Dzieci Dublina. Rozdział 2.

Pełgające płomienie świeczek nadawały piwnicy wrażenie bezpiecznego schronienia. Nie było tu drzwi, tylko klapa w suficie, prowadząca do zaplecza baru. Z przebiegających pod stropem drewnianych beli zwisały kępy suszących się ziół, kości ptaków i gryzoni. Piwniczka wyposażona była całkiem nieźle. Było tu łóżko z nowym siennikiem, stół i dwa krzesła, nawet ciężka skrzynia, z której wystawały ubrania i bielizna. Na stole zalegały brudne naczynia i utensylia do konserwacji broni.

Na sienniku leżał imponującej postury człowiek. Miał krótkie, siwe włosy i siwy, przynajmniej tygodniowy zarost na twarzy. Mimo nosa skrzywionego złamaniem, mężczyznę można było uznać go za przystojnego. Nazywał się Liam O’Brien. Jego myśli swobodnie wędrowały między obrazami przeszłości, a wizjami przyszłości.

Ktoś zastukał w klapę, dwa razy szybko i trzy razy wolno. Liam podniósł się z łóżka, przystawił do ścainy drabinę i wspiął się kilka szczebli. Trzymając wycelowany w górę pistolet, krzyknął: – Wejść!

Klapa uchyliła się powoli, wpuszczając do środka nieco świeżego powietrza i stłumione odgłosy sali barowej. Liam zobaczył twarz rudego nastolatka.

– Jest bezpiecznie – powiedział chłopak. – Mogę wejść?

– Shaun – powiedział Liam – wchodź.

Chłopiec zszedł na dół, rozsiadł się na krześle i żwawo sięgnął po jedną z butelek. Po odkorkowaniu rozniósł się zapach mocnego wina. Liam wyrwał chłopcu butelkę i odstawił na bok.

– Shaun, nie wolno ci pić, rozumiesz? Za młody jesteś.

– Jasne.

– Masz – powiedział Liam, podając bukłak z wodą – i opowiadaj.

– Dwie sprawy. Chłopaki z Limerick pojawią się na dniach. Póki co, nadal masz siedzieć tutaj i czekać. Angole jeszcze nie wiedzą, kogo szukać, ale nigdy nie wiadomo. Panowie z twojej listy podejrzewają, że to ty rąbnąłeś ich kolesia. Splądrowali twój warsztat i starają się do ciebie dotrzeć.

– Tego akurat się spodziewałem – burknął Liam.

– Dlatego właśnie masz tu zostać. Na razie czekamy, aż zjawi się wsparcie. Będzie mocna drużyna. W dwudziestym pierwszym załatwili Goinga. Twarde chłopaki.

– Ludzie Conana. Znam ich, byłem wtedy w Limerick. Wiem, co się działo. Cholera – warknął Liam, masując kark – to było dwa lata temu, a czuję jakby z dwadzieścia. Coś jeszcze?

– Byłem na targu.

– Znowu kradłeś?

– Nie, nie – zaprzeczył Shaun – ani grosza. Jak Bóg na niebie, że nie kłamię.

Liam spojrzał na chłopca i uśmiechnął się. Shaun kontynuował.

– Jakiegoś oficjela przyniosło do miasta. Jakiś nowy, z Londynu chyba i pewno ważny, bo aż siedmiu konstabli po niego wyprawili. I kilku wojskowych.

– Oficjel, mówisz? A czego on tu chce?

– Nie wiem dokładnie, nie miałem kiedy rozpytać. Wiem tylko, że z portu zawieźli go od razu do Zamku.

– Prosto do Wellesleya? Ciekawe, ciekawe. Spróbuj dowiedzieć się czegoś więcej.

– Pewnie. A wiesz, że ludziska o ciebie rozpytują? Już gadają naokoło, że cię pewnie Angole przymknęli. Brakuje cię na mieście, wiesz o tym, co?

– Wiem Shaun, ale mamy robotę do wykonania. Jak się z tym uporamy, wszystko wróci do normy.

– Trzymam cię za słowo. Dobra. To ja uciekam – powiedział Shaun i podniósł się z krzesła. – Mam jeszcze parę rzeczy do załatwienia.

– Rzeczy do załatwienia?

– Tak, jutro mam robotę i trzeba się przygotować.

– Shaun – rzekł Liam, wstając z łóżka – wiesz, że bardzo mi się to nie podoba.

– Wiem, Liam, ale potrzebna nam kasa. A z uczelni Trinity dobrze płacą. Musisz z czegoś tu żyć, nie? Ja też.

Liam nie skomentował. Niestety musiał się z chłopcem zgodzić.

*

Następnego ranka obudziłem się przy biurku w pozycji siedzącej. Z pokoju obok dochodziły odgłosy porannej krzątaniny. Ktoś zapukał do drzwi.

– Tu jestem – stęknąłem, przecierając ciężkie powieki.

Drzwi się uchyliły. Do środka zajrzał O’Toole. Rozejrzał się, zawiesił spojrzenie na mnie i zmarszczył brwi.

– Czy pan spał, choć trochę? – zapytał.

– Tak, tak – odparłem. – Trochę.

– Zrobiłem herbatę – powiedział Padraig, wchodząc do środka z filiżanką. Postawił ją przede mną, założył ręce za plecami i spojrzał na zalegające na blacie dokumenty.

– Pracował pan całą noc, tak?

– Tak, Padraig. Nie chciałem tracić ani chwili. Zbierz ludzi, mamy sporo pracy.

O’Toole opuścił biuro, a ja z ulgą chwyciłem filiżankę z parującą herbatą. Co by nie mówić, mój asystent wiedział, czego mi potrzeba. Herbata była trochę cierpka, ale mimo to sprawiła mi ogromną przyjemność. Delektując się jej ciepłem, skupiłem się na sprawie.

Z dokumentów dowiedziałem się niewiele, prócz podstawowych faktów. Widać, że moi poprzednicy nie mieli wielkiego pojęcia o pracy śledczego. Miałem do czynienia ze sprawą, która, prócz ewidentnego bestialstwa sprawcy, zapowiadała się na trudną. Zamordowanych dzieci była piątka. Pierwsze z nich, znaleziono jedenastego kwietnia, czyli prawie dwa miesiące temu. Chłopiec, wiek około ośmiu lat. Ślady na ciele wskazywały na pogryzienie przez zwierzęta. Samo w sobie nie byłoby to niczym zaskakującym, takie przypadki zdarzały się wszędzie, nawet w Londynie. Zastanawiające było natomiast to, że dziecko znaleziono nagie. A nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek, nawet największy nędzarz, potrzebował zakrwawionych i poszarpanych ubrań kilkuletniego dziecka. W przypadku następnej dwójki było podobnie. Drugie zwłoki, znowu chłopiec, w wieku między cztery a sześć lat, znaleziono nagie i pogryzione. Trzecie, w tym samym stanie, to dziewczynka w wieku około siedmiu lat. Ewidentne znamiona serii. Czwarte i piąte zwłoki różniły się od poprzednich, co utrudniało analizę sposobów działania zabójcy. Zwłoki dziewczynki, około dziesięciu lat, znaleziono trzeciego maja oraz chłopca w podobnym wieku, w dniu dwunastego maja, tydzień przed moim przyjazdem do Dublina. Dzieci miały na ciele wiele drobnych ran ciętych, ponadto ciała były w wysokim stopniu zwęglone. Opisy sekcji zwłok były bardzo skromne. A przecież w porównaniu do poprzednich stuleci, od początku dziewiętnastego wieku medycyna sądowa zrobiła ogromne postępy.

Z opisów zwłok mogłem wyciągnąć pierwsze, proste wnioski. Sprawca interesował się dziećmi, w wieku od czterech do dziesięciu lat. Płeć najwyraźniej nie miała dla niego znaczenia, natomiast istotne było pochodzenie społeczne. Dzieci te pochodziły z klasy ubogiej, być może z sierocińców. Gdyby to były dzieci protestanckie, czyli ze sfery uprzywilejowanej, zaginięcia z pewnością zostałyby zgłoszone, a ciała zidentyfikowane. Interesujące były też sposoby dokonania zbrodni. Pierwsza trójka została zagryziona przez zwierzęta. Czyżby porywacz wydawał je na pastwę dzikich psów? Jeżeli tak, to z pewnością musiał mieć dogodne do tego miejsce. Oddalone od ludzkich osiedli, gdzie nikt nie usłyszy krzyków ani ujadań psów.  Ciekawe skąd oficer badający ciała, wyciągnął wniosek, że były to wściekłe zwierzęta? To, że dzieci zostały zagryzione wcale nie musi oznaczać wścieklizny. Dobrze wyszkolone psy potrafią dorosłego człowieka rozszarpać na strzępy w przeciągu sekund. Ewentualnie badający użył słowa „wściekłe” w potocznym znaczeniu, niezwiązanym z chorobą zakaźną. Z tego, co wyczytałem, prowadzący sekcję nazywał się Michael Winston, lekarz polowy Armii. Jeden z pierwszych na liście osób do przesłuchania.

