka. Wyglądała jak obiekt muzealny, ponieważ jej brudna i nieświeża suknia z pewnością pochodziła z zeszłego stulecia. Wiązany na plecach gorset zwężał się ku dołowi, po czym wyraźnie rozszerzał na biodrach, przechodząc w plisowaną spódnicę. Kobieta spięła włosy w kok i okryła wełnianą chustą. W tłumie skupionym wokół placu, sterczał stary mężczyzna, który prócz wyświechtanej, skórzanej kurtki, nosił staromodny trikorn. Z grymasem niezadowolenia na twarzy, wyglądał jak pirat z powieści przygodowej Jonathana Swifta. Jego intensywny zapach wskazywał na zaawansowany stan upojenia alkoholem. Opierał się o długi kij, bez którego niewątpliwie padłby plackiem.

Shaun obserwował pijaka z rozbawieniem. Zastanawiał się, kiedy wreszcie straż zorientuje się, w czym rzecz. W tym wypadku nie potrwało to długo. Jeden z umundurowanych żołnierzy sił porządkowych znienacka dopadł pijaka, który ukradł już kilka sakiewek. Zamieszanie, spowodowane aresztowaniem, odwróciło na chwilę uwagę gapiów od przemawiającego młodziana. Mówca odzyskał swoją widownię, gdy strażnicy zawlekli biedaka w boczną uliczkę. Odgłos pałowania nie był już wystarczająco ciekawy, zatem przemówienie trwało w najlepsze. A dotyczyło równouprawnienia katolików w Irlandii. Dziewiętnasto, może dwudziestoletni republikanin z ogromnym przekonaniem opowiadał o sukcesach powstałego raptem dwa tygodnie temu Stowarzyszenia Katolików. Namawiał do wstępowania w szeregi grupy, podkreślał jak ważne jest osobiste uczestnictwo w akcji oraz miesięczna składka w wysokości jednego pensa. Zapowiadał również nadchodzącą falę protestów, która miała zmusić Brytyjczyków do podpisania aktu emancypacji. Monolog zamienił się w ożywiony dialog, gdy starszy, bogato odziany mężczyzna zauważył, że nie ma co chłopaka słuchać. Dżentelmen argumentował, że jeśli chce się kogoś poprzeć, to najlepiej ideę protestanckiej dominacji i związane z nią organizacje. Republikanin odpowiedział zarzutem o służalczości angielskiemu królowi, a w odpowiedzi usłyszał, że jest gówniarz i nic nie rozumie. Dyskusja niewątpliwie skończyłaby się bijatyką, lecz w porę zjawili się panowie z sił porządkowych. Chłopak nawet nie mrugnął, kiedy chwycili go pod ręce. Podniósł się krzyk. Tłum podzielił się na dwie grupy, z których jedna wyrażała aprobatę dla akcji strażników, a druga zagotowała się ze złości na widok ewidentnego ograniczenia wolności słowa i wyznania.

Tymczasem Shaun, korzystając z zamieszania, przemknął wśród zebranych. Zręcznie ukradł ze stoiska jabłko, opluł plecy oficera armii brytyjskiej i lawirując między przechodniami, stanął obok wysokich jońskich kolumn, wieńczących zachodni portyk banku. Kręcił się tam dłuższą chwilę, obserwując otoczenie. Bacznie uważał na patrole i starał się nie zwracać na siebie uwagi. Wreszcie zobaczył wychodzącego z budynku człowieka. Mężczyzna wyglądał na pięćdziesiąt lat, był niski i przy tuszy. W ręku trzymał czarną laskę, zakończona srebrną głowicą w kształcie królewskiego lwa. Granatowy frak o długich ogonach nie miał najmniejszych szans na opięcie pękatego brzucha. Jegomość otarł pot z czoła i ruszył w stronę uczelni Trinity, po czym skręcił w prawo, w Grafton Street. Shaun ostrożnie podążył za nim, czekając na odpowiedni moment. Toczące się po bruku dorożki powodowały nieznośny hałas. Wreszcie, gdy mężczyzna zatrzymał się przy witrynie sklepowej, chłopak zebrał się na odwagę i podszedł bliżej.

– Panie Clinch – zagadnął Shaun.

Zaskoczony mężczyzna odwrócił się do chłopca i uśmiechnął.

– Shaun, mój drogi – powiedział, łapiąc chłopaka za ramię. Odciągnął go w boczną aleję i szybko rozejrzał.

– Nie mogłeś wybrać lepszego miejsca? – spytał, podenerwowany.

– Tu będzie najlepiej. Proszę mi wierzyć – odparł Shaun – chodzę za panem od dwóch godzin. Wiem, co mówię.

– Od dwóch godzin? Żartujesz?

– W życiu. Był pan w zamku, potem na Fishamble Street – recytował Shaun. – W sklepie pana Mangana został pan na dłuższą chwilę i wypił kawę. Omawialiście jego zadłużenie. Potem udał się pan do banku, stamtąd ruszył tutaj. Proszę mi wierzyć. Wszędzie było za mało ludzi, żeby porozmawiać. W sklepie przecież nie podszedłbym, bo pan Mangan aż tak zawiany opium nie był, żeby mnie nie zauważyć.

Christopher Clinch, regularny członek ławy przysięgłych hrabstwa Dublin, chełpiący się nieposzlakowaną reputacją, spojrzał na Shauna badawczo, po czym buchnął szczerym śmiechem. Shaun zdziwił się, lecz nie tracił rezonu. Przyzwyczaił się już do ekscentryzmu bogaczy.

– Mój drogi – powiedział Christopher. – Wróżę ci świetlaną przyszłość. Z takim sprytem zostaniesz wspaniałym handlowcem. Albo szpiegiem. Dobrze, dość żartów, powiedz czy masz coś dla mnie?

– Oczywiście – zapewnił Shaun i z kieszeni kamizelki wyjął fiolkę z brązowego szkła. – Proszę.

Clinch nawet nie spojrzał na prezent, tylko schował szybko. Odliczył kilka monet i wręczył chłopcu.

– Jeden funt, jak obiecałem, plus pięć szylingów ekstra ode mnie. Te są tylko dla ciebie mój miły.

– Dziękuję bardzo – powiedział chłopak. – Mam jeszcze panu przekazać, żeby żona przygotowała się na silne bóle. To nie będzie chlap i po wszystkim. Przeleży kilka dni w boleści, lecz potem będzie już spokój. Proszę podawać ciepłe zioła i pozwolić dużo spać. Powinna dużo pić, ale jeść nie będzie chciała.

– Dziękuję ci chłopcze, dziękuję bardzo. Przekaż panu O’Brienowi, że jestem wdzięczny dozgonnie. Podejrzewam, że uratował mojej żonie życie. Gdyby nie zjawił się na czas i nie zbadał jej, Bóg jeden wie, co by się mogło zdarzyć.

– A nie ma sprawy, Liam zawsze chętny do pomocy. Ale mam jeszcze jedną małą prośbę, gdyby pan się zgodził coś dla nas zrobić.

– Słucham młodzieńcze.

– No, bo pan przebywa często na Zamku i ma kontakty, prawda?

– Mój miły, nie chciałbym się mieszać w te sprawy.

– Nie, nie – zapewnił Shaun – to nic strasznego. Chodzi tylko o małą informację. W zeszłym tygodniu przybył do miasta oficer brytyjski, Evan McEllis. Słyszał pan coś?

– Owszem, na Zamku dużo mówi się o nim. Prowadzi śledztwo w sprawie zamordowanych dzieci. Zdążył już zrobić sobie opinię pieniacza.

– Aha, a czy pan wie może gdzie on mieszka? Chcielibyśmy się z nim skontaktować.

– No, nie wiem, to trochę ponad moje możliwości.

– Proszę pana, to bardzo ważne. Bo chodzi o to, że mamy dla niego informacje, lecz wolimy się za bardzo nie wychylać, pan rozumie.

– Wiem, że siły porządkowe i armia poszukują pana O’Briena. No dobrze, niech będzie. Spróbuję dowiedzieć się czegoś na jutro. Zostawię wiadomość tam gdzie zwykle.

Shaun podziękował i zostawił Clincha. Pobiegł wzdłuż Grafton Street w stronę parku. Wiele z kamienic tej ulicy było świadkami okrucieństw wojen jakobickich z końca siedemnastego wieku. Inne, młodsze, oglądały zmagania patriotów irlandzkich z końca osiemnastego wieku. Wespół z Sakcville i Dame Street, były głównymi arteriami miasta, na których mieściły się filie brytyjskich i europejskich banków oraz zakłady najznamienitszych rzemieślników. Shaun mijał po drodze spieszących w interesach bankierów, wytwórców zachwalających produkty, patrol różnorodnie umundurowanych żołnierzy sił porządkowych. Wpadł na przechadzającą się w towarzystwie niesfornych bliźniaków damę, kopnął stojącego na drodze żebraka, którego zaraz przeprosił i pobiegł dalej. Wyminął zatłoczone King i York Street, gdzie handel kwitł w najlepsze. Po lewej stronie rysowała się zielona przestrzeń parku St. Stephen’s. Długi na prawie pół mili, był zielonym centrum miasta, gdzie wiekowe drzewa dawały schronienie i ciszę tylko wybranym. Shaun wielokrotnie zakradał się tam, żeby zanosić różne drobiazgi strażnikom. Począwszy od flaszki whiskey, przez tytoń, czasem jakieś lekarstwa od Liama. 

Po opuszczeniu zatłoczonej okolicy parku, chłopak przebiegł Harcourt Street. W prześwitach między budynkami malowały się bogate i kolorowe ogrody Cobourg. Shaun skręcił w prawo, przemknął przez ciasną Montague Street, na której porozwieszane między kamienicami sznurki stanowiły idealne miejsce do suszenia ubrań, barwionych tkanin oraz bezpieczną przystań dla gołębi. Ledwo uniknął śmierci pod kołami wyładowanego beczkami wozu, gdy wpadł na Camden Street. Korpulentny woźnica już chciał skląć chłopaka, lecz poznał go i krzyknął:

– Shaun, do jasnej cholery!

– Cześć, George – przywitał się młodzian, poklepując karego konia po boku. – Jedziesz na południe? Zabierzesz mnie? Wyskoczyłbym przy barze.

– Pewnie, wskakuj – powiedział łysy woźnica. Tak naprawdę nie był całkiem łysy. Na potylicy sterczało mu kilkanaście siwych włosów. Miał twarz poczciwca, upstrzoną dziobami po ospie. Wielki czerwony nos stanowił ukoronowanie jowialnej fizjonomii. Odsunął się na bok i podał chłopakowi rękę. Shaun zasiadł na koźle.

– Jak dzieciaki? – zagadał Shaun.

– Dzieciaki? – zaśmiał się George. – Mój najmłodszy jest w twoim wieku.

– No, ale to nadal twoje dzieci, nie?

– Racja. No dobrze, trzymają się nieźle. Vincent wyemigrował do Ameryki. Pisał ostatnio, że dostał pracę w teatrze. Uważasz? Mój Vino aktorem. Cholera, kto by pomyślał? Fion pracuje ze mną w pubie, Adrian zaciągnął się na barkę i pływa po Liffey. A John kończy właśnie szkółkę i pomaga w barze.

– A Eleanor? – spytał nieśmiało Shaun.

George znowu się zaśmiał. Był to pogodny człowiek.

– Zawsze pytasz o moją córkę. Chyba muszę jakiś posag dla ciebie szykować, co?

Chłopak oblał się rumieńcem i odwrócił głowę. Przypomniał sobie jak w zeszłym roku, podczas festynu majowego na Finglas, został przyłapany na próbie całowania dziewczyny. George zrugał ich oboje, a Shauna wytargał za uszy i odprowadził do sierocińca.

– Eleanor ma się dobrze – oznajmił George.

– Aha – westchnął Shaun. – To fajnie. Pozdrów ją ode mnie, dobrze? – Chłopak podniósł się na koźle. – To do następnego George! – krzyknął i zeskoczył z wozu. Stanął naprzeciw fasady niedużego, staromodnego budynku z jednym piętrem. Nad wejściem widniał wymalowany złotymi literami napis „Pod Krwawym Koniem”. W drzwiach stało kilku starszych, lekko zawianych mężczyzn, gorąco dyskutujących efekty zeszłotygodniowych zamieszek w Meath. Każdy z nich miał oczywiście własną teorię na temat przyczyn i skutków wydarzeń, a przekrzykiwali się tak zapalczywie, jakby zależało od tego bezpieczeństwo całego królestwa.

Nikt nie pamięta skąd wzięła się nazwa lokalu, lecz wśród stałych bywalców krążyły dwie legendy. Pierwsza mówiła, że na początku zeszłego wieku, zajmowano się tutaj końmi po forsownych trasach. Tym najbliższym zamęczenia upuszczano krwi zza uszu. Druga teoria głosiła, że po zwycięstwie nad rojalistami, Oliwier Cromwell odstawił tu na leczenie ranne rumaki, których krew poznaczyła drewnianą posadzkę baru. Niezależnie od pochodzenia nazwy, miejsce sławne było również z innej historii. W latach dziewięćdziesiątych zeszłego stulecia, właściciele lokalu chętnie udzielali schronienia oddziałom Zjednoczonych Irlandczyków, którzy snuli swoje plany zniesienia brytyjskiej dominacji. „Pod Krwawym Koniem” był jednym z niewielu lokali w mieście, który miał prawo do otwierania wczesnym rankiem. Był to ostatni pub w Dublinie na drodze prowadzącej do Ranelagh i Dundrum, gdzie rolnicy sprzedający swoje plony na miejskich rynkach, zatrzymywali się na poranne piwo.

Wnętrze było dobrze oświetlone i przestrzenne, lecz chwilowo puste. Zbliżała się „święta godzina”, która oznaczała chwilę spokoju i wytchnienia dla obsługi. Shaun rozepchnął dyskutujących panów i wkroczył do środka. Podszedł do masywnej lady, pozdrowił barmana, a ten kiwnął głową w kierunku przejścia. Shaun nie skorzystał z drzwiczek, przeskoczył nad barem. Wszedł na zaplecze, gdzie znajdował się ukryty w podłodze właz. Kucnął i zastukał, dwa razy szybko, trzy razy wolno.