Bardzo ciekawa była różnica pomiędzy trzema pierwszymi zwłokami, a następną dwójką. Co się stało między trzecim, a czwartym dzieckiem, że zabójca zmienił technikę? Może się znudził? W przypadkach ciężkich schorzeń psychicznych nie można wykluczać takiej odpowiedzi. A tutaj ewidentnie mamy do czynienia z psychopatą. Dwójka dzieci z ranami ciętymi, rozległymi poparzeniami i dużym stopniem zwęglenia. No tak, ale co było pierwsze? Poparzenia czy nacięcia? Jeżeli przypalał dzieci, to czy po zadaniu ran ciętych, czy przed? Jakiego narzędzia użyto? Przecież to łatwo rozpoznać na podstawie widocznych ran. W raporcie napisano tylko „drobne rany cięte”. Co to miało znaczyć? Najwyraźniej nie dowiem się, dopóki sam nie zobaczę.

Następny plik papierów to raporty ze śledztwa i zeznania świadków. Z tych dokumentów nie wynikało kompletnie nic, poza brakiem zainteresowania sprawą oraz niekompetencją śledczych. Jedyni świadkowie to osoby, które znalazły ciała. Nie przesłuchano nikogo poza nimi. Ani okolicznych mieszkańców, ani patrolujących w danym czasie wojskowych. Nie wyszczególniono nawet dokładnych miejsc znalezienia ciał, napisano jedynie „w okolicy portu” albo “przy drodze wylotowej” i temu podobne bzdury. Trzeba to będzie nadrobić, choć nie sądzę, żeby wiele to dało. Niestety, mało kto zdaje sobie sprawę, że praca detektywa to nie tylko pościgi i pojedynki, ale godziny spędzone na wypytywaniu, poszukiwaniu świadków, mozolne odsiewanie nieistotnych informacji. Moi konstable będą mogli się niedługo o tym przekonać. Ich poprzednicy najwyraźniej nie przykładali do procedur wielkiej wagi. Pierwszy śledczy, prowadzący sprawę, to subkonstabl Tom O’Leary. Otrzymał sprawę w kwietniu, czyli po znalezieniu drugich zwłok. Śledztwo przejął sierżant armii Mitch McBurrows w dniu piątego maja, już po wysłaniu do Londynu prośby lorda Wellesleya o sprowadzenie specjalisty. Mamy tu, więc nie tylko sprawę kryminalną, obciążoną politycznymi uwarunkowaniami, ale też spór kompetencyjny między najwyższymi władzami Dublina. Wiedziałem, że będę musiał działać bardzo ostrożnie, zwłaszcza po tym jak potraktowałem Powella.

Całą noc przeglądałem dokumenty. Niektóre po kilka razy, próbując wyciągnąć z nich jak najwięcej informacji, znaleźć jakieś prawidłowości, ukryte wskazówki. Robiłem notatki, zapisywałem spostrzeżenia. Potem wypisałem wszelkie konieczne uprawnienia dla moich zastępców, zapoznałem się też z dossier każdego z nich. Teraz przyszła pora na kolejne kroki. Przygotowałem nazwiska osób do ponownego przesłuchania. Tym zajmiemy się od razu, pomyślałem. Z przygotowaną listą poszedłem do sali, gdzie czekali moi ludzie. Gdy się zjawiłę, stanęli na baczność. Obrzuciłem ich krytycznym spojrzeniem. Przynajmniej się umyli i ogolili. Zanotowałem w pamięci, żeby dopilnować sprowadzenia nowych mundurów.

– Spocznij – powiedziałem i usiadłem przy kaflowym kominku. – Mamy na dziś mnóstwo pracy, ale zanim do tego przejdziemy, chciałbym wyjaśnić parę rzeczy.

Konstable spojrzeli po sobie, odrobinę zaniepokojeni.

– Nazywam się Evan McEllis, to pewnie już wiecie. Jestem kapitanem dragonów w stanie spoczynku, obecnie w funkcji śledczego z szerokimi uprawnieniami, przyznanymi przez samego króla. Mówię wam o tym, żebyście wiedzieli, że mam pełne prawo karać i nagradzać moich współpracowników. Jasne?

Pokiwali głowami.

– Jeżeli chodzi o was, to będziecie bezwarunkowo wykonywać moje rozkazy, dopóki osobiście nie zwolnię was z obowiązków. Od teraz podlegacie tylko i wyłącznie moim rozkazom, więc jeżeli ktokolwiek inny zechce wami komenderować, możecie kazać mu się wypchać i pokazać dokumenty, które właśnie wam wystawiłem. Proszę, oto one. Collin Brown – oznajmiłem, wyciągając papier w kierunku młodego i wysokiego bruneta z odstającymi uszami. Chłopak cały czas szeroko się uśmiechał.

– Shane McManus – łysawy, czterdziestoletni Irlandczyk o imponującym brzuchu i wybrakowanym uzębieniu. Mimo ogromnej postury sprawiał wrażenie człowieka niezwykle serdecznego. Podszedł i odebrał papier. – William Fagan – niecałe dwadzieścia lat, ponurak o złym spojrzeniu.

– Dauthi Smith – prawie czterdzieści lat, o wąskich oczach i rudych włosach. Prezentował wyszkoloną żołnierską postawę. Z dokumentów wynikało, że brał udział w kampanii z tysiąc osiemset piętnastego roku.

– Samuel Willis – chudy, żylasty Irlandczyk, mówiący z dziwnym akcentem. Zgodnie z jego dossier pochodził z północy kraju, z Ulsteru.

– Alan Bowes – był szczupły, poruszał się zwinnie i z kobiecą gracją. Dawniej strzelec wyborowy w piechocie morskiej, miał na koncie kampanię wojenną ze Stanami Zjednoczonymi sprzed dziesięciu lat. Jego talent może być bardzo pomocny, pomyślałem.

– I wreszcie Padraig O’Toole – wręczyłem ostatni dokument. – Jesteś moim bezpośrednim zastępcą i adiutantem, w związku z tym będziesz miał najgorzej – powiedziałem, powodując uśmiechy na twarzach konstabli. – Jeżeli nie ma mnie w okolicy, wiążące będą dla was polecenia O’Toole’a. Jasne?

– Panowie – kontynuowałem. – Mamy tu do wykonania zadanie i chcę, żebyście o tym nie zapominali ani na chwilę. Nie interesuje mnie wasze wyznanie, ani upodobania polityczne. Czy lubicie blondynki, czy rude, to jest dla mnie nieistotne. Oczekuję pełnego posłuszeństwa, ale nie tylko. Ponieważ jestem tu pierwszy raz od wielu lat, potrzebuję waszego wsparcia i rady. Nie znam miasta, ani ludzi. Oczekuję, więc inicjatywy, jasne? Macie nie tylko biernie wykonywać rozkazy, ale też używać mózgów i myśleć. Waszym obowiązkiem jest dzielić się ze mną spostrzeżeniami, dotyczącymi sprawy. Jestem otwarty na pomysły i sugestie, mogące pomóc w odkryciu sprawców, rozumiemy się? Zależy mi na rozwiązaniu tej sprawy, dlatego musimy stworzyć zgrany zespół. Dla mnie nie ma różnicy czy te dzieci były irlandzkie czy angielskie. Dziecko to dziecko i ten, kto dokonał takiej zbrodni, powinien zostać ukarany zgodnie z prawem.

Wszyscy pokiwali ze zrozumieniem. Bardzo liczyłem, że ta rozmowa choć trochę zmniejszy ich nieufność wobec mnie, Anglika.

– Wymagam pełnego posłuszeństwa i zachowania dyscypliny oraz odpowiedniego wyglądu. O tym już rozmawialiśmy i nie mam zamiaru się powtarzać. Pamiętajcie, że będę wyczulony na każde uchybienie protokołu, a szczególnie na dokładne wykonywanie poleceń. Wasza służba pod moją komendą może wam pomóc w przyszłych karierach, gdyż zostanie odnotowana w aktach. Oczywiście wiąże się to również z premią do wypłaty, o której niewątpliwie O’Toole zdążył już wam wspomnieć. Po wykonaniu zadania czeka was również premia odpowiednia do zasług. Więc proszę się starać. To tyle słowem wstępu. Teraz przedstawię wam szczegóły sprawy i zadania na dziś. No i usiądźcie wreszcie.

Następną godzinę spędziliśmy na dokładnym podziale zadań. Musiałem też kilka razy tłumaczyć, po co i dlaczego chłopcy będą uganiać się po mieście z notesami i węglakami, zamiast pałek policyjnych. W zasadzie mógłbym stwierdzić tylko „wykonać i precz mi z oczu”. Wolałem jednak, żeby wykonywali swoje rozkazy z większym zrozumieniem. Każdy z nich miał odnaleźć kilka osób z listy i sprowadzić do naszej siedziby na przesłuchanie. W razie prób oporu mogli skorzystać z prawa tymczasowego aresztowania, zgodnie z Aktem Powstańczym z tysiąc osiemset dwudziestego drugiego roku, który zawieszał zasadę habeas corpus. Collin Brown miał zająć się obejściem dublińskich sierocińców. Kluczowe było zebranie wiadomości na temat zaginionych w ciągu ostatnich miesięcy dzieci. Z tą samą sprawą wysłałem O’Toole’a do magistratu. Miał przejrzeć wszelkie możliwe raporty i zgłoszenia, bo jeżeli takowe były, z pewnością zostały zignorowane. Ucieszył się bardzo na wieść, że w razie potrzeby miał prawo przycisnąć tamtejszych urzędników i konstabli. Ja zostałem na miejscu i zająłem się wypisywaniem dalszych rozkazów, pełnomocnictw, no i oczywiście analizą istniejących dokumentów.

Po dwóch godzinach zjawił się Alan z pierwszymi świadkami. Było ich troje spośród szóstki, którą miał na liście. Przesłuchania zacząłem od razu. A nie było to łatwe. Irlandczycy wykazywali głęboką nieufność wobec mnie i mojego dogłębnego wnikania w każdy szczegół ich wspomnień. Jąkali się, burczeli pod nosem, z trudem dało się z nich cokolwiek wyciągnąć. Oczywiście ich pamięć też mocno szwankowała, co mogło znaczyć, że albo rzeczywiście nie pamiętali tego, co istotne, albo nie chcieli zeznawać. Kilkakrotnie musiałem uciec się do argumentu siły. A przynajmniej zasugerowania, że mogę z takowego skorzystać. Ale i to niewiele dało. Zrezygnowany, odsyłałem ich jeden po drugim. W międzyczasie korytarz przed moim biurem zapełnił się oczekującymi na wejście ludźmi. Było to ciekawe skupisko, nad którym próbowali zapanować moi konstable. Znajdowali się wśród nich zarówno katolicy, jak i protestanci. Zwykli obywatele, razem z oficerami armii lub policji, którzy w różnym stopniu zetknęli się ze sprawą. Właściciele sklepów, w sąsiedztwie których znaleziono ciała. Było też kilku żołnierzy, którzy w tamtych dniach pełnili służby patrolowe. 

Zrobił się gwar, tłok i zaduch. Część zebranych trzeba było odesłać piętro niżej, do baru, bo na górze po prostu się nie mieścili. Istny cyrk. Z tego, co słyszałem, mało brakowało, a doszłoby do bójki między podoficerem armii, a lokalnym szewcem, którego repertuar przekleństw potwierdził umiejętności językowe, przypisywane jego profesji. O’Toole musiał interweniować. Rozdał kilka kopów i gróźb aresztowania. Poskutkowało. Proszę bardzo, pomyślałem. Moja własna republika równouprawnionych. Zrównanych wobec prawa i moich kaprysów. 

Było późne popołudnie, gdy musiałem osobiście wkroczyć do akcji, by zapobiec kolejnej kłótni. Tym razem czekający w kolejce podsekretarz dublińskiego zarządu dróg zbulwersował się, gdy ten sierżant armii odpalił śmierdzące cygaro, które przeszkadzało paniom. W obliczu zagrożenia musiałem zmienić kolejność przesłuchań i od razu na warsztat wziąć wojskowego. A był nim Mitch McBurrows, prowadzący sprawę dzieci przed moim przybyciem. Poprzedniego śledczego, subkonstabla Toma O’Leary, przeniesiono na zachód kraju i na razie był nieosiągalny.

*

Salę barową wypełnił gwar dyskusji. Drewniane ławy obsadzili oczekujący na swoją kolej ludzie. Przy barze było jednak pusto, ponieważ zebrani na sali zobowiązani byli nie pić. O’Toole zszedł z piętra gdy zaczepił go barman.

– Padraig, Chodź no tutaj.

– Nie teraz, mam kupę roboty.

– Chodź, mówię, to ważne – nalegał barman.

O’Toole podszedł do baru.

– O co chodzi? – zapytał konstabl, opierając się o masywny kontuar.

– Słuchaj, co to za szopka się tu wyprawia?

– Przesłuchania, a co?

– Jak ty żeś się w to wplątał? Służysz temu Angolowi, czy co?

– Martin, uważaj, co mówisz. Ten Angol to mój zwierzchnik i jesteśmy w trakcie śledztwa. O co ci chodzi?

– No nic. Ale myślałem, że wstąpiłeś do konstabularki nie po to, żeby służyć Angolom.

– Martin. – O’Toole poczuł ukłucie irytacji. – Masz mi coś do powiedzenia?

– Nic, nic – powiedział barman, ruchem głowy wskazując w dół. Padraig wychylił się poza kontuar. Zobaczył, że Martin trzymał w ręku zieloną, aksamitną wstążkę. O’Toole szybko się cofnął. Zmierzył barmana złym spojrzeniem.

– Nie chcę mieć z tym nic wspólnego – oznajmił Padraig, a w jego głosie ukryta była groźba. – Skończyłem z tym.

– Padraig, daj spokój, nie mówisz poważnie, co? Przecież wszyscy wiedzą, że poszedłeś do nich, żeby mieć oko na to, co się dzieje, nie? Że jesteś wtyką.

– Martin, nie przeginaj.

– Dobra, słuchaj. Dostałem dzisiaj cynk, że na dniach zjawią się w mieście chłopaki z Limerick. Szykuje się jakaś sprawa. Jeden już jest w Dublinie i pytał o ciebie. Będzie jakaś jatka, więc chcą mieć najlepszych. Czyli ciebie też, nie? – Martin roześmiał się szeroko, poklepując Padraiga po ramieniu.  O’Toole zerwał się nagle, chwycił barmana za kołnierz i przyciągnął do siebie.

– Słuchaj mnie palancie. To wszystko to jedno wielkie gówno, rozumiesz? To do niczego nie prowadzi, dlatego z tym skończyłem. Ci twoi kumple, twoje chłopaki, są jeszcze gorsze niż Angole. Widziałem dobrze, co robią z naszymi dziewczynami jak sobie popiją. Nie mam zamiaru przyłożyć do tego ręki, a każdemu, którego spotkam, porządnie skuję mordę, a potem aresztuję. Możesz im to przekazać, jak się następnym razem zobaczycie.

O’Toole miał bardzo zły wyraz twarzy, powietrze wokół niego trzeszczało z wściekłości.

– Nie chcę więcej o tym słyszeć. Nie aresztuję cię teraz tylko ze względu na stare czasy, ale lepiej nie wchodź mi w drogę.

– Tanio cię kupili – syknął Martin.

Ręka O’Toole’a błyskawicznie wystrzeliła do przodu. Barman poleciał do tyłu, obił się o półkę z butelkami, z których kilka spadło i stłukło się. Konstabl spojrzał na krwawiącego barmana.

– Jeśli tak ma wyglądać Eire, to ja dziękuję.

O’Toole odwrócił się plecami do baru i zobaczył, że wszyscy na sali wpatrują się w niego. Konstabl uśmiechnął się sztucznie i wydukał:

– Nie chciał zeznawać.

Wśród zebranych zapanowała konsternacja. Pół godziny później kapitan Evan McEllis zauważył, że przesłuchiwani nabrali większej ochoty do zeznawania.

*

Dzień zbliżał się do końca. Ciężkie chmury niechętnie przepuszczały ostatnie promienie słońca. Zimny wiatr owiewał wieżę kościoła Świętego Kennetha. Budynek stał na niskim kopcu, w otoczeniu smukłych brzóz i wysokich topoli. Poszarzałe ściany i brudne witraże idealnie współgrały z zachmurzonym, stalowoszarym niebem. Kościół sprawiał wrażenie samotnego i smutnego, jakby tęsknił za odchodzącym światłem dnia. Shaun krył się w cieniu i rozglądał. Za jego plecami sześciu nastolatków energicznie rozgrzebywało szpadlami ziemię. Wokół nich kręciło się kilka uzbrojonych w muszkiety postaci. Jedna z nich wyłoniła się z cienia. Był to wysoki, nieogolony typ o bardzo nieprzyjemnym wyrazie twarzy. Nazywał się John i był organizatorem wyprawy.

– Słuchaj, smarku – zwrócił się do Shauna – jesteś pewien, że ten będzie świeży?

– No pewnie. Sam wczoraj widziałem jak go zagrzebywali.

– Żeby nie było takiej wpadki jak ostatnio.

Kopacze dogrzebali się do brązowo sinej dłoni. Jeszcze chwilę pracowali łopatami, aż odsłonili większość zsiniałego ciała. Jeden z chłopców wziął głęboki wdech i zwymiotował. John zaśmiał się szyderczo, stanął obok i krytycznie ocenił wyłaniające się z ziemi zwłoki.

– Będzie dobry – powiedział. – Wy dwaj, brać łopaty i zaczynajcie kopać obok. Musimy dziś wygrzebać przynajmniej trzech. Ty i ty, ruszajcie po wóz.

W tym momencie do zebranych podszedł Shaun. Przytykając palec do ust, uciszył wszystkich.

– Słyszycie? – spytał. – Ktoś się zbliża. – Złodzieje zwłok natychmiast przypadli do ziemi, kilku schowało się za drzewami. Ochroniarze odciągnęli kurki muszkietów.

Po kilku minutach oczekiwania wyraźnie usłyszeli stukot kopyt i łomot toczących się kół. Z drugiej strony wzniesienia pojawiło się kilku konnych oraz zaprzęg z krytym wozem. Shaun przyjrzał się jeźdźcom. Mieli na sobie czarne kurtki konstabli. Jeden z nich był w cywilu, choć miał u pasa szablę oraz wojskowe olstry przy siodle. Shaun podczołgał się bliżej Johna. Jego muszkiet wycelowany był w kierunku nadjeżdżających.