– To ja! – krzyknął.

– Wchodź – zadudnił głos z dołu. Shaun otworzył klapę i zszedł po drabinie do piwniczki. 

Liam siedział przy stole. Blat zastawiony był woreczkami z ziołami, fiolkami i słoikami. Pomiędzy nimi kiwała się mała mosiężna waga, kilka drobnych odważników oraz moździerz.

– Wszystko w porządku? – zapytał Liam.

– Tak. Clinch kazał mocno podziękować. Mówił, że jest wdzięczny, za uratowanie życia żony, bo gdyby nie ty, to…

– Mogłaby miesiąca w pełni nie zobaczyć – dokończył Liam. – Wiem. Cóż, jak się w tym wieku w ciążę zachodzi to pewnie, że można kopnąć w kalendarz. Dobrze, pójdziesz teraz do matki Augustyny i zaniesiesz jej te lekarstwa – powiedział, wciskając chłopcu pudełko z fiolkami. – Potem na Sackville do kawiarni pana Hope, dasz tą maść jego matce. Ale ma tym razem zapłacić, nie będziemy znowu czekać cały miesiąc. Stamtąd podskocz do baru na rogu Abbey Street. Przepytasz szefostwo, co się dzieje, bo chcą mnie tam wołać, żeby duchy wyganiać. A tu masz listę sprawunków. Clinch zapłacił?

– Bez problemów, jak zawsze.

– Żeby każdy taki był – westchnął zielarz. – Starczy ci tego na zakupy. Dorzucił coś ekstra?

– Jasne.

– Chwali się, chwali. No dobrze. A co z tym Angolem?

– Clinch powiedział, że spróbuje się dowiedzieć. Zostawi tutaj wiadomość, może nawet jutro.

– Dobrze. Chciałbym się przyjrzeć temu człowiekowi – podsumował Liam.

*

O’Toole przyglądał mi się uważnie. Sapał jak żubr na rykowisku, krople potu spływały po czole. Nogi drżały mu ze zmęczenia i wściekłości. Szablę trzymał niezgrabnie i za bardzo wychylał się do przodu. Stojąc w lekkim rozkroku, czekałem na atak. Trwałem niewzruszony, podczas gdy konstabl starał się złapać oddech. Kurz zdążył opaść ziemię.

Szerokość placu treningowego wyznaczały drewniane paliki. Kilkanaście jardów wzdłuż i wszerz w zupełności wystarczyło, aby kilka osób toczyło jednocześnie pojedynki. Ja jednak cały czas trzymałem się środka, zmuszając O’Toole’a do krążenia wokół mnie. Pozostali konstable zziajani, zakurzeni i spoceni, zalegli wokół placu, nie bacząc na kąśliwe uwagi przechadzających się artylerzystów.

Rozległ się głośny okrzyk bojowy i O’Toole zamachnął się na mnie. Nie było sensu parować. Odsunąłem się na bok, skróciłem dystans i podstawiłem mu nogę. Padraig łupnął na ziemię, a że dysponował gabarytami dorodnego cielaka, był to bolesny upadek. Reszta nie miała nawet siły się śmiać. Wydzieliłem leżącemu konstablowi kopniaka.

– Baczność! – ryknąłem. – Szybko, szybko, w szereg mi tutaj! Willis! Myślisz, że to zadrapanie na nodze cię usprawiedliwia? Żwawo, bo każę kamienie w plecakach nosić! Wy pluskwy nażarte. Patrzcie tylko! Jakby się od dupy napompowali. Brzuchy wystają, gęby jak z aresztu, a ruszają się jak mendy na kutasie. I to mają być moi adiutanci, tak? Czekajcie wy tylko, zatańczymy sobie jeszcze. Smith, do kurwy nędzy, nie było spocznij!

Schowałem szablę, splotłem ręce na piersi i zmierzyłem ich spojrzeniem. Nie mieli mundurów, przez co wyglądali jak banda chłopów, oderwanych od pługa. Z trudem utrzymywali pozycję wyprostowaną.

– Dobrze – powiedziałem. – Zaczniemy od nowa. Spocznij! Teraz ustawić się w linii, tutaj, proszę, szybciej, szybciej. Ale szerzej, panowie, to nie burdel, żeby się ściskać. Dobrze. Szable w dłoń! I pozycja, panowie, pozycja.

Ruszyłem wzdłuż konstabli korygując ich postawy. W rzeczywistości nie było z nimi tak źle, postanowiłem jednak ich zmotywować do pracy nad umiejętnościami szermierczymi. A dobry wycisk zawsze się przyda.

– Brown, wyprostuj plecy. Bardziej. Trzymaj linię, o tak, widzisz? Głowa lekko w dół, lekko mówię. Dobrze. Nie pochylamy się do przodu, bo skończycie jak O’Toole przed chwilą. McManus! Co to, kurwa, balet, czy jak? Wciągnij ten bebzun, bo przejść nie mogę. Prawa noga bardziej do przodu, o tak, lewa pod kątem. Dobrze. Willis, jak trzymasz broń? To nie cycek, nie mielisz w łapie tylko trzymasz o tak, widzisz? Ale nie zaciskaj, luźno trzymaj. Nadgarstek nie może być napięty, bo łatwo cię będzie rozbroić. No dobrze, powiedzmy, że jakoś to wygląda. Teraz w pary, już! Fagan, ty ze mną. I powoli. Atak od góry i zastawa, dobrze. Pamiętajcie, co mówiłem o aktywnej zastawie. Nie brać jak babę na klatę, tylko płynnie skierować szablę przeciwnika na zewnątrz. O tak, właśnie. Teraz w drugą stronę, atak, zastawa, atak, zastawa. Dobrze. Troszkę szybciej, ale trzymajcie tempo. Macie to opanować perfekt, żeby jak obudzę w środku nocy na hasło „postawa” działać mechanicznie! Jasne? Dobrze. Atak z boku, powoli, prawa do tyłu przy parowaniu. I wymiana. Proszę bardzo, o tak, powoli, trzymać tempo, pilnować postawy, dobrze. Jeszcze tydzień i nauczycie się gdzie ostrze, gdzie rękojeść.

Trening trwał w najlepsze od przynajmniej dwóch godzin. Zaczęliśmy od solidnej rozgrzewki, potem przeszliśmy do ćwiczeń szermierczych. Miałem również w planie ćwiczenia strzeleckie, lecz wyszło na to, że skupiliśmy się na fechtunku. Żaden problem, pomyślałem, na strzelanie przyjdzie czas. Może nawet jutro. 

Otaczające nas koszary należały do brygady artylerii, dlatego było tu mnóstwo miejsca na wszelkie manewry. Patrząc w kierunku zachodnim widziało się tylko puste pola, a dalej las, nie było, więc lęku, że kogoś postrzelimy w razie prób ogniowych. Od północy, tuż za brzegiem rzeki Liffey, mieliśmy leśną ścianę parku Phoenix.

Przez następną godzinę ćwiczyliśmy kroki, ataki i parady. Szło gładko, konstable nie byli całkiem zieloni, choć wyraźnie brakowało im treningu. Mając doświadczenie militarne, wiedzieli dokładnie jak posługiwać się bronią, znali podstawy fechtunku, lecz ja chciałem, żeby byli lepsi od tego. Chciałem, żeby osiągnęli poziom ponad klasyczny trening piechoty, który każdy z nich przeszedł. Zdawałem sobie sprawę, że wymagać to będzie długiej i żmudnej pracy. Ale nie spieszyło mi się. Regularne treningi miały pomóc w utrzymaniu kondycji i dyscypliny, a jak daleko uda się rozwinąć ich zdolności, to w dużej mierze zależeć miało od przebiegu śledztwa. Im dłużej potrwa, tym więcej będzie czasu na szlifowanie zdolności. Lecz, szczerze mówiąc, liczyłem, że uda się sprawę rozwiązać jak najszybciej. Być może potem zostałbym na dłużej, żeby kontynuować trening. A zauważyłem, że miałoby to sens, ponieważ moi ludzie prezentowali poziom zapału bojowego godny zawodowych żołnierzy. To chyba taka irlandzka mentalność – upór i bitność.

Na dziedzińcu zapanowało poruszenie. Zobaczyłem tuman kurzu przy bramie wjazdowej, z którego po chwili wyłonił się oddział konnych. Czerwone mundury, czarne hełmy z daszkiem, zdobione złoconą płytą czołową i lamówkami, ukoronowane czarnymi pióropuszami. Dragoni. Na placu zakotłowało się. Zjawił się oficer artylerii w niebieskim mundurze i czarnym czako. Zamienił kilka słów, po czym wskazał na nas. Dowódca dragonów ruszył w moją stronę, podczas gdy reszta oddziału wykonała komendę „z koni”. Obserwując zbliżającego się jeźdźca, zluzowałem moich konstabli, lecz powiedziałem, żeby się nie rozchodzili. Dragon podjechał do mnie, zsiadł z konia i rozejrzał się. Poznałem go. To był ten, którego Lord Namiestnik zrugał na zamku w dniu mojego przybycia.

– Podpułkownik John Withworth – zameldował, zdjął hełm i stuknął obcasem. Gdybym przebywał w czynnej służbie, musiałbym zasalutować, jako pierwszy. Jednak teraz sytuacja miała się nieco inaczej. Musiał słyszeć o moim liście żelaznym. Podejrzewam też, że nie chciał zebrać kolejnej reprymendy za niedotrzymanie protokołu w obecności osoby w służbie króla. Nie wiedząc, dlaczego, zrobiło mi się go szkoda. Wyobraziłem sobie jak musiał się czuć oficer, którego polityk rugał w najlepsze. I za co? Za to, co robił od lat w imię korony brytyjskiej. Postanowiłem nieco odpuścić etykietę.

– Evan – powiedziałem wyciągając rękę. Withworth uśmiechnął się i przedstawił. Był wysokim, dobrze zbudowanym brunetem. Typ żołnierza, przy którym panny z dobrych domów teatralnie mdlały, a panny mniej obyczajne szybko przebierały nogami. Spod wysoko dopiętego kołnierza wystawała krzywa blizna, sięgająca poza ucho.

– Cieszę się – zagadnął John. – Dawno nie było tutaj prawdziwego żołnierza. Zdążyłem wiele o tobie usłyszeć i nie mogłem się doczekać, kiedy cię poznam.

– Mam nadzieję, że były to dobre rzeczy.

– Szczerze mówiąc – zaperzył się John – to niezbyt. Podobno jesteś brutal i pieniacz, nie szanujesz majestatu korony ani spokoju rannych weteranów.

Dziwne, pomyślałem. To wszystko dzięki jednej awanturze, która spowodowana była ignorancją strażnika. Ktoś musiał skutecznie obrobić mi plecy w towarzystwie. Doktor Cheyne miał rację, nie będzie mi łatwo przebić się ze swoimi pomysłami.

– Długo pracowałem na ten wizerunek – zażartowałem. Withworth odpowiedział uśmiechem i spojrzał na moich konstabli. Zrobił niewyraźną minę.

– To są twoi ludzie? Nie wyglądają szczególnie.

– Przeprowadziliśmy właśnie bardzo intensywny trening – wyjaśniłem. – A jeżeli chodzi ci o brak mundurów, to wynika on z opieszałości magistratu, który powinien wysłać nowe zestawy przedwczoraj.

– Hm, rozumiem. Ale to Irlandczycy, tak?

– Owszem, podobnie jak połowa twoich ludzi. Czy masz z tym jakiś problem?

– Dam ci małą radę. Uważaj jak z nimi pracujesz. Ci farmerzy są nieprzewidywalni, leniwi i krnąbrni.

– Cóż – powiedziałem, krzywiąc się nieco – każdy ma takich ludzi, na jakich sobie zasłużył. A ja właśnie pracuję nad tym, żeby ci tutaj reprezentowali mnie właściwie. John, przyjechałeś tutaj specjalnie do mnie, tak? W czym mogę pomóc?

– Planowałem spotkać się z tobą w najbliższym czasie, jednak obowiązki nie pozwalały mi na to. Wiesz, jaką prowadzę sprawę. Z tego, co przekazał mi Powell, zaproponowałeś swoje wsparcie. Ale dostałem też informację, że wydałeś rozkaz zwolnienia jednego z moich podejrzanych. Czy to prawda?

– Jeśli masz na myśli tego dziadka, który odnalazł ciało zamordowanego, to owszem, wydałem taki rozkaz.

– Mogę zapytać, dlaczego?

– Wydało mi się bezcelowe przetrzymywanie człowieka w tym wieku, który z pewnością mordercą nie jest. On może być, co najwyżej świadkiem.

Withworth zmierzył mnie nieufnym spojrzeniem.

– A skąd pewność, że to nie on?

– Doktor Cheyne, który przeprowadził sekcję zwłok stwierdził, że głowę zamordowanego odcięto jednym, płynnym i bardzo silnym ciosem. Ten dziadyga, którego aresztowałeś, nie miałby siły, żeby to zrobić. Jego jedyną zbrodnią było to, że napatoczył się na ciało.

– A może miał wspólników?

– Jeżeli tak, to powinieneś wykazać to w drodze śledztwa, a nie zamykać w ciemnym lochu dziadka, który może w każdej chwili kopnąć w kalendarz.

John odsunął się ode mnie o krok i zmierzył badawczym spojrzeniem. Przeszło mi przez myśl, że szkoda by było zrobić sobie kolejnego wroga. Ale nie będę przecież nie zauważać tak ewidentnych uchyleń w sztuce tylko z powodu braku nowych przyjaciół.

– Evan – rzekł dragon. – Uważaj, żebyś nie posunął się za daleko. Na razie nic się nie stało, lecz bądź ostrożny.

– Jeżeli chcesz, żebym pomógł w śledztwie, to pozwól mi działać po swojemu. W każdym innym wypadku nie przyłożę do tego ręki. Mam wystarczająco roboty, żeby sobie dokładać nowej i mieć z tego powodu problemy.

– Spokojnie. Nie mam zamiaru wtrącać się w twoją pracę i chętnie skorzystam z każdej pomocy, jaką oferujesz. W sposób, jaki uznasz za słuszny. Jednak nie chcę abyś podważał moje decyzje. Dlatego ja tego starucha aresztuję znowu.