– Poznaję ich – mruknął Shaun. – O’Toole i konstable. Tego ziomka w cywilu widziałem wczoraj i popytałem trochę. Na mieście mówią, że nazywa się McEllis. Wojskowy w stanie odpoczynku.

– Czego on tu, kurwa, chce? – zirytował się John.

– Diabli go wiedzą, ale ludzie mówili, że ma prowadzić sprawę zabitych dzieci. Co robimy?

John obrócił się na drugi bok.

– Na razie czekamy. Hej, wy tam, przy truposzu – szepnął. Dwaj bladzi ze strachu chłopcy spojrzeli na Johna. – Ziomek odgrzebany? – Chłopcy pokiwali głowami. – Dobra, to wyciągać truchło z grajdołka i do wozu z nim. Tylko po cichu mi tam.

Podrostki popatrzyły po sobie, ale wzięły się za robotę. Szło im niezgrabnie, trzęśli się ze strachu i obrzydzenia, ale powoli oddalali się od reszty. Tymczasem konstable zatrzymali się przy głównym wejściu i zaczęli wyciągać z wozu łopaty. Po krótkiej rozmowie McEllis i O’Toole weszli do środka, reszta rozsiadła się przed wozem. Słońce było już bardzo nisko. Zrobiło się chłodno. Spokój zaburzył rumor padającego na ziemię ciała i jęk jednego z chłopców. Rozległo się rżenie koni z ukrytego między drzewami zaprzęgu. John paskudnie zaklął. Konstable podnieśli się z miejsc, dobyli broni. Jeden z nich ruszył naprzód.

– Hej! Jest tam kto? Odpowiadać!

Pozostali, trzymając w rękach krótkie karabinki, ruszyli w ślad za nim. Jeden szybko wbiegł do kościoła. John mielił w ustach szkaradne przekleństwa. Konstable najwyraźniej nie planowali odejść, tym bardziej, gdy konie, zaniepokojone bliskością martwego ciała, nie ucichły. Nie widząc innej drogi John wstał i krzyknął: – Ognia!

*

Okazało się, że ciała zamordowanych dzieci nie zostały pochowane w Dublinie, lecz w pobliskiej wsi Finglas, jakieś trzy mile od centrum miasta. Dokładnie rzecz ujmując przy kościele pod wezwaniem Św. Kennetha. Spieszno mi było przebadać te ciała. Ubrałem się w strój cywilny, konstable założyli tylko regulaminowe, czarne kurtki. W międzyczasie, gdy pakowaliśmy na wóz narzędzia, dotarła do nas przesyłka z zamku w postaci dziesięciu krótkich karabinków, używanych przez formacje dragonów. Zamówienie złożyłem jeszcze przed przesłuchaniami i przyznam, że mile zaskoczył mnie fakt, że nie zajęło to wiele czasu. Karabinki takie były świetne do walki z konia oraz do ewentualnych starć w mieście. Przede wszystkim jednak, cztery z nich wyposażone były w najnowocześniejsze zamki kapiszonowe. Mimo, iż miały krótszy zasięg, to dawały się dużo łatwiej przeładować i były o wiele poręczniejsze. Niestety moi konstable nigdy w życiu nie używali tak nowoczesnej broni, dlatego musiałem pamiętać o przeprowadzeniu szkolenia. Jedynie Alan zdawał się nie mieć problemu z nową bronią. Uzbrojeni, wyruszyliśmy w stronę wioski. O’Toole bez przerwy gadał.

Finglas, wbrew moim oczekiwaniom, okazało się całkiem ładną miejscowością. Była to senna, choć zaskakująco schludna i czysta wieś. O’Toole powiedział, że Finglas znaczyło w gaelicu „czysty strumień”. Było jedną z ładniejszych wokół Dublina wsi, traktowaną przez bogatych protestantów, jako azyl od miejskiego gwaru. Prawda ta odnosiła się głównie do zakładu psychiatrycznego, którego właścicielem był niejaki dr Duncan. Interesujący nas kościół znajdował się w pewnej odległości od przebiegającej przez wieś drogi, skierowanej na północ od Ashborne, w której zamieszkiwał wuj O’Toole’a. Podobno był to stary, śmierdzący i złośliwy cap, dlatego Padraig omijał okolicę. Gdy przejeżdżaliśmy wzdłuż wartkiego strumienia rzeki Tolki, O’Toole wskazał na zachód, gdzie na wysokim wzgórzu rysowała się pękata figura zamku. Była to czworokątna budowla, z flankującymi ją basztami. Zamek należał do potomków niejakiego Jamesa Plunketta, bohatera któregoś z irlandzkich powstań. A Bóg jeden tylko wie, ilu takich było. Co naprawdę mnie zainteresowało, to znajdujące się obok zamku obserwatorium astronomiczne, zbudowane w zeszłym stuleciu. Zaskoczyło mnie to, ponieważ nie spodziewałem się tak postępowej placówki w tym zacofanym kraju. Obserwatorium prowadził protestancki opat Johna Brinkley i, jak stwierdził O’Toole, posiadało najnowocześniejsze lupy. Podejrzewałem, że mój towarzysz miał na myśli teleskop, lecz pewności mieć nie mogłem.  Postanowiłem odwiedzić to miejsce, gdy będzie już po wszystkim.

Przejechaliśmy przez solidny, łukowy most. Po prawej minęliśmy wysoki budynek starego młyna, w którym obecnie znajdowała się wełniana manufaktura, należąca do pana Cocksona. Pan Cockson parę lat temu miał ciekawą przygodę. Otóż, starając się przegonić panoszące się w budynku myszy, natknął się na prawdziwy, skryty w powale skarb. Skarb ów składał się z kilkudziesięciu monet, konkretnie złotych gwinei króla Karola Drugiego. Szczęśliwy znalazca spieniężył monety na czarnym rynku, po czym uzyskaną sumę przegrał w karty i popadł w długi. O’Toole uśmiał się, podkreślając, że część długu zalegała do dziś. I gdy sądziłem, że to koniec opowieści, Padraig wskazał oddalony nieco od młyna dom, w którym znajdował się Belle Vue, kolejny zakład dla obłąkanych. Słuchając dalej, zastanowiła mnie jedna rzecz. Żeby poznać tak dużo lokalnych opowieści, należałoby mieszkać w okolicy od lat. Kłóciło mi się to z pewnym faktem, dotyczącym Konstabli Hrabstwa. Każdy nowy członek, w momencie zaciągnięcia w szeregi konstabli, był przenoszony, aby nie pracować w miejscu urodzenia. Była to powszechna praktyka, mająca na celu zlikwidowanie emocjonalnego związku konstabla z ludnością. Skąd w takim razie O’Toole znał te wszystkie historie, skoro formacja została utworzona dopiero rok temu? Czyżby mój adiutant miał coś do ukrycia? Zanotowałem w pamięci, żeby porozmawiać z nim o tym przy najbliższej okazji.

Zanim stanęliśmy u wrót kościoła Św. Kennetha, zdążyłem się jeszcze dowiedzieć, że parę lat temu odkopano tu cenny zabytkowy krzyż, ukryty w ziemi na kilka stuleci w obliczu nadciągających wojsk Cromwella, oraz że w młynie pana Cocksona stacjonował ponoć sam Wilhelm Trzeci Orański. Poza tym niedaleko stąd znajdowała się studnia Świętego Patryka, której woda miała lecznicze właściwości. Podobno sam patron Irlandii pił z tej studni i używał jej do chrzczenia pogan. Ze studnią wiązała się inna ciekawa opowieść, a mianowicie sto lat temu okrzyknięta została cudem Wysp Brytyjskich, z którym równać się mógł tylko kurort w Montpelier. Autorem tej opinii był turecki cyrulik Ahmed Borumborad. Jednak legenda nieco zbladła, gdy wyszło na jaw, że turecki uczony w rzeczywistości nazywał się Patryk Joyce, pochodził z Kilkenny i był beznadziejnym pijaczyną. Przyznam, że i ja się uśmiałem z tej anegdoty.

Wzbogacony o unikalną wiedzę z lokalnej historii, zatrzymałem się przy kościele. Zsiadłem z konia, rozkazałem konstablom przygotować się do pracy, a sam w towarzystwie O’Toole’a ruszyłem do drzwi. Kościół, zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz nosił wyraźne znamiona czasu. Gzymsy wygładziły się pod wpływem wiatru i deszczu, rzeźby modlących się apostołów pokrywała gruba warstwa ptasich odchodów, w kilku oknach, zamiast witraży, straszyły krzywo przybite deski. Wewnątrz panował półmrok, nie dało się rozróżnić szczegółów fresków, które ozdabiały ściany. Dotyczyły prawdopodobnie scen z życia świętego Kennetha, dwunastu apostołów Irlandii oraz założenia opactwa Finglas w połowie szóstego wieku. Wnętrze świątyni nie było zapuszczone, tylko biedne, stare i wymagające renowacji, ale czyste. 

Echo naszych kroków zwróciło uwagę krzątającego się przy ołtarzu księdza. Był to starszy, łysiejący jegomość, o zadziwiająco wyprostowanej postawie. Musiał mieć przynajmniej sześćdziesiąt lat, ale krok miał pewny i żwawy. Podszedł do nas i obrzucił badawczym spojrzeniem.

– Jestem kapitan Evan McEllis – zagaiłem – a to mój adiutant, Padraig O’Toole. Jesteśmy tu w sprawie pochowanych przy kościele dzieci.

– Ojciec Patryk – przedstawił się ksiądz. – Chodzi o zamordowane dzieci, tak?

– Tak – odparłem. – Tutaj mam pisemny nakaz ekshumacji zwłok – powiedziałem wręczając dokument. – Potwierdzony przez lorda Wellesleya – zaznaczyłem, w razie wątpliwości.

– Tak, widzę – mruknął Patryk. – Proszę wybaczyć, nie jestem przyzwyczajony do zbrojnych w moim domu.

– Rozumiem. Jesteśmy służbowo i nie będziemy długo zakłócać spokoju ojca. Proszę tylko nam wskazać miejsce pochówku.

– A co ze spokojem duszy tych biednych dzieci?

– Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale nie jestem tutaj, by popadać w teologiczne dysputy. Prowadzę śledztwo, a jeżeli chodzi o spokój dusz, to z pewnością zaznają go o wiele więcej, jeżeli morderca zostanie ukarany.

– To racja – powiedział Patryk po chwili zastanowienia. Spojrzał mi w oczy. Było to badawcze spojrzenie, lecz nie wrogie. Rzekłbym, że nawet życzliwe. A to coś zupełnie nowego. – Nie miałem zamiaru sprawiać problemów. Jestem tylko zaskoczony, że ktokolwiek się tym interesuje.

– Prowadzę sprawę na prośbę Lorda Namiestnika, jeżeli chodzi o ścisłość. – Ojciec Patryk wyraźnie się zdziwił.

– Rozumiem. To chyba dobry znak, że Lord Namiestnik postanowił zrobić coś w tej kwestii. Szczerze mówiąc spodziewałbym się raczej… hm… – Patryk urwał, szukając odpowiednich słów.

– Irlandczyka? – odgadłem.

– Tak, Irlandczyka. Teraz niech pan mnie źle nie zrozumie, ale Anglicy zwykle nie przejmują się sprawami katolików. Szczególnie tych biednych.

– Rozumiem – rzekłem – i cieszę się, że mogę ojca pozytywnie zaskoczyć. Czy możemy teraz ruszyć na miejsce pochówku?

– Oczywiście – powiedział ksiądz, wskazując ręką w stronę wyjścia. Ruszyłem, pobrzękując szablą i ostrogami. – Czy pan wie, że zdążyłem już stracić wszelką wiarę w znalezienie zabójcy tych dzieci? Nigdy nie podejrzewałem, że ktoś na poważnie się tym zajmie.

– Wyobrażam sobie – powiedziałem. – Niestety poprzednie próby śledcze były dość nieudolne.

Drzwi kościoła otworzyły się gwałtownie, do środka wbiegł konstabl William.

– Panie kapitanie – powiedział. – Wyjdzie pan.

– Co jest, co się dzieje? – spytał Padraig.

– Ktoś na zewnątrz. Nie wiemy co, ale…

Tym razem William urwał. Na zewnątrz rozległy się strzały. Ktoś jęknął, podniosły się krzyki. Znowu huk broni. Wybiegliśmy z kościoła. Zobaczyłem jak Collin odciągał za wóz rannego Samuela. Alan przyległ do ściany kościoła celując w stronę drzew, tymczasem Dauthi, skryty za wozem, ładował karabin. W oddali zobaczyłem uciekających ludzi. Jeden z nich zatrzymał się, podniósł muszkiet i wypalił. Nie wysilałem się, żeby unikać. Kula świsnęła wysoko ponad nami.

– O’Toole! – krzyknąłem, doskakując konia.  – Fagan! Smith! Brown! Na koń! Shane zajmij się Willisem, Alan, kryj nas!

Dosiadłem konia. Wyszarpnąłem pistolet z olstry, odciągnąłem kurek i dałem Shannonowi ostrogami w bok. Koń bez ociągania ruszył galopem. Collin i Dauthi byli tuż za mną, starali się przeładować, ale szło im niemrawo. Brak wyszkolenia zbierał swoje żniwo. William został w tyle, a O’Toole spadł z konia. Pędziłem, zbliżając się do biegnących postaci. Trudno manewrowało się między drzewami, nie mogłem całkiem się rozpędzić. Konstable również mieli problemy, zwłaszcza, że najlepszymi jeźdźcami nie byli. Uciekinierzy usłyszeli nas i rozproszyli się. Jeden stanął, wycelował i strzelił. Kula śmignęła obok i łupnęła w pień drzewa. Skierowałem konia w lewo, ustawiłem się pod kątem w kierunku strzelca, szybko uniosłem broń i odpaliłem. Mężczyzna przewrócił się i zniknął w krzakach, ale zaraz się podniósł. Uciekał dalej, porzucając muszkiet.

– Dauthi! – rozkazałem. – W dół pagórka, zajedź im drogę!

Konstabl ruszył między drzewami. Sam ruszyłem naprzód, lewą ręką powodując koniem. Wyjąłem drugi pistolet, odpaliłem. Tym razem bez pudła. Uciekinier krzyknął i padł twarzą w błoto. Zaskakujące było, że Shannon ani drgnął na huk broni czy zapach prochu. Szkolona bestia, pomyślałem. Schowałem pistolet, wyszarpnąłem szablę i dałem ostrogami w boki. Gdzieś rozległ się następny wystrzał, tym razem za mną. Usłyszałem świst kuli i kolejny napastnik upadł. Alan był doskonałym strzelcem. Schyliłem głowę by nie walnąć w grubą gałąź, rozejrzałem się. Wystrzał. I znowu, i jeszcze jeden. Ruszyłem w stronę odgłosów walki. Zjechałem ze wzniesienia, zobaczyłem Dauthiego obok zwijającego się z bólu konia. Jeden z bandytów biegł w stronę ogłuszonego konstabla, lecz zahamował, gdy mnie zobaczył. Odwrócił się i rzucił do ucieczki. Biegł na otwartej przestrzeni, w stronę ruin, za którymi rysowały się budynki gospodarcze. Pospieszyłem konia, uniosłem się w strzemionach. Dopędziłem bandytę po krótkiej chwili, zamachnąłem szablą, chlasnąłem po plecach. Krew siknęła na jasnoszary bok Shannona. Napastnik jęknął i padł na ziemię. Wyhamowałem, zawróciłem i spojrzałem w dół. Bandyta nie żył. Od strony zabudowań wybiegło kilka osób, krzycząc i gestykulując. Nie wiedziałem, o co im chodzi, rozejrzałem się szybko. W oddali, po drugiej stronie rzeki, dwóch napastników ściągało Collina z siodła. Ruszyłem w pełnym galopie. Czując na twarzy pęd wiatru, przeklinałem w myślach swoją głupotę. To był błąd, że się rozdzieliliśmy. Wydałem rozkazy, nie znając wartości bojowej moich ludzi. Mam nadzieję, że nie przypłacą tego życiem. Schowałem szablę, pochyliłem się nisko nad końską grzywą i pędziłem. Shannon zwinnie przeskoczył nad kamiennym murkiem, żwawo wkroczył w nurt rzeki. Gdy byliśmy po drugiej stronie, bandyci zwrócili na mnie uwagę. Unieśli karabiny. Zrobiło mi się gorąco, żołądek zawiązał się na supeł, a w uszach zaszumiało. Padły strzały i żaden nie trafił. Uniosłem się w siodle, dobywając szabli. W pełnym galopie, dodałem sobie odwagi bojowym okrzykiem. Bandyci stracili chęć do walki i rzucili się do ucieczki. Tylko jeden starał się przeładować, spoglądając to na mnie, to na lufę. Nie zdążył, a ja nie myślałem już o braniu jeńców. Ciąłem z pełnego zamachu, przez twarz. Metal złowrogo zgrzytnął na kości, ostrze uwięzło w czaszce. Krew zachlapała mi buty i bryczesy. Zatrzymałem się, zsiadłem z konia. Collin był cały, tylko trochę potłuczony i zdezorientowany. Nie zdążyli wyrządzić mu krzywdy. Obejrzałem się w stronę uciekających. Byli dość daleko, lecz jednego z nich rozpoznałem. Z początku nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem, lecz po chwili byłem już pewien. Był to rudy, nastoletni chłopiec, którego spotkałem kilka dni temu na targu rybnym. Wyszarpnąłem tkwiącą w czaszce szablę i doskoczyłem do konia. Ruszyłem w pogoń. Chłopiec odbił od reszty grupy, zniknął między drzewami. Poczułem na twarzy pierwsze krople deszczu.