Nie wiem, kiedy moi konstable znaleźli się bliżej, ale z zaciekawieniem przysłuchiwali się dyskusji. Zauważyłem, że jakimś cudem odzyskali siły witalne i ewidentnie szykowali się do bójki.

– Cóż, jeżeli tak stawiasz sprawę – oznajmiłem – to zapomnij o moim udziale. Nie będę mieszał się w twoje sprawy, a ty w moje.

– Evan, nie żartuj. Naprawdę sądzisz, że to cokolwiek pomoże, jeżeli on zostanie na wolności?

– A co, może ucieknie? A niby, dokąd? I jak daleko?

– Pomóż mi, proszę i nie przejmuj się zbytnio losem tych ludzi. Nie warto.

– Jeżeli mam pomóc, to Cearbhall zostaje na wolności.

John cofnął się znowu o krok i zapatrzył we mnie. I nagle, ni stąd ni zowąd wybuchnął śmiechem.

– Podoba mi się to – ucieszył się. – Czuję, że twoje towarzystwo dobrze wpłynie na moje samopoczucie. – Najwyraźniej doskonale się bawił. Jego śmiech był szczery i niewymuszony.

– Mam propozycję – oznajmił. – Pojedynek.

Zdębiałem. Nie wspominając już o tym, że oficer przyłapany na pojedynku mógł stanąć przed sądem i dostać wyrok śmierci, to przy okazji mógł zostać zdegradowany. A to gorsze niż jakiekolwiek tortury.

– Co masz na myśli? – zapytałem przez uprzejmość, bo takiej propozycji nie powinienem był w ogóle rozważać.

– Stoczymy pojedynek. Jeżeli wygram, dziadek trafi do lochu, a ty mi pomożesz. Jeżeli ty wygrasz, wtedy też mi pomożesz, ale będziesz mógł działać według własnego uznania.

– Nie mówię, że się zgadzam, ale jak ty sobie wyobrażasz pojedynek, co? Jak się potem wytłumaczysz z dziury brzuchu?

Withworth znowu się uśmiał.

– Pewny siebie jesteś, nie ma co. Nie przejmuj się, nie będziemy się dziurawić. Widzisz tamten plac? Proponuję konkurs strzelecki. Pięćdziesiąt jardów pistolet, sto pięćdziesiąt karabinek i trzysta muszkiet. Wygrywa ten, kto odda najwięcej celnych strzałów. Co ty na to?

– Niech będzie – bezmyślnie wypaliłem, zaskakując samego siebie. Konstable oniemieli ze zdziwienia i zaczęli między sobą szeptać. Uśmiechnięty od ucha do ucha dragon uścisnął moją dłoń.

– Świetnie. Przygotuję wszystko – obiecał – i spotkamy się za pół godziny. Wyznacz dwóch sekundantów. – Obrócił się na pięcie i szybkim krokiem ruszył w stronę swojej kompanii.

Absurdalność sytuacji nie całkiem jeszcze do mnie docierała, choć zacząłem przeczuwać, że mogą być z niej problemy. Słowo się rzekło i prędzej zastrzeliłbym się z łuku niż wycofał. Wziąłem głęboki wdech i ruszyłem w stronę naszych rzeczy. Konstable podążyli za mną.

– Panie kapitanie – zapytał O’Toole – będzie się pan bił o tego dziadka, co go z lochu wywiozłem?

– Powód dobry jak każdy inny – odparłem, zdejmując kamizelę.

– Czy to aby na pewno jest legalne?

– Powiedzmy, że nie łamiemy prawa wprost. Niech się potem magistrzy zastanawiają czy to zgodne z protokołem czy nie. W razie, jakby się ktoś was pytał, przeprowadzaliśmy wspólne ćwiczenia ogniowe, jasne?

– Tak jest – krzyknęli. –A co będzie – zapytał Shane – jeśli pan kapitan przegra?

– Nie ma takiej opcji – zapewniłem z uśmiechem.

Withworth bardzo skutecznie zaordynował artylerzystami. W ciągu kilku minut na placu pojawiły się drewniane tarcze i stoliki z bronią oraz ładunkami. Wokół placu zgromadził się tłumek gapiów. Artylerzyści, dragoni, konstable i kilku przypadkowych przechodni. Oto zagwarantowałem sobie kolejną serię plotek na mieście.

Wkroczyłem na pole w koszuli. Przyjrzałem się broni. Była dobrze przygotowana i czysta. Po trzy sztuki dla każdego. Towarzyszyli mi sekundanci – O’Toole i Alan. Withworth podszedł w towarzystwie dwóch żołnierzy. Wyglądali na dzieci arystokratów, wyczulone na punkcie honoru. Było też dwóch sędziów, wybranych spośród personelu artylerii. 

– Zasady? – spytałem.

– Na mój znak – powiedział Chris Wellson, artylerzysta mianowany sędzią – łapiecie za broń, ładujecie i oddajecie strzał. Liczy się precyzja i szybkość. Pierwszy salwa z użyciem pistoletów. Sekundanci podchodzą i oceniają trafienia. Odstawiamy tarcze na sto pięćdziesiąt jardów. Na moje hasło ładujecie karabinki i strzelacie. Ostatni etap, trzysta jardów, ta sama procedura. Strzał uznajemy za nieważny, jeśli któryś z was przekroczy granicę wyznaczoną patykami. Wszystko jasne?

Potwierdziliśmy.

– Gapiów proszę o nieprzekraczanie linii płotu. Proszę złożyć sobie honory.

Na placu zaległa cisza. Wiatr swobodnie hulał w polu, po czystym niebie pędziły białe obłoki. Stanąłem naprzeciw Withwortha. Przedstawiłem się i pokłoniłem, stukając obcasem. John zrobił to samo. Uścisnęliśmy dłonie.

– Panowie, do broni.

Stanąłem twarzą do stołu, a plecami do tarcz. Zamknąłem oczy. Starałem się odciąć od wszelkich bodźców – szeptów, szumu wiatru, rzeki, śpiewu ptaków. Skupiłem się na wyłowieniu jednego tylko, niemal niesłyszalnego odgłosu. Głębokiego wdechu sędziego. Czekałem. Nasłuchiwałem. Już.

– Teraz! – krzyknął. Ułamek sekundy zanim rozległa się komenda, moje mięśnie spięły się, a ręce same powędrowały w stronę broni. Pochwyciłem pistolet. Działałem jak nakręcony zegarek. Bez zastanowienia i wątpliwości, ruchy wykonały się same. Odgryzłem końcówkę patrona, podsypałem prochu na panewkę, zamknąłem wlot, odciągnąłem kurek. Kula do lufy. Oparłem pistolet na pasie, wyjąłem przybijak, wetknąłem go w lufę i energicznie poruszając ręką, umieściłem ładunek na miejscu. Obrót na pięcie w stronę tarczy. Palec nacisnął spust. Huk wystrzału niemal zlał się z drugim. Od strony publiczności rozległy się oklaski i wiwaty, lecz Chris Wllson natychmiast je uciszył. Odłożyłem pistolet i spojrzałem w lewo. Mój konkurent nadal stał w pozycji. Sekundanci ruszyli w stronę tarcz. Obejrzeli tarcze, wymienili kilka uwag, po czym wrócili do nas. Szeregowcy artylerii odstawili tarcze na drugi dystans. Chris jeszcze raz uciszył publiczność i oznajmił:

– Punkt dla kapitana McEllisa.

Moi konstable krzyknęli z radości, pozostali zebrani zaklaskali, oszczędnie, lecz kulturalnie. – Strzały oddane równo, pan kapitan nieznacznie bliżej środka.

Ustawiliśmy się na pozycje. Teraz będzie trudniej, pomyślałem. Precyzja karabinków jest dużo mniejsza niż muszkietu, a ja dawno ich nie używałem. Withworth tajemniczo się uśmiechnął i zagadnął półgłosem.

– Podbijam stawkę. Butelka najlepszej w tym kraju whiskey.

– Przyjmuję – odrzekłem z uśmiechem.

– Teraz!

Ręce do broni, ładunek, panewka, proch, kula, przybijak. Szybki obrót, zmrużenie oka i strzał. Huk i kwaśny dym czarnego prochu. Odłożyłem broń. Sekundanci ocenili trafienia.

– Punkt dla podpułkownika Withwortha. – Dragoni podnieśli jednorodny okrzyk radości. Konstable nie wykazali się poczuciem taktu i stanęli z rękami założonymi na piersi. Będę musiał zwrócić im na to uwagę. Ale ogólnie, to miło z ich strony.

Padło hasło. Chwyciłem muszkiet. Ciężki był skubaniec. Oparłem broń na kolanie. Odgryzłem czubek ładunku, podsypałem panewkę. Odciągnąłem kurek. Dalej proch w lufę, kula, tym razem bez ubijania. Obrót z muszkietem skierowanym w górę, przyłożyłem kolbę do ramienia, poczułem jej zimno na policzku. Odpaliłem. Z tarczy posypały się wióry. Withworth strzelił, jako drugi. Podniosły się wiwaty. Konstable dopadli do mnie i zaczęli gratulować, jednak artylerzyści natychmiast wszystkich uspokoili. Sekundanci ruszyli ocenić strzały, John i ja trwaliśmy na pozycjach, mimo iż wynik był już znany.

– Punkt dla pana kapitana!

Znowu oklaski. Odwróciłem się do Withwortha, który pierwszy ruszył do mnie z wyciągniętą dłonią. Był zaskakująco pogodny.

– Gratuluję – powiedział. – Bez ubijania, tak?

– Tak. W warunkach bojowych pozwala na oddanie trzech strzałów na minutę. Tylko trzeba uważać, żeby kula z lufy nie wypadła.

– Piękna robota. Jestem pod wrażeniem.

– Wygrałem.

– Wiem – przyznał z uśmiechem John Withworth – lecz to nie jest moją porażką. – Oficer bardzo poufale poklepał mnie po ramieniu. – I tak mi pomożesz. A ten twój dziadek, zgodnie z umową, zostanie na wolności.

Zbliżał się wieczór. Byłem głodny i zmęczony, dość miałem wrażeń na ten dzień. Wróciliśmy do kwater. Zasiedliśmy w kuchni przy stole, by wspólnie wypić cierpką herbatę. Rozdzieliłem zadania na dzień następny, po czym zwolniłem drużynę ze służby. A co tam, niech mają coś od życia. Konstable ucieszyli się, lecz nie rozbiegli w popłochu do zajęć własnych. Na stole pojawiło się piwo i whiskey. Pozwoliłem sobie na jednego i spędziłem trochę czasu przysłuchując się dyskusji. Dotyczyła spraw zupełnie banalnych. Kumpel zmarł, więc szkoda chłopa. Inny się żeni, więc szkoda jeszcze bardziej. Ktoś gdzieś się pobił, ktoś kogoś przyłapał na zdradzie i też doszło do bójki. Pogoda fajna, można by się na ryby wybrać. Spytali mnie, czy da radę w przyszłym tygodniu wziąć dzień wolnego, bo szykują się chrzciny w knajpie. Powiedziałem, że zobaczymy, wszystko zależeć będzie od przebiegu sprawy, ale nie powiedziałem nie. Konstable przyjęli to jakbym już się zgodził, zasmucili się tylko, że nie ma jeszcze nowych mundurów, bo na chrzcinach wypada dobrze wyglądać. Potem wyrazili zaniepokojenie tym, że za mundury trzeba będzie zapłacić, a to niemały wydatek. Gdy powiedziałem, że nie mają, o co się martwić, zapadła cisza.

– Jakiś problem, panowie? – spytałem zaniepokojony.

O’Toole odezwał się pierwszy.

– No, znaczy, jak to nie będzie nas kosztować? Panie kapitanie, takie są przepisy. Sami opłacamy wyposażenie, w tym mundury.

– Mówię, że nie ma, co się przejmować. Składając zamówienie w magistracie, uiściłem odpowiednią zapłatę. Nie chciałem, żeby niepotrzebnie się to przeciągnęło.

– Ale panie kapitanie – zauważył Collin – przecież to kupa forsy.

– Tym się nie przejmujcie. Stać mnie.

Zdziwieni konstable wymieniali spojrzenia. Wstałem od stołu.

– Jeżeli w jakiś sposób was tym uraziłem to trudno, nie było to moim zamiarem. Chcę od was wymagać odpowiedniej prezencji, dlatego moim obowiązkiem jest stworzyć wam ku temu warunki. A nie mam zamiaru czekać, aż zapłacicie za wyposażenie z wypłaty, którą diabli wiedzą, kiedy dostaniecie. Jeśli się komuś to nie podoba to przykro mi, jestem waszym przełożonym, nie macie innego wyjścia. Do widzenia.

Zamknąłem się w biurze i zacząłem studiować notatki. Czekało mnie trochę pracy z wypisaniem kolejnych papierów. Jednak zaskoczone miny Irlandcyzków nie chciały mnie opuścić. Czy naprawdę było coś złego w tym, że zapłaciłem za ich mundury? Czy naprawdę oznaka życzliwości ze strony angielskiego oficera jest czymś tak niespotykanym? W przeszłości, gdy dowodziłem dragonami, zawsze wymagałem od nich pełnego posłuszeństwa i zachowania protokołu. Nie było nic zaskakującego w tym, że pomagałem im w różnych sytuacjach, aby tylko mogli swobodnie wykonywać swoje zadania. To załatwiłem przepustkę, to pomogłem rodzinie, podesłałem własnego lekarza. Nie miało dla mnie znaczenie pochodzenie i zamożność. Wychodziłem z założenia, że wszyscy jesteśmy równouprawnieni wobec kul przeciwnika. Czemu więc nie mielibyśmy sobie pomagać? Wyszło, więc na to, że w Irlandii postawa taka była zupełnie nieznana. Wszystko, co do tej pory zobaczyłem w Dublinie, zaczęło składać się w niemiły obrazek. Być może winą za stan kraju nie należało obwiniać krajanów, nie wytykać ich prymitywizmu i małostkowości. Może wina leżała po naszej stronie? A może złamałem jakiś lokalny obyczaj, który zabraniał przyjąć mężczyźnie prezent od drugiego? A może Irlandczyk nie może przyjąć prezentu od Anglika, ponieważ zostanie uznany za zdrajcę? Długo biłem się z myślami. Były natrętne, wracały z uporem maniaka, przeszkadzały.

Na dworze było już niemal ciemno. Gdzieś w oddali przeraźliwie jęczał kot. W kamienicy obok trwała głośna małżeńska awantura. Jej powodem była niejaka Maria, która uwiodła niejakiego Paula. Z dołu ciągle dochodziła muzyka, śpiew, radosne krzyki, wybuchy śmiechu. Niestety, będę musiał przyzwyczaić się, że mieszkam nad barem. Już miałem wrócić do lektury, gdy rozległo się pukanie.

– Wejść! – krzyknąłem.

W drzwiach stanął Collin, a zaraz za nim reszta konstabli.

– Panie kapitanie – powiedział. – Pan kapitan zajęty bardzo?

– Odrobinę, a dlaczego?

– No, bo pomyśleliśmy, że może zszedłby pan na dół, napić się z nami?

– Jeżeli to nie będzie niezgodne z protokołem, rzecz jasna – powiedział O’Toole.

– Ale tym razem wy płacicie – zaznaczyłem. Propozycję przyjęli z uśmiechem.

*

Liam zerwał się z łóżka. Ciężko oddychał i nie mógł zebrać myśli. Coś się stało, pomyślał. Coś strasznego. Wstał, przeciągnął się i usiadł na podłodze. Zamknął oczy i skupił się na obrazach ze snu. Niestety większość z nich już się rozmyła. Wystarczyło mu jednak to, co pamiętał. I co czuł. Oni znowu to zrobili. Dziś lub jutro znowu zostaną znalezione zwłoki. Był tego pewien. Był też wściekły na siebie, że nic nie robił, tylko siedział w tej piwnicy i chował się, jak mysz pod miotłą. A czas uciekał. Od momentu, kiedy poznał prawdę o morderstwach, zginęła dwójka dzieci. Trójka, jeżeli przeczucia go nie myliły. Musiał coś zrobić.

Shaun przyniósł wiadomość, że Clinch namierzył mieszkanie angielskiego oficera. Dobrze, pomyślał Liam. Być może właśnie tędy droga. Mimo zdecydowanych protestów chłopca, zebrali się i wyszli. Był piękny poranek. Ani jednej chmury, ani kropli deszczu, ulicami hulał lekki, orzeźwiający wiatr. Miasto budziło się do życia, otwierały się sklepy i bary, rynki zapełniały się ludźmi, przekupki rozpoczynały swoją codzienną litanię. Nawet patrole sił porządkowych i armii nie wydawały się dziś tak ponure, jak zazwyczaj. Słońce skąpało Dublin w ostrym i upalnym świetle, które z minuty na minutę rosło w siłę. Wydawało się, że razem z błotem, wyparował cały lęk, złość i sromota, które niepodzielnie władały stolicą.

Liam i Shaun mijali kolejne ulice. Szli powoli, zatrzymując się przy witrynach sklepowych. Wszystko po to, by uniknąć ciekawskich spojrzeń wojskowych i konstabli. Mimo, iż od pubu do Zamku mieli niedaleko, dotarli na miejsce dopiero po godzinie. Skręcili w prawo, w stronę College Green, po czym zatrzymali się przed jednym z budynków. Była to stara, lecz dobrze utrzymana kamienica. Szyld nad wejściem głosił „U Browna”. Przed frontem kotłowało się kilka koni, wokół nich kręcili się umundurowani konstable.

– Shaun – zagadnął Liam, obserwując scenkę. – Schowaj się gdzieś, ten Anglik może cię rozpoznać. Czekaj na mnie na York Street.

– Jasne – odparł chłopak i zniknął w alejce. Liam oparł się o ścianę naprzeciwko gospody. Udawał, że nie interesują go ani konstable, ani ich broń, czy konie. Po chwili z budynku wyłonił się brytyjski oficer. Liam od razu wiedział, że to dokładnie ten, którego chciał zobaczyć. Mężczyzna był średniego wzrostu, z długimi włosami spiętymi na karku. Nie nosił hełmu, przy pasie miał szablę. Jego koń nie prezentował się najlepiej, lecz Liam potrafił ocenić dobrego wierzchowca. Ten ogier miał w sobie prawdziwą mądrość i siłę. Podobnie zresztą jak jego pan. Oficer miał pewne ruchy, choć nie nerwowe. Poruszał się z gracją, lecz nie kobiecą. Spojrzenie miał czujne, ale nie podejrzliwe. Liam zrozumiał, że tego człowieka nie wolno mieć za wroga. Oczywiście musiał się upewnić, jednak pierwsze wrażenie było jasne i przejrzyste. Oto prawdziwy wojownik, silny duchem, wiedzą i rozwagą. Jeżeli ktokolwiek miał pomóc Liamowi, to tylko on. I wtedy ich spojrzenia się spotkały. Wiedziony dziwnym przeczuciem, Brytyjczyk odwrócił się, zmrużył oczy i zobaczył Liama. Trwało to kilka sekund, O’Brien poczuł, że ich energie się spotkały.

Oficer odwrócił się w stronę konia, poklepał go po szyi, po czym energicznym ruchem wskoczył na siodło. Liam uśmiechnął się, odwrócił i ruszył w górę ulicy. Nie wiedział, że McEllis odprowadził go badawczym spojrzeniem.

*

Poprzedni dzień zaczął się nieco później niż zwykle, ponieważ odsypiałem nocną potańcówkę. Była to noc nad wyraz relaksująca i przyjemna. Gdy konstable sprowadzili mnie na dół, rozległy się oklaski. Zebrani Irlandczycy wznieśli toast za moje zdrowie, zadedykowali piosenkę, po czym pijaństwo ruszyło w najlepsze. Chodziło oczywiście o wczorajszy pojedynek. W oczach tych ludzi Brytyjczyk, który w obronie Irlandczyka publicznie pokonał oficera armii, został bohaterem. Ci wyspiarze to ludzie niezwykle spontaniczni, a powód do radości zdawał się oczywisty, zatem zabawa była więcej niż spodziewana. W lokalu znalazł się nawet zwolniony z aresztu Cearbhall Kelly, który w mig dowiedział się o zajściu i postanowił osobiście podziękować. Jego pucułowata żona błogosławiła mi ze łzami w oczach, sam Cearbhall, patrząc na mnie jak na święty obrazek, wręczył mi butelkę najlepszego trunku własnego wyrobu. Starałem się nieco zdystansować do całego przedstawienia, ale nie dało się. Wesoła muzyka, szczęśliwi ludzie, beztroski czas to coś, czego w tym mieście jeszcze nie widziałem. W rytmie bodhranu, skrzypek i flażoletu, przy akompaniamencie dziesiątek stóp i pięści wybijających rytm, kiedy w powietrzu unosiła się czysta, nieskrępowana radość oraz cudowny głos nastoletniej śpiewaczki, nie można było nie podzielić nastroju. Na szczęście dla mnie, długo trenowana sztuka opanowania emocji nie pozwoliła mi kompletnie się upić i skończyć na sianie ze śliczną dziewczyną, której głos był równie urzekający, co figura i anielska buzia. Dopiero byłby skandal. Miałem chwilę słabości, gdy dziewczyna, w sposób zupełnie nieskrępowany, przytuliła się i uraczyła mnie delikatnym pocałunkiem. Była niezwykła. Nosiła tradycyjne imię, Meara, co w gaelicu znaczyło „radosna”. Miała soczyste i miękkie usta, w talii wąziutka i smukła jak dziesięcioletnia sosna. Pomyślałem wtedy, że plotka i tak się rozniesie, więc co tam. Niewiele mi brakowało, by poddać się wiosennemu urokowi dziewczyny, lecz w porę się opanowałem. Nie musiałem dokładać plotek do pieca, w którym i tak się paliło od skandali. Odsunąłem dziewczę od siebie i poszedłem do baru. Zamówiłem kolejkę dla moich konstabli, wychyliłem szklaneczkę whiskey na dobry sen i wróciłem na górę. Oczywiście nie obyło się bez protestów. Podpici goście barowi za żadne skarby nie chcieli przyjąć do wiadomości, że jestem służbowo i nie mogę zbytnio naginać cierpliwości zwierzchników. W końcu jednak O’Toole utorował mi drogę i obiecał, że rano mnie obudzi. To był dobry wieczór, który jeszcze długo wspominałem.

Rano, gdy otworzyłem oczy, na piętrze panowała cisza. Zacząłem się zbierać, obudziłem moich ludzi. Dzień zaczął się od bardzo dobrej wiadomości, ponieważ przywieziono wreszcie mundury dla konstabli. Przesyłka zawierała też zapas amunicji, nowe szable oraz impregnowane ładownice. Każdy otrzymał dwa komplety mundurów polowych oraz jeden specjalny, galowy. Irlandczycy nie mogli wyjść z podziwu, tym bardziej, gdy podliczyli ile musiało to kosztować. W zaskakująco szybkim tempie zebraliśmy się do wyjścia. Powiem więcej, konstable czekali na zewnątrz jeszcze zanim zdążyłem zejść na dół. Plus, duży plus. Byli w wyśmienitych nastrojach, najwyraźniej podzielali mój zapał. A dzień jak najbardziej sprzyjał pozytywnemu nastawieniu do świata. Ranek był ciepły, pogodny, z lekkim wiaterkiem, który łagodził palące promienie słońca. Miałem tylko nadzieję, że nikt nie zepsuje tego nastroju niecnymi knowaniami. Nawet Shannon wyglądał jak nowo narodzony. Stał z wypiętą piersią, dumnie prezentując blizny, świadczące o doświadczeniu w boju. Niczym królewski wierzchowiec, wdzięcznie zastukał podkowami, gdy wyszedłem na dwór. I wtedy coś mnie tknęło. 

Oparty o ścianę kamienicy, naprzeciw gospody Martina Browna, stał mężczyzna. Miał siwe, krótko strzyżone włosy, szare bryczesy, wysokie skórzane buty, kremową koszulę i zamszową kamizelę. Nosił sporan przy pasie, zupełnie jak te klasyczne, szkockie. Prezentował się postawnie, wysoki i dobrze zbudowany, choć z wyglądu mógłby mieć nawet sześćdziesiąt lat. Nie unikał mojego wzroku, a przecież to Irlandczyk. Nie speszył się, a ja odniosłem wrażenie, że szukał kontaktu. Mierzyliśmy się przez chwilę, po czym nagle straciłem go z oczu. Spojrzałem na Shannona.

– Jestem przyjacielu, jestem – powiedziałem, poklepując bestię po szyi. Działo się ze mną coś dziwnego. Byłem rozkojarzony, ale naładowany energią, jak armata przed paradą. Chwyciłem za łęk, prawą nogą zrobiłem wymach i po chwili byłem w siodle. Z wysokości zobaczyłem tego samego mężczyznę, kierującego się w stronę katedry Świętego Patryka. Zastanawiające. Co było w nim tak szczególnego? I czego on ode mnie chciał? Wróg czy sojusznik? Ściągnąłem cugle i powiedziałem:

– Ruszajmy. – Nie mogłem wyrzucić z głowy obrazu tego Irlandczyka. Miał w sobie coś groźnego, a zarazem kojącego. Siła i mądrość, tak bym to określił. Ogarnęło mnie również nieodparte wrażenie, że nasze spotkanie nie było zupełnie przypadkowe. Z zamyślenia wyrwał mnie dopiero O’Toole.

– Panie kapitanie – rzekł – wszystko w porządku?

Potwierdziłem. Roboty na dzisiaj było mnóstwo. Niestety miała to być ta najmniej emocjonująca strona śledztwa, czyli chodzenie od drzwi do drzwi i zadawanie w kółko tych samych pytań. Pierwsza rzecz, to ustalenie tożsamości jednego z zamordowanych dzieci, które jak wykazała autopsja, doznało za życia skomplikowanego złamania. Miałem nadzieję, że dzięki temu uda się ustalić ostatnie wydarzenia z życia ofiary. Zdawałem sobie sprawę, że trop ów mógł okazać się ślepym zaułkiem, ale to jedyny konkret, jakim dysponowałem. Podzieliłem zadania między konstabli. Każdy miał do obejścia kilkanaście lokacji. Część z nich to adresy zamieszkania dzieci, których zaginięcia zgłoszono w ostatnim czasie. Wiedziałem, że takich miejsc mogło być o wiele więcej, poszerzyłem więc listę o przytułki, sierocińce, kościoły i zakłady przyparafialne. Było tego sporo, dlatego nie spodziewałem się spektakularnego sukcesu. O ile w ogóle jakiś miał być.

Drugie zadanie to sprawdzenie pewnej hipotezy, która powstała mi w głowie podczas wczorajszej sekcji zwłok. Było bardzo prawdopodobne, że morderca, który tak okrutnie potraktował dzieci, mógł cierpieć na klinicznie stwierdzone schorzenia psychiczne. Dlatego postanowiłem sprawdzić, czy w okolicznych zakładach dla obłąkanych przetrzymywano w ostatnich latach osoby, które zostały już zwolnione lub uciekły. Następnie, po zdobyciu tych informacji, chciałem sprawdzić w aktach miejskich, czy ktokolwiek z listy chorych psychicznie mieszkał, bądź przebywał w okolicy Dublina. Podobne informacje chciałem wyciągnąć z akt dublińskich więzień. Powstać więc miał kolejny spis nazwisk, wśród których znajdował się mój poszukiwany trop. Wszystko to dawało niewielką nadzieję na dojście do jakiegokolwiek konkretu, ale przy tak znikomej ilości informacji i niechęci okolicznej ludności do współpracy, nie miałem innego wyjścia. Niestety, trzeba było ten snopek rozebrać powoli, jedno źdźbło po drugim.