*

Nadchodził zmierzch. Słońce skryło się za grubą pokrywą chmur, które zraszały ziemię drobnym deszczem. Skryte pod koronami drzew ścieżki były ledwie widoczne, a ściemniało się bardzo szybko. Shaun biegł ile sił, odgarniając gałęzie. W oddali słyszał narastający stukot kopyt. Skręcił w prawo, w stronę wzniesienia, potknął się o korzeń i przewrócił. Zorientował się, że jeździec wjechał już w las. Chłopiec zerwał się na nogi i rzucił w kierunku ścieżki. Czuł jak serce wariuje mu ze strachu, a w ustach robi się sucho. Bał się bardzo, że Anglik złapie go i zabije, albo odda tym, którzy mordowali dzieci. Shaun bał się bólu, nie chciał być torturowany, wolał umrzeć szybko. Ale śmierci też nie chciał. Pomyślał o tym, co wtedy zrobi jego matka i rodzeństwo, gdyby go zabrakło. Ojciec od dawna nie żył, zabity przez Anglików, podobnie jego wujek i ciotka. Reszta rodziny rozproszyła się po kraju. Myśląc o matce, Shaun przeskoczył zwalony pień, wpadł w błotną kałużę, znowu się przewrócił. Chłopiec obrócił się sprawdzić czy jeździec jest blisko. Krzyknął z przerażenia, gdy zobaczył górującą nad nim figurę mężczyzny. Odgradzał ich tylko zalegający w krzakach pień. Siny jak śmierć koń, umazany był krwią, podobnie jak sam jeździec. Na butach miał brunatne plamy, szabla połyskiwała czerwienią. Ciężki oddech konia brzmiał jak odgłos wielkiego, rozgrzanego pieca, w którym Shaun miał za chwilę spłonąć.

– Stój – rozkazał Anglik, mierząc szablą w stronę chłopca. Shaun zamarł w bezruchu. Marzył o tym, by zniknąć, by go po prostu nie było. Anglik zwinnie zeskoczył z konia, wyminął sterczące z ziemi korzenie i podszedł bliżej, ani na chwilę nie opuszczając szabli. Shaun rozejrzał się wokoło, szukając ratunku. Byli sami, reszta bandy znikła w lasach między Finglas, a Jamestown.

– Nawet o tym nie myśl – powiedział mężczyzna. Miał długie, czarne włosy związane na karku aksamitką, w tej chwili w lekkim nieładzie. Spod rozpiętej, krótkiej kurtki wystawała pobrudzona kamizela i kremowa koszula. Czarne spodnie podarły się w kilku miejscach. Przy pasie swobodnie zwisała zakrzywiona, metalowa pochwa. Wyglądał strasznie, jak jeden z demonów, o których niegdyś opowiadał Liam. Mężczyzna schował szablę, lecz Shaun nie miał wątpliwości, że nie było szans na ucieczkę. Dopiero co widział na własne oczy jak Anglik samotnie zaszarżował na Irlandczyków, uniknął przynajmniej stu kul, po czym z zimną krwią zaszlachtował jednego z nich. Pamiętał go też z targu, lecz wtedy miał zupełnie inne odczucia. Wtedy pomyślał, że Anglik był życzliwy. Przecież rozdawał dzieciom z sierocińca pieniądze, nie tknął przy tym ani jednego, nie krzyczał, nie bił, nic z tych rzeczy. Teraz ten sam człowiek stał przed chłopcem, powodując paraliżujący strach.

– Jak się nazywasz? – zapytał. Shaun milczał. Czuł w gardle coś, co przypominało zgniłe, wilgotne pakuły. To coś wędrowało od przełyku do żołądka i z powrotem. Nie wykrztusił ani słowa. Mężczyzna powtórzył pytanie. Jego głos był groźny i nieznoszący sprzeciwu.

– Sh… Shaun – wydukał chłopak.

– Shaun?

– Shaun Connick.

– Ile masz lat?

– Cz… czternaście.

– A chcesz iść do więzienia?

– Nie, nie – zapewnił Shaun.

– W takim razie odpowiesz na moje pytania, tak?

– Tak, tak, odpowiem.

– Pamiętaj, że będę wiedział, jeśli skłamiesz i wtedy zabiorę cię ze sobą. Skończysz w lochu, rozumiesz?

Shaun energicznie przytaknął. Mężczyzna rozejrzał się i przysiadł na grubym pniu. Wyciągnął zza pazuchy białą chustkę i podał chłopcu.

– Masz – powiedział – wytrzyj sobie twarz. – Shaun przetarł twarz chustką, po czym znowu zdrętwiał ze strachu, gdy zobaczył, że ubrudził ją czarnym błotem. Spojrzał na Anglika i czekał na pierwszy cios.

– No, co? – spytał mężczyzna. – Chyba lepiej, nie? – Shaun przytaknął, ciągle nie mogąc opanować drżenia rąk.

– Widzę, że się mnie boisz. Nie powinieneś, nie zrobię ci krzywdy. Chcę porozmawiać, ale nie mamy dużo czasu. Usiądź.

Shaun przysiadł na gałęzi naprzeciw Anglika. Ciągle czuł strach, zastanawiał się gdzie jest haczyk, dlaczego ten człowiek był taki inny, dlaczego od razu nie aresztował Shauna, czego mógł chcieć?

– Jestem kapitan Evan McEllis – przedstawił się. – Zapamiętaj to na przyszłość. A teraz powiedz mi, co tutaj robiłeś?

– Tutaj?

– Przy kościele. Czego tam szukaliście?

– No, myśmy po trupy przyjechali.

– Po trupy mówisz. A po co wam one?

– Nam na nic. Załatwiłem taką robotę i z tego miały być pieniądze.

– A od kogo te pieniądze?

– No… – Shaun urwał, nie chcąc powiedzieć prawdy.

– Shaun, lepiej nie zmyślaj – naciskał kapitan. Shaun wiedział, że musi powiedzieć, bardzo nie chciał iść do więzienia. I bał się też, że mogą go z stamtąd zabrać i skrzywdzić, tak samo jak pozostałe dzieci.

– No, z uczelni Trinity.

Żołnierz spojrzał na chłopaka przenikliwie. Spojrzenie to było ciężkie i nieufne, choć nie wrogie. Shaun nie bał się już tak bardzo, zaczynał powoli odzyskiwać rezon, ale nadal czuł się niepewnie. Powietrze przesiąknięte było wilgocią, coraz cięższe krople deszczu przebijały się między liśćmi.

– Z Trinity mówisz. A jesteś pewien, że nie kłamiesz? – spytał groźnie McEllis.

– Mój panie – szybko odparł Shaun – jak pragnę Boga, że nie kłamię. Taki starszy, siwy koleś, z blizną na głowie, nie wiem jak się nazywa, ale wiem, że on tam jest jakimś profesurą w szkole.

– Skąd go znasz?

– Spotkałem go kiedyś w szpitalu Meath.

– Skąd się tam wziąłeś?

– A załatwiam czasem dla nich różne rzeczy. Mam z tego parę groszy. No i raz, jak tam byłem, to zagadnął mnie ten ziomek i spytał czy bym dla niego coś nie załatwił.

– Dawno to było?

– Będzie ze dwa lata.

– I od tamtej pory organizujesz takie wypady po nieboszczyków, tak? Często?

– A różnie. On się ze mną kontaktuje, zamawia tych nieboszczyków i daje czas, parę groszy na wynajęcie ludzi i tyle. To już będzie z dziesiąty raz.

– A co on potem z tymi ciałami robi?

– Panie, broń Boże, żebym pytał. Co ja tam wiem, jakie wy bogaci świństwa robicie? – Shaun zorientował się, co powiedział i opuścił głowę. Serce znowu mocniej zabiło, szykował się na uderzenie. Ale żaden cios nie spadł. McEllis pytał dalej.

– Dobrze, powiedz, co mieliście z tymi ciałami zrobić?

– No, mieliśmy zawieźć je do takiego małego baraku.

– Gdzie ten barak?

– Przy Placu Mountjoy.

– A co potem?

– Nie wiem. Zawsze, jak odwoziliśmy ciała, to tam czekała sakiewka z pieniędzmi i koniec. Po sprawie.

– Rozumiem. A skąd wiesz, że człowiek jest z Trinity College?

Shaun znowu zamilkł.

– Mów chłopcze i nie kręć.

– No, kiedyś widziałem go w barze Kehoe’s. Pił z innymi ziomkami. – Shaun recytował jednym tchem, jakby wyuczuł się rymowanki na pamięć. – Zapytałem szefa, co za jedni, a on powiedział, że to profesury z Trinity, coś tam świętowali, że ktoś jakieś elekro coś odkrył i to takie ważne.

– I nie wiesz jak się ten człowiek nazywał?

– Panie – Shaun przeżegnał się – żebym tak oślepł.

– Dobrze. – McEllis zapytał: – Shaun, czy ty wiesz, co ja tu robię?

– Nie, proszę pana, nie wiem.

– Przysłał mnie tu sam król, żebym rozwiązał zagadkę zabitych dzieci. Słyszałeś o tej sprawie?

– Tak, proszę pana, wszyscy słyszeli.

Gdzieś z oddali doszły ich stłumione nawoływania oraz tętent. Shaun błyskawicznie się podniósł i rozejrzał. McEllis nie spuszczał z chłopaka wzroku.

– Spokojnie, są jeszcze daleko. Powiedz mi Shaun, czy wiesz coś o tej sprawie? O dzieciach?

Shaun zająknął się i zamarł.

– Shaun, jeżeli cokolwiek wiesz, powiedz mi to teraz, bardzo mi na tym zależy.

– Ja nie wiem… – urwał, słysząc jak ktoś wjeżdża między drzewa. – Nic nie wiem. Panie, oni mnie zobaczą.