Zaplanowana na dziś wycieczka to wizyta w domu zamordowanego Thomasa Sherrarda. Skoro zobowiązałem się pomóc Withworthowi w śledztwie, mogłem równie dobrze zacząć tam. Posiadłość Sherrardów zaczynała się parę mil na północ od Dublina, w okolicy osiedla Santry. O’Toole pojechał ze mną, podczas gdy pozostali konstable rozproszyli się po mieście. Tym razem, w odróżnieniu od naszej pierwszej wycieczki do Finglas, droga upłynęła na rozmowie, nie na krajoznawczym monologu Padraiga. Dowiedziałem się przy okazji, że miał dwóch synów, Marka i Jamesa. O’Toole marzył, aby wysłać ich do szkoły, nie tylko przykościelnej. Starał się odłożyć pieniądze na wykształcenie synów w Trinity College, aby tam zdobyli prawdziwy zawód i nie musieli, jak on, wydeptywać chodników za marne grosze. Sam również nie chciał wiecznie być stróżem prawa. Po odbyciu służby wojskowej i przeżyciu kilku kampanii w Europie i Afryce, zgłosił się do tej roli, ponieważ była to najszybsza droga znalezienia pracy. Ale zamyślał wkrótce na dobre zrzucić mundur i zająć się tym, co lubił. Zaskakujące, ale mój adiutant, którego dłoń była jak kowalskie obcęgi, był piekarzem. Mało tego, specjalizował się w wypiekach ciast i słodyczy. Nie mogłem opanować śmiechu, gdy wyobraziłem sobie O’Toole’a w białym fartuchu i czepku.

Wjechaliśmy na wąską drogę, wzdłuż której rosły masywne cisy. Minęliśmy kutą, stalową bramę oraz wysoki mur z czerwonej cegły, pozostałość po starodawnej rogatce i biurze poborcy myta. Padraig wspomniał, że przydrożny wykrop, oraz polanę po prawej stronie drogi zwano Krwawym Dołem. Miejsce to zdobyło mroczną nazwę po brutalnych starciach między rebeliantami, a armią z tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego ósmego. Przypomniało mi to, żeby zapytać skąd O’Toole znał te wszystkie lokalne opowieści, ale akurat znaleźliśmy się wśród niskich, wiejskich zabudowań i pytanie wyleciało mi z głowy. Mieszkańcy patrzyli podejrzliwie, starali się nas omijać. Nie było to przyjemne. Przy opactwie Świętej Marii skręciliśmy w wąską dróżkę, prowadzącą do Sherrardów. Brama, skryta między dorodnymi topolami, stała otworem. Wjechaliśmy na wysypane żwirem podejście. Przed nami rysował się klasycystyczny front bogatej willi. Wejście prowadziło przez kolumnowy portyk, zwieńczony regularnym tympanonem. Oba skrzydła budynku dumnie prezentowały równe rzędy czterech okien na każdym piętrze. Mimo imponującego wyglądu, willa w rzeczywistości nie była duża. Zbudowana na planie prostokąta, miała rozległy przód, lecz wąskie ściany boczne. Na placu przed wejściem kręciła się służba, wynosząca z budynku kufry i skrzynie. W głębi stały dwie karoce, obłożone bagażami. Słychać było wściekłe ujadanie psów.

– Chyba trafiliśmy na przeprowadzkę – zauważył O’Toole. – To chyba niedobrze, co?

– Jeszcze nie wiem.

Podjechaliśmy bliżej. Spomiędzy bujnych żywopłotów wypadł ogromny rottweiler, szczerząc na nas kły i głośno warcząc. Pies na szczęście był na smyczy i w kagańcu, ale koń Padraiga i tak się spłoszył. Shannon nawet nie prychnął. Chwyciłem wierzchowca mojego towarzysza za uzdę i uspokoiłem go. Służący z trudem utrzymywał psa na uwięzi, lecz udało mu się wepchnąć zwierzę do wysokiej, metalowej klatki. Podpędziłem konia w przód, żeby zobaczyć ją w pełnej okazałości. Wewnątrz znajdowały się trzy, bardzo agresywne zwierzęta.

– O’Toole, zobacz – zwróciłem uwagę. Konstabl zbliżył się i natychmiast spojrzał na mnie.

– Pan kapitan myśli, że to te?

– Ciszej. Myślę tylko, że takich właśnie zwierząt szukamy.

Wnioski narzuciły się same. Miałem świadomość, że nigdy nie należy zakładać prawdziwości hipotezy, dopóki nie ma się mocnych dowodów. Jedno było pewne. Nie mogłem pozwolić, by ktokolwiek tu mieszkał, wyprowadził się i zabrał zeznania, cholera wie dokąd.

Wreszcie zainteresował się nami chudy majordomus w staromodnej peruce. Podszedł do nas sztywny, jakby kij połknął.

– Czy mogę panom czymś służyć?

– Kapitan Evan McEllis. Jestem tu w sprawach służbowych, oczekuję rozmowy z właścicielami posiadłości.

Majordomus kiwnął głową i zniknął wewnątrz willi. Zsiedliśmy z koni. Moją uwagę zwróciła dziwnego kształtu rzecz, stojąca wśród kufrów i skrzyń. To coś było wysokie na jakieś dwie i pół stopy. Nakryto je białym prześcieradłem, które nie sięgało klepiska. Spod poły materiału wystawały dwa duże koła o żeliwnych szprychach. Z tyłu dało się zauważyć drewnianą prowadnicę, która służyła do zaczepienia o wóz. Góra przedmiotu była podłużna i wąska. Całość wyglądała przypominała niewielkiego kalibru armatę.

– Padraig, zostaniesz tutaj – poleciłem. – Porozmawiam z żoną Sherrarda, a ty odpytaj służbę, co się działo w dzień i w nocy dwudziestego ósmego kwietnia. Jasne? Tylko notuj wszystko. I jeszcze jedno. Zrób to dyskretnie. A jakby nie chcieli zeznawać, to ich dociśnij. Postrasz więzieniem, cokolwiek przyjdzie ci do głowy. Tylko nie bij nikogo, tak?

– Spokojna, pana kapitana, głowa.

Majordomus zaprowadził mnie do salonu. Wnętrze willi było opustoszałe. Większość mebli już spakowano, resztę przykryto płachtami białego materiału, tu i ówdzie stały otwarte skrzynie, które służba sumiennie zapełniała książkami, ubraniami i mnóstwem innych drobiazgów. Na potrzeby rozmowy zdjęto prześcieradło z dwóch foteli i sofy. W salonie znajdowała się starsza, ponad pięćdziesięcioletnia kobieta w długim, czarnym płaszczu. Siedziała na sofie, mieląc w dłoni skromny kapelusz z czarnymi wstążkami. Towarzyszył jej zniecierpliwiony mężczyzna. Okrągła twarz przypominała czerwonego arbuza z bokobrodami i binoklem w lewym oku. Jego ubranie było umazane smarem i wygniecione. W pasie przewiązał mocny, skórzany fartuch, a ręce pokrywały błyszczące tłuszczem plamy.

– Cóż to za sprawa, oficerze? – spytał. W odpowiedzi przedstawiłem się i obiecałem, że nie zajmę wiele czasu.

– Interesuje mnie zabójstwo pana Sherrarda. Rozumiem, że była pani jego żoną?

– Tak – odpowiedział mężczyzna. – To pani Adrianna Sherrard.

– Przepraszam, a pan to kto?

– William Sherrard, brat Thomasa.

– Rozumiem. Chciałbym złożyć wyrazy mego współczucia. To straszna tragedia – powiedziałem z kamienną twarzą. Kobieta patrzyła na mnie podejrzliwie. Jej głęboko osadzone oczy wyglądały upiornie w kompozycji z jasną cerą.

– Wiem, że podpułkownik Withworth rozmawiał już z państwem, jednak mimo to, chciałbym zadać kilka pytań osobiście.

– Czy musimy znowu to wałkować? – zniecierpliwił się William.

– Niestety tak. To zajmie naprawdę niedługo.

– Niech pan pyta – odezwała się wreszcie kobieta.

– Dobrze. Zacznijmy, więc od najważniejszego. Co pani mąż robił w dzień przed śmiercią?

Adrianna zastanowiła się chwilę, wzięła głęboki wdech i powiedziała:

– Nie pamiętam dokładnie. To było kilka tygodni temu, potem się rozchorowałam.

– Rozumie pan chyba – wtrącił William – że pani Adrianna była w szoku, gdy okazało się, że ten Irlandczyk zamordował jej męża. Chyba potrafi pan pojąć, jak wielka strata to była, tak?

– Owszem pojmuję – powiedziałem złym głosem. – Dziesięć lat temu moja żona zmarła w wyniku przewlekłej choroby. Proszę, niech pan więcej nie przerywa. A pani niech mówi dalej.

– No, tak. Zatem byliśmy w domu razem, praktycznie cały dzień. Ja się zajmowałam lekturą, mąż również. Dzień wcześniej dostaliśmy paczkę z Manchesteru, od mojego wujostwa. Było tam trochę prasy brytyjskiej, kilka najnowszych powieści, encyklopedia i jakieś kodeksy finansowe. Nie wiem dokładnie jakie, to mój mąż się tym interesował.

– Rozumiem. Spędziliście, więc państwo cały dzień w domu, czy tak?

– Owszem. Pogoda była nienajlepsza, było zimno i padało. Planowaliśmy spacer po ogrodzie, lecz ze względu na aurę, zostaliśmy w domu. Mój mąż był umówiony na wieczorną partię kart z baronem Montgomery.

– Tutaj, czy u barona?

– U barona. Thomas wyszedł w okolicy szóstej lub siódmej wieczorem, nie pamiętam dokładnie.

– Zanim wyszedł, co dokładnie robiliście?

– Przecież powiedziała już – warknął William – że spędzili czas na lekturze, czy nie?

– Owszem, ale interesują mnie szczegóły. A jeżeli jeszcze raz pan mi przerwie, aresztuję go za utrudnianie śledztwa.

William zacisnął pięści i postąpił krok w moją stronę, jednak Adrianna złapała go za dłoń i powstrzymała.

– W porządku Will – uspokoiła szwagra. – Panie McEllis, nie przypomnę sobie wielu szczegółów.

– Proszę spróbować.

Zastanowiła się chwilę.

– Cóż, pamiętam, że przeglądałam wtedy aktualne numery „Journal des Dames des Modes”. Thomas zaczytywał się w tych kodeksach prawnych, robił jakieś notatki.

– Czy mógłbym je zobaczyć?

– Oczywiście. Luis – zwróciła się do odźwiernego – przynieś skrzynkę z zapiskami pana.

– Czy pani mąż – zapytałem – prowadził dziennik?

– Często robił notatki, ale nie sądzę, żeby pisał wspomnienia.

– Rozumiem. Proszę kontynuować.

– Dużo mówił o reformie systemu karnego w Irlandii, nie był całkiem zadowolony z poczynań lorda Wellesleya. Szykował się do inwestycji na południu kraju i szukał odpowiednich rozwiązań prawnych.

– Proszę powiedzieć, czy miał wspólników w interesach?

– Przede wszystkim baron Montgomery oraz lord Firefox. Planowali wspólnie otworzyć szwalnię w hrabstwie Waterford. Ale wybaczy mi pan, nie znam szczegółów interesów, które prowadził.

– Gdyby miała pani kogoś podejrzewać to, kogo?

– Proszę? Jak to miałabym kogoś podejrzewać?

– Czy Thomas był z kimś w sporze, może stoczył jakiś pojedynek, zniszczył czyjś interes?

– Nic mi nie wiadomo na ten temat. Thomas był uczciwym człowiekiem, nigdy nie brał udziału w pojedynku i nigdy nikomu życia nie zrujnował. Poza tym, przecież wiadomo już, kto był sprawcą, tak?

– Wrócimy do tego – powiedziałem. – Teraz proszę opowiedzieć o wieczorze, gdy Thomas opuścił posiadłość.

– Cóż, ubrał się, ucałował mnie i wyszedł. Nie odprowadziłam go do drzwi. Zostałam w salonie z lekturą.

– Dobrze. Jak był ubrany?

– Z tego, co pamiętam, to założył czarny surdut do jazdy konnej. Ale to nic szczególnego, zawsze tak się ubierał, gdy jeździł grać w karty. To były nieformalne spotkania, więc i stroje również.

Zjawił się służący z niewielką skrzynką. Postawił ją przede mną i wyszedł.

– Pozwolą państwo, że pożyczę te dokumenty i zapoznam się z nimi. Teraz mam do pana pytanie, panie Sherrard. Ten Irlandczyk, o którym pan mówił. Podpułkownik Withworth uważa, że ten człowiek zamordował pańskiego brata, tak?

– Zgadza się.

– Czy pan znał tego człowieka?

– Owszem, widziałem go w posiadłości kilka razy. Był kowalem, miał warsztat w Dublinie.

– Kowalem? – zapytałem zaskoczony.

– Dokładnie.

Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć. Jedynym podejrzanym, o jakim wiedziałem, był stary Cearbhall, który utrzymywał się z handlu bimbrem, a nie z kowalstwa. Czyżby Withworth nie powiedział mi, że miał jeszcze jednego podejrzanego?

– Co robił w posiadłości?

– Zjawiał się tu czasami podkuć konie, czasem robił jakieś drobne naprawy, okucia do okiennic albo zawiasy w drzwiach, tego typu rzeczy. Kiedyś, za namową mojego brata, pomógł mi w warsztacie.

– W pana warsztacie?

– Tak. Jestem rusznikarzem i mam tu swój prywatny zakład, w którym realizuję zlecenia najwyższej wagi.

Teraz rozumiem skąd ten artyleryjski dodatek przed domem.

– Kiedy był widziany po raz ostatni w państwa domu?

– W dzień zaginięcia Thomasa – odparła Adrianna. – Przyjechał tu po południu z częściami do płotu.

– Dokładnie – przytaknął William. – Węszył po okolicy, przyłapaliśmy go przy klatce z psami.

– Ach tak, psy. Wspaniałe zwierzęta – powiedziałem. – Rottweilery. Tresowane rozumiem?

– Oczywiście – pochwalił się William. – Trzy lata temu, w Londynie, przez jednego z najlepszych treserów w Królestwie.

– Jest powód do dumy – udałem pochlebstwo. – Zdrowe, rasowe bestie. Myśliwskie czy obronne?

– Jedno i drugie – odparł William.

– Dobrze. Jeszcze tylko jedno pytanie. Jak państwo sądzą, jaki powód miał ten Irlandczyk, żeby zabić Thomasa?

– A kto ich tam wie, tych Irlandczyków? – krzyknął Sherrard. – Toż to jak małpy, bezmyślna hołota. Żeby nie siły porządkowe, to by się sami pozabijali. Pewnie chciał okraść Thomasa, a że ten akurat nie miał nic przy sobie, to postanowił się zemścić.

– Rozumiem. Pani Sherrard, a co pani myśli?

– Nie wiem. Proszę mnie o to nie pytać.

– Pani Adrianno, pani opinia jest dla mnie bardzo ważna. Proszę spróbować.

– Cóż, przyznam, że byłam zaskoczona, gdy pan Withworth oznajmił, że mordercą był O’Brien.

– Tak się nazywał?

– Tak. Liam O’Brien. Miałam go za dobrego człowieka. Sumienny, punktualny i uczciwy. Zdolny, świetnie kuł konie, potrafił je leczyć. Zawsze taki spokojny, dzieci go lubiły. Za każdym razem, gdy nas odwiedzał, miał jakieś drobiazgi dla chłopców. Thomas tego nie pochwalał, ale dzieci nie pozwoliły złego słowa o nim powiedzieć. Kiedyś nawet wyratował George’a, gdy wpadł do rzeki. Dlatego odkrycie pana Withwortha było wielkim szokiem.

– Właśnie – warknął William. – Tak to z nimi jest. Niby tacy uśmiechnięci, serdeczni, a wystarczy odwrócić się tyłem do Irlandczyka i człowiek skończy ze sztychem w żebrach. Żmiję na własnej piersi wyhodowaliśmy.

– Rozumiem. Nie mam więcej pytań. Ale mogę mieć, dlatego nie zgadzam się na państwa wyprowadzkę.

Zapadła cisza. Adrianna spojrzała na Williama, który zagotował się jak wulkan.

– Co to ma znaczyć, że pan się nie zgadza? – warknął. – A jaką pan ma tutaj władzę, co?

– List żelazny od króla Jerzego Czwartego, który pozwala mi wydawać wszelkie polecenia poddanym korony na terenie Irlandii. Możecie państwo odwoływać się do Lorda Namiestnika, lecz ja swoje rzekłem. Żegnam.

Wstałem i ruszyłem do wyjścia. Adrianna milczała, lecz William zastąpił mi drogę i złapał za rękaw.

– Co ty sobie człowieku wyobrażasz, co? To niedopuszczalne! Odpowiesz za to!

– Panie Sherrard. Nie wiem, od kiedy etykieta pozwala zwracać się po imieniu do oficera w służbie królewskiej, ale jeżeli natychmiast nie zejdzie mi pan z drogi, znajdzie się pan w poważnych kłopotach.

– Nie mam zamiaru! To skandal! Ten gbur nie może nam rozkazywać! Ada, powiedz coś, bo mnie krew zaleje.

Kobieta wstała. Spojrzała na mnie i na Williama.

– Panie kapitanie – rzekła. – Jeżeli to naprawdę ma pomóc sprawie, to zgadzam się. Lecz proszę zrozumieć, że ten dom jest dla mnie miejscem wielu bolesnych wspomnień. Nie mogę zostać tu długo.

– Obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by nie wydłużać pani cierpienia.

– Ada, coś ty? – krzyknął William. – Naprawdę się na to zgadzasz? Nie wierzę, to jakiś koszmar! Ty – powiedział, wskazując na mnie palcem. – Nie możesz tak bezkarnie nas tu zatrzymać. Natychmiast żądam…

– Satysfakcji? – uciąłem. – Niech pan lepiej uważa na słowa. Oficerom armii brytyjskiej nie wolno się pojedynkować, chyba, że zostaną wyzwani przez osobę odpowiedniego urodzenia. Jeżeli powtórzy pan to zdanie, będziemy się strzelać. I proszę mi wierzyć, odjadę stąd w zdrowiu i będę kontynuował śledztwo.

Zamarł. Adrianna podeszła do niego i chwyciła za rękę.

– Niech pan odjedzie. My się stąd nigdzie nie ruszymy.

Ukłoniłem się, chwyciłem skrzynkę i wyszedłem. O’Toole czekał na zewnątrz przy koniach. Dzień był nadal piękny.

– Słyszałem – szepnął konstabl – że zrobił pan sobie kolejnego przyjaciela.

Wskoczyłem na siodło i powiedziałem:

– O’Toole, od kiedy to adiutanci mają prawo ironicznie wypowiadać się na temat przełożonych?

– Nic nie mówię.

– Ja myślę. Zrobiłeś, o co prosiłem?

– Oczywiście.

*

Wróciliśmy do miasta dość szybko. O’Toole miał się udać do bazy artylerii, gdzie reszta konstabli powinna już czekać. Wydałem polecenie, żeby rozpoczęli ćwiczenia beze mnie, a sam ruszyłem w stronę doków, do Fortu Crystal, gdzie stacjonował Withworth. Nie musiałem przemierzać całego miasta. Okazało się, że dragoni zgromadzeni byli na placu College Green, gdzie odbywało się spotkanie zwolenników emancypacji katolickiej. Była to solidna grupa około stu osób, zebrana przez Stowarzyszenie Katolików O’Connella. Dragoni rozproszyli się wokół placu, część otoczyła pomnik Wilhelma Orańskiego. Withworth stał przy bramie wjazdowej do gmachu Banku Irlandii i obserwował sytuację. Zrównałem się z oficerem.

– Evan, witaj. Przyjechałeś pomóc?

– Nie, przyjechałem cię opieprzyć.

John spojrzał na mnie z wypisanym na twarzy pytaniem.

– Mocno powiedziane. O co chodzi?

– Dlaczego mi nie powiedziałeś, że podejrzewasz o zabójstwo tego Irlandczyka, O’Briena?

– Nie chciałem ci niczego sugerować. Sądziłem, że będzie lepiej, jeśli sam do tego dojdziesz. Dostałeś przecież dokumenty sprawy, tak?

– Tak, ale nie było w nich nic na temat podejrzeń oficera prowadzącego śledztwo.

– No dobrze, to już wiesz. I co teraz?

– Teraz powiesz mi, dlaczego akurat on.

– Evan, nie możemy tego załatwić innym razem? Jestem trochę zajęty, jak widzisz.

– Na razie jest spokój, więc możemy rozmawiać. Mów, co wiesz.

– Ten cały O’Brien był oczywistym zabójcą. Wszystko na niego wskazywało. Był w posiadłości Sherrardów dzień przed znalezieniem ciała, węszył w okolicy, znał wszystkich wokół, miał dostęp do ofiary, ludzie mu ufali.

– Na razie opis, który podałeś, pasuje do każdego ze służby Sherrardów. Potrzebuję czegoś mocniejszego, żeby w to uwierzyć. Co jeszcze?

– Sherrard został zamordowany w sposób rytualny.

– Wiem, doktor Cheyne opowiedział mi ze szczegółami.

– Właśnie. A od dawna wiadomo, że ten O’Brien uważany jest za druida, który para się magią i zna się na tradycjach. Przeszukaliśmy jego warsztat. Znaleźliśmy tam antyczny miecz, który posłużył do odcięcia głowy.

– To już coś więcej, ale nadal go to nie skazuje.

– Przecież on nie jest skazany, tylko podejrzany.

– John, kogo próbujesz oszukiwać? Dokładnie tak samo załatwiłeś sprawę z Cearbhallem. Wystarczyło, że dziadek znalazł ciało i od razu wziąłeś go za winnego. Potem wypłynął ten druid i o starym zapomniałeś. Tylko przetrzymałeś go dłużej, w razie gdyby jednak okazał się związany ze sprawą, tak?

Withworth spojrzał na mnie zmieszany, ale nic nie powiedział.

– Wiesz, że mam rację. Mów, skąd wziąłeś cynk na O’Briena? Sam byś na to nie wpadł.

– Evan, słuchaj…

– Nie zmyślaj mi tutaj tylko mów prawdę. Taka była umowa, tak? Chcesz, żebym ogłosił, że nie dotrzymałeś warunków dżentelmeńskiej umowy? Że złamałeś słowo honoru? – Wypowiedziałem ostatnie zdanie z naciskiem.

– Dobra, słuchaj – warknął zirytowany John. – Nie jestem żadnym, cholernym detektywem. Jestem żołnierzem. Że ja się mam zająć tą sprawą, to wielka pomyłka. Wellesley się uparł, żeby armia przejęła śledztwo, bo chciał udowodnić, że poważnie podchodzi do sprawy. Jego śledczym nikt tu nie ufa, konstabli mają za nic. Oranżyści naciskali, więc lord wymyślił mnie. Tylko dlatego, że mój ojciec był w Londynie kryminalistą. A ja przecież nie mam o tym zielonego pojęcia.

– A na moje pytanie odpowiesz, czy będziesz się żalił?

– Moją rolą jest działać, a nie główkować i szukać wiatru w polu. Zrobiłem, co mogłem, najlepiej jak umiałem, ale to nie moja działka. Jak się zjawiłeś w mieście od razu pomyślałem, żeby się z tobą dogadać.

– Rozumiem i nie potępiam.

– Tego O’Briena zasugerował mi człowiek z magistratu, prawnik. Biggs. Malcolm Biggs. Przedstawił mi dowody przemawiające za zielarzem. Wyglądało to logicznie, więc wydałem nakaz aresztowania.

*

Dzień dla Liama był bardzo krótki. Miał mnóstwo rzeczy do zrobienia, więc ledwie zauważył, kiedy się ściemniło. Na piętrze baru „Mother Red Caps” znajdował się zamtuz, w którym Liam spotkał się z Miriam LeRouge, burdelmamą, aktywną działaczką Zjednoczonych Irlandczyków. Spędził tam przynajmniej dwie godziny. Miriam wydawała się Liamowi niezwykle atrakcyjna, choć miała już ponad pięćdziesiąt lat. Podobały mu się jej długie, siwe włosy, drobne dłonie i jędrne piersi. Tym razem nie był to czas poświęcony szlifowaniu ars amandi, lecz rozmowie. Wespół z Miriam szykowali się do przybycia z Limerick partyzantów z organizacji nazywanej Wstążkami. Nie znali siły oddziału, lecz mogli spodziewać się od dwudziestu do trzydziestu osób. Trzeba było dokładnie zaplanować, jak i gdzie ich rozmieścić, żeby nie zwrócić uwagi władz. O’Brien zwykle nie angażował się w akcje polityczne, przynajmniej nie takie o charakterze militarnym, lecz tym razem nie było wyjścia. Skontaktował się z ludźmi z kręgów wolnościowego podziemia i przedstawił śmiały plan, do realizacji którego potrzebował zbrojnych. Nie musiał ich długo przekonywać do swoich zamiarów, szybko znalazł zrozumienie. Teraz pozostało tylko czekać na wsparcie. Po rozmowie z Miriam, Liam udał się do szpitala Fever. Jeden z tamtejszych lekarzy w tajemnicy handlował z druidem, głównie preparatami, których Liam nie mógłby normalnie kupić. Po południu wrócił do „Krwawego Konia”, gdzie zamknął się w swojej piwniczce i by wykonać zamówione specyfiki, zioła i napary.

Była późna noc. W barze robiło się cicho, ostatni goście wychodzili. Liam był gotowy. Od ponad godziny medytował, skupiając się na celu. To, co chciał zrobić, nie należało do łatwych zadań. Nie robił tego od dawna, więc musiał długo się przygotowywać. Aby ułatwić sobie zadanie, zapalił olejki zapachowe, które pomagały uspokoić umysł. Zjadł też dwa specjalnie wyhodowane grzyby, które miały pomóc w uwolnieniu umysłu. Ułożył się wygodnie na posłaniu, złożył ręce. Zamknął oczy, wypowiadając słowa modlitwy i zaczął powoli odpływać w niebyt. Nie stracił świadomości nawet, gdy zasnął. Jego ciało zwiotczało, lecz umysł działał na pełnych obrotach. Pierwszą reakcją podświadomości było wygenerowanie kolorowych i chaotycznych obrazów sennych, które Liam zdławił w zarodku. Przestawił się tylko i wyłącznie na odbiór energii. Nigdy nie rozumiał, na czym polegał ten fenomen, lecz doznał znajomego uczucia, jakby unosił się w górę i swobodnie szybował. Zupełnie jak uczył go ojciec i dziadek, tak samo jak uczyli się przodkowie, aż do pradawnych czasów, gdy druidzi swobodnie przemierzali te ziemie, niosąc pomoc i mądrość potrzebującym. Liam usłyszał szum, jakby wołanie tysiąca głosów, pilnujących spokoju tego kraju. Jakby sami bogowie kierowały go swoim oddechem w pożądanym kierunku. Wreszcie znalazł się tam, gdzie chciał. Spotkał umysł, którego szukał. Zwykli ludzie, niemający świadomości samoistnienia w eterze, odruchowo generowali pola ochronne. Było to jak antyciała organizmu, tyle że na poziomie energetycznym. Ich wygląd i siła zależały od tego, jakimi byli osobami, jak czuli się w życiu, jaka była ich sytuacja. Liam wiedział, że ludzie najbardziej wrażliwi na ataki byli podczas snu, kiedy ich dusze swobodnie wędrowały w zaświatach. Tylko nieliczni potrafili kierować tym bezwarunkowym odruchem odłączenia się od ciała. Tak jak Liam, umieli kierować swoimi poczynaniami w eterze, a im więcej doświadczenia i samokontroli, tym więcej potrafili zdziałać. Niestety tajemna sztuka świadomego snu, oparta na wieloletnich ćwiczeniach umysłu i duszy, praktycznie zaginęła. W porównaniu z przodkami, Liam posiadał mierny ułamek mocy, którymi oni dysponowali. Najlepsi z nich, jak legendarna Dierdre Óg Ó Séadhbha, potrafili zabić bezbronnego człowieka przez sen.