– Spokojnie. Nie bój się. A teraz odpowiedz jeszcze raz, bo widzę, że kłamiesz. Mów, co wiesz – głos Evana stał się bardziej zdecydowany.

– Ja nie mogę – zająknął się żałośnie i zrobił krok do tyłu.  Anglik podniósł się, złapał chłopaka za ramiona i przytrzymał.

– Dziecko, mów, co wiesz, szybko. To ważne!

Shaun starał się wyrwać, ale uścisk McEllisa był zbyt mocny.

– Nic nie wiem, puść mnie wreszcie! – krzyknął chłopak. Udało mu się wyswobodzić rękę, zamachnął się na Evana, lecz chybił, więc z całej siły kopnął żołnierza w piszczel. Noga eksplodowała bólem, zaskoczony McEllis stracił równowagę, poślizgnął się i pacnął w błoto. Shaun rzucił się do ucieczki. Lecz nie odbiegł daleko, ponieważ wpadł na czyjegoś konia.

– Panie kapitanie! – rozległ się donośny głos O’Toole’a. Konstabl zeskoczył z siodła i rzucił się w pogoń za chłopcem. McEllis podniósł się z kałuży, próbując oczyścić kurtkę z błota.

– O’Toole! – krzyknął. – Wracaj tu!

Spomiędzy drzew wyłoniła się masywna sylwetka konstabla.

– Co tu się stało? – dociekał Padraig. – Co to za dzieciak?

– Wszystko porządku – rzekł Evan, spoglądając w stronę drzew, między którymi zniknął Shaun. – Ruszajmy, nikogo tu nie ma.

O’Toole wyglądał na zdezorientowanego, lecz nie dyskutował. Dosiedli koni i ruszyli w stronę kościoła.

– Już się baliśmy, że coś się panu stało – zagadnął konstabl.

– Dobrze, że mnie tam samego znalazłeś – wciął się McEllis patrząc wprost przed siebie.

O’Toole spojrzał wymownie na oficera, lecz nie dostrzegł żadnej reakcji. Pokiwał głową i więcej się nie odzywał. Niezgrabnie trzymał się końskiej grzywy i bujał w siodle. Było zupełnie ciemno, deszcz padał w najlepsze. Jeźdźcy pospieszyli konie.

*

Kolejna nieprzespana noc, pomyślałem, przewracając się z boku na bok. Za oknem jeszcze nie świtało, lecz zegar naścienny wskazywał kwadrans do piątej, co znaczyło, że słońce wychyli się lada moment. Było bardzo cicho, każdy mój ruch pobudzał trzeszczące łóżko do głośnego protestu. Stwierdziłem, że nie ma to sensu i wstałem. Zarzuciłem szlafmycę, odpaliłem lampkę i poszedłem do biura. Po spotkaniu ze złodziejami zwłok i wczorajszych awanturach, bolały mnie plecy i tyłek, musiałem więc poruszać się ostrożnie. Cholera, to już nie te lata, żeby tak się wysilać. Rozpaliłem ogień w kominku, zawiesiłem na rożnie imbryk z wodą, przygotowałem czajniczek i filiżankę na herbatę, wyjąłem ze skrzyni lniany worek z cukrem. Wziąłem też ze sobą notatki z przesłuchań. Wszystko ułożyłem na stoliku, a sam wygodnie rozsiadłem się w fotelu, wyciągając nogi na blat. Pomyślałem, że skoro i tak nie mogę spać, to może, chociaż spróbuję ogarnąć wydarzenia ostatnich dni.

Efekt przesłuchań, prócz nadszarpniętej cierpliwości właściciela baru i pewnie kilku skarg w magistracie, był dość mierny. Usłyszałem wiele różnych opowieści, z czego zapewne połowa była zmyślona. Faktów, jakie udało się zebrać było niewiele i nawet nie wiem czy okażą się przydatne. Udało mi się ustalić dokładniejsze miejsca znalezienia ciał. Pierwsze z nich znaleziono na Constitution Hill, naprzeciwko King’s Inn. Trafiła na nie grupa podpitych robotników portowych, wracających z nocnej balangi. Z tego, co opowiadali, znalezisko szybko ich otrzeźwiło i natychmiast ruszyli po najbliższy patrol wojska. Następne ciało porzucono przy wejściu do pałacu Charlemont House. Tym razem znalazcą była pielęgniarka z pobliskiego szpitala Lying In, która miała rozpocząć swój dyżur. Trzecie dziecko, te ostatnie z pogryzionych, znaleziono na skrzyżowaniu Circular Road z Upper Dorset Street. To dość pusta i słabo zabudowana okolica. Ciało poleżałoby nieco dłużej, gdyby nie pszczelarz, który jechał do baru Oval z dostawą słodu miodowego. Bar znajdował się na rogu Abbey i Sackville Street, a dostawca jechał ze wsi Glasnevin. Spojrzałem na mapę. Wszystkie trzy miejsca były dość blisko siebie. Była to północna strona miasta, a dokładnie jego północno zachodni kraniec. Z tej okolicy prowadziły drogi wylotowe do wsi Finglas, Glasnevin i Drumcondra. Było to bardzo ciekawe, ponieważ dwa następne ciała znaleziono w zupełnie innej okolicy. Nadal po północnej stronie, lecz bliżej Zatoki Dublińskiej. Na czwarte w kolejności zwłoki natrafił patrol armii, niedaleko zakładów chemicznych, przy drodze na Półwysep Howth. Piąte i ostatnie dziecko odnaleźli marynarze z fregaty HMS Burlington, którą chyba miałem kiedyś okazję widzieć w Stanach Zjednoczonych, w trakcie oblężenia Fortu Oswego. Marynarze z porannej wachty zwrócili uwagę na toczący się wóz, z którego coś wypadło. Z początku nie wiedzieli, czym była zguba i dopiero gdy jeden z nich zszedł na ląd, okazało się, że to ciało martwego dziecka. Zaalarmowali straż, jednak patrol nie palił się do gonitwy za wozem i na tym historia się skończyła. Ciekawe, że wątek wozu pojawił się wcześniej, przy okazji trzeciego dziecka. Niejaki Paddy Boland, w drodze z Glasnevin minął inny wóz kierujący się na północ. Zwrócił na niego uwagę, ponieważ było dość wcześnie jak na podróż z miasta, a po drugie wóz wydał mu się brudny. W trakcie przesłuchania stwierdził, że zabrudzenia mogły być śladami krwi. Niestety od zdarzenia minęło wiele czasu i starszy już mężczyzna nie był pewien szczegółów tamtego poranka. To w zasadzie tyle istotnych wiadomości, jakie zdobyliśmy.

Z zamyślenia wyrwał mnie metalowy stukot. Pokrywka czajniczka zatańczyła wesołego walca. Zalałem herbatę, odsunąłem filiżankę na bok, aż napój się zaparzy. Wracając do sprawy, pomyślałem, że może warto by było poszukać wozu, odpowiadającego opisowi marynarzy. Trochę to szukanie igły w stogu siana, ale teoretycznie byłbym w stanie zawęzić obszar poszukiwań do kilku północnych miejscowości. Jasne. I kilkuset innych miejsc ukrytych w lasach, zagajnikach, na plażach, pod urwiskami i klifami. Ale kto wie? Może będzie warto? W każdym razie było pewne, że jeżeli pierwsza trójka została zamordowana przez tego samego człowieka, co pozostałe dzieci, to w międzyczasie musiało się wydarzyć coś, co zmieniło sytuację przestępcy. Wskazywały na to różnice w sposobie dokonania zabójstw oraz miejsca porzucenia ciał. Tylko, co to mogło być? Niewątpliwie zabójca chciał, żeby dzieci odnaleziono dokładnie w takim stanie, w jakim je zostawił. Po cóż innego byłby cały wysiłek, żeby transportować ciała do miasta, ryzykując przy tym wpadkę? Może blisko odkrycia motywu był lord Wellesley? Może chodziło o podjudzenie niesnasek między katolikami i protestantami? Skoro sytuacja i tak była zaogniona, a katolicy z pewnością za śmierć dzieci obwiniać będą Anglików i protestantów, to byłby to doskonały sposób na wywołanie zamieszek. Albo strachu. Pytanie tylko, komu na tym mogło zależeć?

Upiłem drobny łyk, ostrożnie, by nie sparzyć się gorącą herbatą. Wziąłem do ręki kolejny plik dokumentów. Była to lista dzieci, których zaginięcia zgłoszono. Na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy było ich jedenaście. Trzeba będzie sprawdzić, czy ktoś pamięta, co się z nimi działo tuż przed zaginięciem. Przy okazji poczułem pewnego rodzaju wstyd za ludzi pilnujących prawa w mieście. Tyle zaginięć w tak krótkim czasie i ani jednego śledztwa. Oczywiście wszystkie dotyczyły katolickiej większości, głównie biedoty. Ośmioro z dzieci było sierotami, mieszkającymi w przytułkach. Odłożyłem papiery i zapatrzyłem się w nie. Mam już więcej informacji, pomyślałem. I gdzieś wśród tych zeznań jest mój trop. Jakiś szczegół, którego będę mógł się uchwycić i podążyć za nim do celu. Na dalsze wnioski było jednak za wcześnie. Miałem szczerą nadzieję, że sekcja zwłok przyniesie mi coś więcej. Oparłem się wygodnie w fotelu, czekając aż herbata nieco ostygnie.