O’Brien zatrzymał swój lot. Obserwował duszę Anglika, którego widział za dnia. Jego pierwsze wrażenie ze spotkania w świecie materialnym, potwierdziło się w świecie eteru. Była to wspaniała dusza. Jej siła była znaczna, wirowała w przestrzeni ruchem bardzo harmonijnym, niezakłóconym wewnętrznymi lękami i fobiami, kompleksami czy chciwością. Była to wewnętrzna siła, wynikająca zapewne z ciężkich doświadczeń, pogodzenia z losem i samym sobą. Liam otworzył się na przepływ energii. Pozwolił ich duszom się spotkać, zatańczyć razem, znaleźć wspólną miarę istnienia.

*

Powoli otworzyłem oczy. Leżałem bez ruchu, wpatrując się w sufit. Miałem przed oczami scenę ze snu, w którym zobaczyłem tego samego Irlandczyka, którego spotkałem wczoraj rano. Jego twarz była spokojna, a spojrzenie badawcze, przy okazji życzliwe i przyjazne. We śnie nic się nie działo. Nie było żadnej konkretnej scenerii, czy sytuacji. Po prostu nieruchoma postać i nic więcej. Wrażenie kontaktu było całkiem rzeczywiste, jakbym autentycznie stał naprzeciw niego. Pamiętałem takie detale, jak otaczający go zapach ziół, szum drzew, mała, dobrze zaleczona blizna pod okiem. A przy tym wszystkim wrażenie harmonii i relaksu. Moje serce biło powoli, oddech był miarowy, mięśnie rozluźnione. Był to rodzaj snu, który przynosił pełne ukojenie i prawdziwy wypoczynek.

Usiadłem na skraju łóżka. Wokół panowała cisza. Przyjrzałem się dłoniom i stopom, wziąłem głęboki oddech, potem podszedłem do lustra i zapatrzyłem się we własną twarz. Nie wiem, dlaczego, ale pomyślałem, że życie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Mogło być pełniejsze, mieć sens i prowadzić do czegoś prawdziwego. Nie to, co teraz. Ciągle w pogoni za nieuchwytnymi marzeniami. W służbie sprawy, w którą z dnia na dzień wierzyłem coraz mniej. Zwróciłem uwagę na siateczkę linii, rysujących się wokół oczu. Głębokie zmarszczki wrzynały się w skórę na czole i policzkach. We włosach zobaczyłem więcej siwych włosów. Skąd wy się wzięłyście, pomyślałem. Co tak strasznego wydarzyło się w moim życiu, że tyle was tam świeci? Uśmiechnąłem się, bo odpowiedź była aż nazbyt oczywista. Czy znalazłbym równie wiele pięknych wspomnień? Trzeba będzie zadbać, żeby porównanie wypadało korzystnie. Niech tylko skończę z tą sprawą.

Niestety nadal nie znalazłem mojego tropu. Ostatnich kilka dni upłynęło na poszukiwaniu personaliów dziecka. Jedyne, co się faktycznie udało, to zgromadzić dane na temat pensjonariuszy dublińskich zakładów psychiatrycznych. Zostało jeszcze kilka do obejścia, lecz przynajmniej będzie już można zacząć porównywać je z rejestrem osób zamieszkałych w stolicy. Pod wieczór przejrzałem również notatki Thomasa Sherrarda. Moją uwagę zwrócił rozkaz zwolnienia niejakiego Owena Roberta Finigana ze szpitala psychiatrycznego. Nie miałem pojęcia, kim był ten człowiek, ale list podpisany był przez majora Powella. Odłożyłem to na później. Podsumowując, z papierów Sherrarda wynikło raptem kilka nazwisk do przesłuchania i nic konkretnego.

Pełen energii ubrałem się. Pogoda nie była ładna. Na niebie gromadziły się deszczowe chmury, promienie słońca sporadycznie przebijały się do powierzchni. Wiał chłodny wiatr. Pierwszym zadaniem, jakie na dziś zaplanowałem, to wizyta u barona Montgomery’ego, wspólnika Sherrarda. Reszta miała kontynuować poszukiwania według listy. Dowiedziałem się, że spotkam barona w biurze notariuszy Fitzmartin & Sons. Zanim opuściłem kwaterę, rozległo się niecierpliwe pukanie.

– Panie kapitanie! – rozległ się głos. – Otworzy pan, szybko.

– Wejść – odpowiedziałem. Do środka wpadł zziajany William. – Co się dzieje?

– Mamy problem – wydyszał.

– Uspokój się i mów. Co się stało?

William złapał się za boki, wziął kilka głębokich oddechów.

– Zajechało nas kilku wojskowych i kazali ruszyć z nimi. Mieli rozkazy na piśmie, że jeżeli nie stawimy się na służbę patrolową, zostaniemy ukarani grzywną i wsadzeni do pierdla za uchylanie się od obowiązków.

Zagotowało się we mnie. Spokój, który spłynął na mnie po przebudzeniu, prysnął jak bańka mydlana.

– I co zrobiliście?

– A co było zrobić? Chłopaki pojechali z nimi, a ja się urwałem po drodze i wróciłem do pana kapitana.

– Kto wydał taki rozkaz?

– Sierżant konstabl Mulligan.

– Krew by to zalała. Dobrze. Zaczekaj chwilę.

Usiadłem do biurka, wyjąłem pergamin i zacząłem pisać. Zapaliłem świeczkę, rozgrzałem lak i przyłożyłem pieczęć. Gdy skończyłem, poderwałem się z krzesła, krzycząc na Williama, żeby zbierał dupę w troki. Dosiedliśmy koni i ruszyliśmy w stronę centrum.

– Dokąd ich wysłali?

– Shane i Collin mieli trafić gdzieś na północ, w okolicę zakładów chemicznych.

– Dobrze. Pojedziesz wpierw do fortu Crystal, znajdziesz podpułkownika Withwortha. Ma wziąć kilku ludzi i pojechać z tobą po chłopaków. Tu masz mój rozkaz, zwalniający ich ze służby patrolowej. Możecie aresztować każdego, kto będzie chciał wam przeszkadzać, jasne?

– Oczywiście.

– Potem znajdziesz resztę i spotkacie się ze mną na Zamku.

– Tak jest. A Pan kapitan?

– Jadę zasłużyć na miano awanturnika.

Dame Street przejechałem w niecałą minutę, roztrącając przechodniów. Dopadłem bramy, odepchnąłem strażników i wpadłem na rozległy dziedziniec. W biurze nowej, irlandzkiej służby policyjnej znalazłem się momentalnie. Na głównej sali panował codzienny ruch. Konstable podpisywali listę obecności, odbierali rozkazy, składali raporty, kłócili się ze zwierzchnikami. Personel cywilny starał się zapanować nad tonami walających się akt, interesanci wykrzykiwali swoje racje, tłoczyli się w kolejkach, albo przeklinali opieszałość urzędników. Ale wszyscy zwrócili uwagę, gdy butnie przemaszerowałem długość biura, złapałem za kołnierz młodego subkonstabla i zacząłem mocno nim potrząsać. Dopiero po chwili zorientowałem się, że krzyczę na niego bez ładu i składu, a zapomniałem zadać pytanie. Opanowałem się, gdy szarpnął mnie za ramię starszy konstabl i zaczął pytać, co to ja sobie wyobrażam. W odpowiedzi znowu zacząłem wrzeszczeć, jednak udało mi się wyartykułować, że szukam sierżanta Mulligana. Poszukiwany stał obok. Na dźwięk swojego nazwiska przestraszył się. Odwróciłem się gwałtownie, złapałem go za rękę i posadziłem na stołku.

– Sierżant Mulligan, tak? – zapytałem.

– Tak, panie kapitanie.

– Podpisałeś dzisiaj rozkaz wysłania na służbę patrolową moich ludzi, tak?

– Pana ludzi? To znaczy?

 – Sierżant konstabl Padraig O’Toole, konstable Collin Brown, Dauthi Smith, Shane McManus. Subkonstable William Fagan, Samuel Willis, Alan Bowes. Brzmi znajomo?

– A, no tak.

– No i co masz do powiedzenia? Nie wiesz, idioto, że rozkazem Lorda Namiestnika zostali wyznaczeni do mojej służby pomocniczej na czas nieokreślony? Prowadzimy śledztwo, a ty nam je właśnie utrudniłeś. Mam wielką ochotę aresztować cię za to, a wcześniej dać w mordę.

Naokoło zebrało się kilku innych konstabli i cywili, ze zgrozą przyglądających się scenie. Biedny Mulligan oblał się rumieńcem i nie bardzo wiedział, co zrobić z rękami.

– Ale, panie kapitanie. Rozkaz wydałem, bo taką dostałem instrukcję z magistratu. Nawet sprawdziłem ich obecny przydział w dokumentach i zgłosiłem to, żeby potwierdzili. Okazało się, że oni o tym wiedzą, lecz nic ich nie interesuje, tamci mieli swoje odsłużyć na ulicy. No, to, co innego miałem zrobić?

Ucichłem. Że też ja wcześniej o tym nie pomyślałem. Przecież to było bardziej niż oczywiste, że on sam takiej instrukcji by nie wydał, musiał dostać polecenie z góry. Ale poniosły mnie emocje i cały budynek usłyszał moje wrzaski.

– Rozumiem – powiedziałem spokojnie. – Kto wydał polecenie?

– Sir Malcolm Biggs.

Usłyszałem to nazwisko już po raz drugi. Autor podejrzeń rzuconych na niejakiego O’Briena w sprawie morderstwa Sherrarda.

– Dobrze. Przepraszam za tą aferę – powiedziałem pojednawczo. – Proszę wskazać mi biuro pana Biggsa.

Malcolm Biggs pracował w bogato przystrojonym pokoju. Piękne obrazy, donice z egzotycznymi kwiatami, finezyjne przybory piśmiennicze, kosztowne lampy i miękki dywan. Był podstarzałym mężczyzną, o pociągłej twarzy, która w cieniu przybierała drapieżne rysy. Gdy wszedłem do środka bez pukania, spojrzał na mnie znad filiżanki herbaty. Brwi podjechały mu do góry.

– Czy pan wydał dziś dyspozycję o wysłaniu moich konstabli na służbę patrolową?

– Przepraszam – powiedział chrapliwym głosem. – Z kim mam do czynienia?

– Kapitan McEllis.

– Ach, no tak. Mogłem się spodziewać pańskiej wizyty. Niestety nie wiem, o czym pan mówi.

– Proszę mnie nie denerwować, panie Biggs. Byłem przed chwilą w biurze konstabli, powiedzieli mi, że zlecił pan taką dyspozycję.

– Ależ, panie McEllis – zdziwił się urzędnik. – Jak mógłbym wydać rozkaz, którego moc byłaby nadrzędna wobec dyspozycji lorda Wellesleya? To niezgodne z prawem i niekulturalne.

Czułem, że kłamie. Wyglądał na takiego, który potrafił kłamać i często z tej zdolności korzystał.

– Ktoś tu kłamie – rzekłem. –  Zwykły konstabl nie posunąłby się do takiego kroku. Musiałby wiedzieć, jak łatwo będzie odkryć niesubordynację.

– Panie McEllis. Mówi pan o Irlandczyku. Oni nie myślą, oni po prostu działają. Zwykle po to, by utrudnić nam życie. Proszę się nie martwić. Zajmę się tym osobiście i ukarzę winnego. A jeśli chodzi o pańskich konstabli, to sprawę natychmiast wyprostuję.

– Proszę się nie kłopotać, załatwiłem to już.

Podszedłem do biurka, oparłem dłonie na blacie stołu i nachyliłem się do Biggsa.

– Niech pan mnie posłucha – powiedziałem. – Jeżeli jeszcze raz przeszkodzi mi pan w wykonaniu zadania, to porozmawiamy inaczej.

– Ależ panie kapitanie, cóż pan…

– Zamilknij człowieku i słuchaj, bo drugiej okazji mieć nie będziesz.

Biggs spojrzał na mnie z lekceważącym uśmiechem.

– Następnym razem – zacząłem powoli – nie będzie dyskusji, tylko wpakuję pana prosto za kraty. Zrobię to osobiście, żeby nie mógł pan potem wyżywać się na niewinnych ludziach. Niech pan o tym pamięta.

– A pan – odpowiedział spokojnie Biggs – niech uważa, co robi. Protekcja Lorda Namiestnika może się skończyć i nie pomoże wtedy żaden list, choćby od samego cesarza.

Wyprostowałem się.

– Niech pan się trzyma z daleka ode mnie i moich ludzi.

Wyszedłem trzaskając drzwiami. Wściekłem się nie na żarty. Wiedziałem, że będą z tym człowiekiem problemy. W zasadzie mogłem załatwić to inaczej, polubownie, a przy okazji dowiedzieć się więcej o tym poszukiwanym Irlandczyku. Niestety, złość wzięła górę i nie potrafiłem jej opanować. Kolejny wróg. Trudno. Pozostało mi tylko zająć się pracą i nie myśleć o tym, co się stało.

Chmury robiły się coraz cięższe, pierwsze krople deszczu uderzyły o bruk. Konstable czekali na zamkowym dziedzińcu. Byli zdenerwowani i źli. Nie wdawałem się w dyskusję. Przypomniałem tylko, żeby następnym razem nie słuchali żadnych rozkazów, prócz moich, po czym oddelegowałem ich do zaplanowanych zajęć. Sam udałem się w okolicę Merrion Square, gdzie znajdowało się biuro Fitzmartin & Sons. Zdążyłem odstawić konia do sąsiadującej z kamienicą stajni, gdy lunęło. Skuliłem się, przebiegłem kilka jardów i wpadłem do środka. W biurze zostałem przyjęty bardzo uprzejmie. Poinformowano mnie, że baron Montgomery nadal znajduje się w budynku i chętnie ze mną porozmawia. 

Wprowadzono mnie na piętro. Wystrój był surowy. Ciemne meble z ciężkiego drewna w połączeniu z brakiem zieleni czy choćby najmniejszego obrazka, przypominały aranżację sali sądowej. Usadzono mnie w małym pomieszczeniu, gdzie opasłe tomiska kodeksów prawnych straszyły z regałów. Chwilę później zjawił się baron w towarzystwie starszego, korpulentnego dżentelmena, trzymającego plik papierów pod pachą. Montgomery był zupełnie siwy, szczupły, pod nosem rysowała się cienka kreska wąsów, twarz porysowana była głębokimi zmarszczkami. Wyglądał na dużo starszego niż był w rzeczywistości. Panowie zasiedli na fotelach przede mną, pojawił się służący z herbatą i kawą.

– Panie kapitanie – rzekł baron. – Miło mi pana poznać. Jestem baron Richard Montgomery a to mój prawnik, Philip Fitzmartin. Mam nadzieję, że nie będzie panu przeszkadzało, iż będę odpowiadał na pytania w jego obecności?

– Oczywiście, że nie. Nie chciałbym przeszkadzać w prowadzeniu interesów.

Montgomery miał wyjątkowo uprzejmą manierę, zarówno w głosie jak i w postawie. – Proszę zadawać swoje pytania i nie przejmować się czasem. Nam się nie spieszy.

– Doskonale – odparłem, upijając odrobinę kawy. Była doskonale zaparzona i aromatyczna. Nie omieszkałem pochwalić służącego, co spotkało się z aprobatą barona. Traktował służbę z powagą i należytym szacunkiem. Spodobało mi się to. Wyjąłem notatnik, rysik i powiedziałem: – Jak pan baron zapewne wie, przyjechałem w sprawie zabójstwa pana wspólnika, sir Sherrarda.

– Rozumiem, że działa pan w porozumieniu z podpułkownikiem Withworthem?

– Oczywiście. Zajmuje się on w tej chwili poszukiwaniem głównego podejrzanego, natomiast ja gromadzę szczegóły dotyczące samego zajścia.

– Proszę wybaczyć ignorancję – grzecznie wtrącił baron, – lecz, czy skoro znacie panowie personalia mordercy, konieczne są dalsze poszukiwania?

– Oczywiście. Po pierwsze, nie mamy zupełnej pewności, że podejrzany jest zabójcą. Po drugie, nawet, jeżeli tak jest, to dla dobra uczciwego procesu, musimy zrekonstruować jak najwięcej faktów, jakie miały miejsce tamtego fatalnego wieczoru, aby postawić legalny akt oskarżenia. Panie Fitzmartin, zgadza się pan ze mną, prawda?

– W pełni – odparł prawnik. – Popadlibyśmy w otchłań barbarzyństwa, gdybyśmy z góry zakładali ludzką winę i strzelali do wszystkich podejrzanych. Dlatego sądzę, że tylko dokładne zbadanie sprawy może dać podstawy do rzetelnego procesu.

– Świetnie – powiedziałem, zamykając wątek. – Panie baronie, proszę opowiedzieć, co pamięta pan z wieczoru dwudziestego ósmego kwietnia.

– Cóż, był to bardzo przyjemny wieczór. Kilku przyjaciół odwiedziło moją posiadłość na wieczór towarzyski. Graliśmy w karty, dyskutowaliśmy o sprawach finansowych, trochę o polityce.

– Czy baron pamięta, kto dokładnie pana wtedy odwiedził?

– Sądzę, że tak. Oczywiście nieżyjący sir Thomas Sherrard. Prócz niego, byli też baron Charles Firefox i sir Malcolm Biggs, oficer dublińskiego magistratu. Był również pułkownik Ronan Leyland z sił porządkowych, baron William Saurin, mój przyjaciel z lat młodzieńczych. Któż jeszcze? – zastanowił się baron. – Ah, no tak. Panowie Christobald Rooney i Gregory McAndrews, armatorzy, z których usług często korzystam.

– Dobrze – powiedziałem notując nazwiska. – O której pojawił się pan Sherrard?

– Około ósmej wieczorem. Mniej więcej w tym samym czasie, co pozostali.

– Jak pan Sherrard dotarł na miejsce spotkania?

– Zwykle przyjeżdżał własnym zaprzęgiem.

– Czy miał ze sobą jakąś ochronę? Konstabli, wojskowych, może prywatnych najemników?

– Absolutnie nie. Nigdy nie czuł takiej potrzeby. Prócz woźnicy, nie było z nim nikogo.

– Aha, a jak długo trwało spotkanie?

– Rozeszliśmy się dość późno, bo w okolicy pierwszej po północy.

– Czy pamięta pan jakieś szczegóły tamtego wieczoru?

– To znaczy?

– No na przykład jak potoczyła się gra?

– Pan Sherrard miał dobre karty, przegrałem do niego w sumie trzydzieści funtów. Lord Firefox dużo opowiadał o miejscu nowej inwestycji. Razem z panem Sherrardem planowaliśmy otworzyć manufakturę w hrabstwie Waterford, konkretnie w Ardmore. Niestety wraz ze śmiercią Thomasa, musieliśmy zrezygnować z pomysłu. Wymagał on zainwestowania większej ilości pieniędzy, każdy z nas miał pokryć trzecią część całości.

– Rozumiem. Jak zachowywał się Thomas tego wieczoru?

– Jak się zachowywał?

– Czy był zdenerwowany? Może spodziewał się kłopotów, wspominał o jakiś groźbach?

– Nic z tych rzeczy. Cokolwiek tamtej nocy się stało, nikt się tego nie spodziewał. Nic nie wskazywało na to, że Thomas… że mógłby zostać zamordowany.

– Czy zna pan osobę podejrzaną o zabójstwo?

– Wiem, że to Irlandczyk, chyba jakiś rzemieślnik, ale nie znam szczegółów.

– Czyli nie wiedział pan, że podejrzany znał sir Sherrarda?

– Pojęcia nie miałem.

– I nikt panu o tym nie powiedział?

– Nie, skądże. Niby, po co?

– Oczywiście. No dobrze. W ostatnich latach sir Sherrard był częstym członkiem lokalnej ławy przysięgłych, tak?

– Jak najbardziej. Był to człowiek szanowany i cieszył się zaufaniem.

– Czy kiedykolwiek miał kłopoty w związku z werdyktami? Jakieś pogróżki, obietnice zemsty?

– Nie przypominam sobie.

– Czy z powodu werdyktów miał jakiś wrogów, którym mogłoby zależeć na jego śmierci?

– Nie sądzę. Z tego, co mi wiadomo, sprawy, którymi się zajmował dotyczyły poważnych przestępstw. Kończyły się one zwykle wyrokiem śmierci, dożywocia lub zesłaniem do Australii. Nie wydaje mi się, żeby tego typu historie były możliwe z prostej przyczyny. Nie miałby kto grozić Thomasowi.

– No tak, to logiczne. Ale przecież zdarzają się wcześniejsze zwolnienia, a nawet ucieczki. Czy pan Sherrard nigdy nie wspominał o takiej sytuacji? Nigdy nie czuł się zagrożony?

– Nie. Nigdy.

Nie zostało mi nic innego jak opuścić biuro i udać się do baraków artylerii. Spotkałem tam konstabli, z którymi odbyliśmy kolejną porcję ćwiczeń, tym razem strzeleckich. Cały czas zastanawiałem się nad zabójstwem Sherrarda. Miałem nieodparte wrażenie, że rozwiązanie sprawy mam przed oczami, lecz nie potrafię go dostrzec. Zeznania rodziny Thomasa oraz Montgomery’ego wydawały się spójne i przejrzyste. Nabrałem jednak ochoty, by je potwierdzić, tak na wszelki wypadek. Dlatego jeszcze tego samego dnia wysłałem konstabli, aby odpytali pozostałe osoby wymienione przez barona. Byłem ciekaw czy ich zeznania, co do tamtego wieczoru potwierdzą wersję Montgomery’ego. Wydałem również polecenie, aby przesłuchali służbę tych ludzi, lecz po cichu i w tajemnicy przed chlebodawcami. Odpowiedź otrzymałem jeszcze tego samego wieczoru. Była głęboko zastanawiająca.

Gdy odwiedziłem Williama i Adriannę Sherrard, O’Toole zadał kilka pytań służbie, zajętej pakowaniem dobytku Sherrardów. Okazało się, że tamtego wieczoru wszyscy dostali wolne i zostali odesłani do miasta. Co ciekawe, odesłano nawet tych, którzy mieszkali w posiadłości. Jeden z odźwiernych, zanim udał się do Dublina, zobaczył Thomasa, który zabrał ze sobą psy i udał się na konną przejażdżkę. Miało to miejsce w godzinach wieczornych, w czasie, w którym teoretycznie miał grać w karty u barona. Inny służący twierdził, że to nie pierwszy raz, kiedy Thomas opuszcza w nocy swój dom i udaje się nad rzekę Tolkę, do opuszczonego młyna. To zeznanie jeszcze bardziej komplikowało sprawę, ponieważ wychodziło na to, że Thomas nie tylko nie grał w karty u barona, ale w ogóle się z nim nie widział.

W przypadku pozostałych gości Montgomery’ego, sprawa miała się identycznie. Wszyscy zgodnie utrzymywali, że spędzili wieczór u barona. Zgadzały się godziny, tematy rozmów, szczęście Sherrarda w kartach. Zeznania służby różniły się jednak od tej wersji, natomiast podobne były do tego, co usłyszał O’Toole. Każdy z mężczyzn odbył konną wycieczkę w niesprecyzowane miejsce. Wyjątek stanowił pułkownik Ronan Leyland, który służby nie miał, jedynie adiutanta i pomocników. Collin, próbując wyciągnąć jakiekolwiek zeznania, spotkał się z murem wrogości i milczenia. Nieco inaczej było w przypadku barona Williama Saurina. Jego czeladź otrzymała wolne na tamten wieczór z wyjątkiem Roba, kucharza i pomywacza. Potwierdził on, że odwiózł swego pracodawcę do posiadłości barona. Ostatnie miejsce przypadło w udziale Alanowi, który odwiedził posiadłość Montgomery’ego. Jego służba w ogóle nie chciała rozmawiać. Podobno sam baron, pod karą chłosty, zabronił rozmawiać z przedstawicielami władz. Na szczęście Alan umiał wymusić zeznania i dowiedział się, że tamtego wieczoru baron kazał przygotować powóz i ruszył w nieznane. Nie musiał nikogo informować o swoich poczynaniach, ponieważ nie licząc służby, mieszkał sam. Jednak woźnica, Steven Marble, utrzymywał, że tamtej nocy nigdzie się nie ruszał. We wszystkich natomiast przypadkach potwierdziło się tylko jedno. Wszyscy wrócili do domów nad ranem. Wszyscy z wyjątkiem Sherrarda, którego ciało znaleziono dzień później w lesie, niedaleko Finglas.

Wieczorem usiadłem w swoim biurze. Rozłożyłem przed sobą wszystkie zeznania, jakie udało się zgromadzić. Zacząłem przeglądać je od początku, od deski do deski. W przypadku zabójstwa Thomasa ktoś najwyraźniej kłamał. Wiedziałem z całą pewnością, że grupa Montgomery’ego spotkała się tamtego wieczoru. Nie zgadzały się tylko wersje, gdzie i w jakich okolicznościach. Jeżeli prawdziwą wersję wydarzeń przedstawili partnerzy barona, to w jakim celu ich służba miałaby kłamać? I jakim cudem tyle osób dogadało się w tej sprawie? Mało tego. Skąd takie wyjątki jak woźnica, czy kucharz? Skąd wizyta Thomasa w opuszczonym młynie? Polityczna zagrywka zorganizowana przez antybrytyjskie podziemie? Patrząc na sprawę z drugiej strony, wydało się to dużo bardziej sensowne. Łatwiej było umówić się sześciu osobom, które miały ze sobą wiele wspólnego i znały się dobrze. Zatem zakładając, że prawdziwą wersję podali ubodzy członkowie czeladzi, to co się dokładnie wydarzyło? Kilku prominentnych członków społeczności protestanckiej po cichu spotkało się późnym wieczorem, w tajemnicy przed własną służbą i rodzinami. Po co? Gdzie? I co w takim razie z kucharzem i woźnicą? Szybko wróciłem do zeznań Saurina i Montgomery’ego. No tak. Ktoś ich na miejsce spotkania musiał zawieźć. To starzy ludzie i nie sądzę, żeby byli w stanie podróżować konno. Tylko, co miało to wszystko znaczyć?

Rozpisałem sobie kalendarium zdarzeń, godzina po godzinie, dzień po dniu. Coś mnie tknęło, żeby nałożyć na to daty dotyczące sprawy dzieci. Przyjrzałem się wynikowi i zamarłem. Wcześniej długo zastanawiałem się, co spowodowało zmianę w charakterze zabójstw, konkretnie między trzecim, a czwartym dzieckiem. Teraz, patrząc na daty, czułem, że na plecach skroplił mi się pot. W nocy, między dwudziestym ósmym, a dwudziestym dziewiątym kwietnia zaginął Thomas. Dwudziestego ósmego w południe znaleziono ciało trzeciego dziecka. Dwudziestego dziewiątego Cearbhall Kelly natrafił na zwłoki Sherrarda. Następne dziecko, znaleziono trzeciego maja. Było potraktowane zupełnie inaczej.

Siedziałem tępo wpatrując się w notatki. W głowie brzęczały mi zdania. Dzieci znajdowano w północnej części miasta. Ciało Thomasa znaleziono na północy. Posiadłość Thomasa rozciągała się między Finglas, a Santry. Obie miejscowości sąsiadują z północną dzielnicą Dublina. Thomas wyruszył na przejażdżkę w stronę północną. Thomasa zarżnięto rytualnie i naznaczono piętnem mordercy. Dzieci zostały pogryzione przez psy lub wilki. Thomas miał trzy, tresowane rottweilery. Thomas zabrał psy ze sobą. Grupa Montgomery’ego spotkała się w tajemnicy. Wszyscy byli protestantami. Wszyscy sprzeciwiali się polityce Wellesleya. Wszyscy byli oranżystami, nienawidzili katolików. Wszyscy mieli interes w wywołaniu zamieszek. Wszyscy wrócili nad ranem. Wszyscy kłamali.

Tej nocy zasnąłem tylko na krótką chwilę.

*

Przejdź do Rozdziału 4.

Na obrazku obraz Enrique Simonet „La autopsia”, 1890. Pobrane z wikipedii.

Jedna uwaga do wpisu “Dzieci Dublina. Rozdział 3.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s