Do tego wszystkiego należało dołożyć sprawę złodziei zwłok i tego chłopaka, Shauna Connicka. W wyniku strzelaniny, tylko Samuel został ranny i to niezbyt poważnie. Postrzał był powierzchowny. Ojciec Patryk natychmiast opatrzył ranę. Przyznam, że zrobił to bardzo wprawnie. Reszta była nieco poobijana, ale nic poważnego. Napastników zginęło w sumie pięciu, ilu rannych tego nie wiem, ponieważ pozostali uciekli. Sprawę od razu przekazałem do biura królewskich konstabli, razem ze szczegółowym zeznaniem i opisem zdarzeń. O chłopaku nie wspomniałem nikomu. O’Toole również trzymał język za zębami, z czego cieszyłem się bardzo, ponieważ było to z mojej strony ewidentne uchylenie prawa. Wolałbym nie mieć teraz kłopotów z powodu jakiegoś dzieciaka. A jednak było coś w tym chłopcu, co nie pozwoliło mi go aresztować. Było to instynktowne przeczucie, że może on być ważny dla śledztwa, choć tak naprawdę nie miałem ku temu żadnych przesłanek. Dziwne. Ale z pewnością będę musiał go odnaleźć i dobrze przepytać.

Sprawa złodziei zwłok okazała się być lokalnym problemem na większą skalę.  Najwyraźniej to żadna tajemnica, że irlandzcy akademicy zlecają kradzież zwłok. Prawo zabraniało im wygrzebywania nieboszczyków oraz legalnych sekcji. Wszystko ze względów religijnych. Dlatego pokrzywdzeni profesorowie musieli w tajemnicy prowadzić swoje badania. I tak zaczynał się cykl obłudy, ponieważ uczeni udawali, że nic złego nie robią, badają ciała tylko tych osób, które przed śmiercią wyraziły na to zgodę. Władze udawały, że nie ma żadnego problemu ze zwłokami, bo kogo by obchodziło kilka wygrzebanych trupów irlandzkich katolików. Złodzieje się cieszyli, że mieli dobrze płatną i w zasadzie bezkarną robotę. Czasem tylko jakiś magistrat zarządzał na terenie jednej, dwóch baronii pokazową nagonkę na „rezurekcjonistów”, poprzedzoną skargami miejscowej ludności. Chłopi odgrażali się, że przestaną pracować, ława przysięgłych lub baron udawali, że się tym martwią i wystawiali kilkuosobowe patrole przy miejscach pochówku. Patrole zwykle i tak przesiadywały w najbliższych knajpach, gdzie przepijały łapówki, a tymczasem złodzieje robili swoje. I tak to się kręciło. Ojciec Patryk opowiadał o tym z dużą dozą ironii, jednak widać było, że sprawa bardzo leżała mu na sercu. Ostatecznie stwierdził, że nic się nie da zrobić, dopóki katolicy nie uzyskają prawa pochówku na cmentarzach protestanckich lub swoich własnych. Dziwny kraj, pomyślałem.

Na półce powyżej, kominka leżały kolejne dokumenty. Były to informacje na temat zamordowanego Anglika, o którym wspominał Inspektor Powell. Nie miałem jednak siły do nich zajrzeć. Poczułem się senny. Wypiłem herbatę, wygodnie ułożyłem w fotelu i nie wiedząc, kiedy, zasnąłem. Obudziłem się, gdy słońce było już dość wysoko na niebie. Było przed ósmą. Z kuchni dochodziły odgłosy rozmowy. Zacząłem się ubierać, przy okazji sięgnąłem po raporty podpułkownika Withwortha.

*

Deszcz z całą siłą bił w okno, jakby chciał je stłuc i wedrzeć się do środka. W pokoju panowała niezręczna cisza. Na stole walały się zakrwawione szmaty, kilka sztuk broni. Między piecem, a ścianą wciśnięte było łóżko, zajęte przez nieprzytomnego mężczyznę z zabandażowaną głową. Oddychał krótko i nieregularnie, rozebrany był do pasa. Z małej rany na boku sączyła się krew. Na zydlu obok siedział przestraszony nastolatek. Miał zabłocone i podarte ubranie, próbował opanować drżenie rąk. Za pomocą brudnej, zmiętej szmaty starał się zatamować krwawienie, lecz nie przynosiło to skutku. John spacerował od drzwi do okna, zaciskając pięści i klnąc pod nosem. Co i rusz sięgał za pas do rękojeści pistoletu. Shaun kucnął przy piecu kaflowym. Grzebiąc prętem, starał się podtrzymać ogień. Na metalowej płycie stał cebrzyk z gotującą się wodą, obok leżało ostrze noża, z minuty na minutę coraz gorętsze. Pod oknem siedział chudy jak patyk mężczyzna, William. Też był pokryty schnącym błotem. Jego twarz wyrażała na zmianę wściekłość i strach. Na kolanach trzymał muszkiet. Spoglądał to na Johna, to na broń, to na łóżko, gdzie dogorywał jego przyjaciel Aidan. 

Rozległo się pukanie. John wyszarpnął pistolet i wycelował w kierunku drzwi. William wstał, trzymając broń przy boku.

– To ja – rozległ się głos – Liam.

Wszyscy odetchnęli z ulgą. Owinięty długim, skórzanym płaszczem, Liam wszedł do środka. Wysoka stójka zasłaniała mu połowę twarzy, lecz krzaczaste brwi i życzliwe spojrzenie były zbyt charakterystyczne, by ich nie rozpoznać. Był cały mokry, jego buty pokrywało świeże błoto. Przez ramię miał przewieszoną skórzaną torbę, w ręku trzymał muszkiet. Czysty, wypolerowany na błysk, z grawerunkami na zamku. Liam bez chwili namysłu podszedł do rannego, odsunął znerwicowanego chłopaka, odrzucił na bok szmaty i przyjrzał się ranie.

– Będzie żył – powiedział. – Shaun, zagotowałeś wody?

– Tak – odparł chłopak – zaraz będzie gotowa.

Liam rozpiął płaszcz i zrzucił go z ramion. Torbę położył na drewnianej posadzce i wyciągnął narzędzia chirurgiczne. Spojrzał na płytę pieca i skrzywił się.

– Nóż nie będzie potrzebny. Shaun, weź te szmaty i wygotuj je szybko.

Shaun usłuchał. Tymczasem Liam podwinął rękawy i zaczął naciskać palcami na ranę. Aidan powoli odzyskiwał przytomność.

– William – zwrócił się do mężczyzny z karabinem. – Przytrzymaj go. Masz – podał Williamowi grubą, skórzaną tuleję – włóż mu to w zęby. – William stanął przy łóżku i wykonał polecania.

– Aha – ucieszył się Liam, trzymając kciuk ponad raną. – Tu jesteś, malutka. – Cyrulik odkorkował butelkę przezroczystego płynu. Zapachniało mocnym alkoholem. Wylał odrobinę na lnianą szmatkę i przyłożył do rany. Aidan natychmiast odzyskał pełnię świadomości, jęknął i wierzgnął, lecz William w porę wzmocnił uścisk.

– No, spokojnie – polecił Liam. – Taki duży chłopiec, a tak się rzuca. Przecież to nie gorsze, niż wyrwanie zęba, co nie? Pamiętasz? Shaun, podejdź tu. Spójrz na ranę. Pamiętaj, że taki postrzał może być bardzo niebezpieczny. Widzisz? Kula usadowiła się w pobliżu płuca, ale wyhamowała na żebrach. – Liam opowiadał spokojnym głosem, jednocześnie poszerzając ranę skalpelem. Pociekło więcej krwi. – Gdyby nie kości, kula weszłaby do środka i przeorała organy. Ziomek zmarłby w ciągu najdalej godziny. To bolesna śmierć. Na szczęście dostał z dużej odległości i z niewielkiego kalibru. Widzisz? Spójrz tu – powiedział, rozchylając wąskimi szczypcami ranę. – Tam siedzi. – William zbladł. Z trudem przytrzymywał szarpiącego się Aidana. John nie wytrzymał i wrzasnął:

– Co ty, kurwa, robisz? Co to za szkółka, do jasnej cholery?

– Uspokój się człowieku, nic mu nie będzie.

– Wyciągaj tą jebaną kulę, już!

– Zaraz, powoli. Niech Aidan dziękuje bogom, że nie ty jesteś jego medykiem. Inaczej zasiadałby już obok Briana Boru. – Głos Liama był spokojny i opanowany, kojarzył się z ciszą na pełnym morzu. – No, Shaun, twoja kolej. Trzymaj – powiedział i podał chłopcu szczypce. – Pamiętaj, co mówiłem. Ostrożnie, bo nie wiesz czy wewnątrz nie ma odprysków kości, tak?

Shaun przytaknął i pochylił się nad raną.

– Powoli i bez nerwów – uspokajał Liam – przytrzymam ci brzegi rany. Teraz powoli, musisz ją wyczuć, ale nie naciśnij za mocno, bo ci się wyślizgnie. A jak wpadnie głębiej, to dopiero będzie problem. Bardzo dobrze, masz? Czujesz ją?

Na czole chłopaka pojawiły się krople potu, ale panował nad sobą. W skupieniu, za pomocą długich, wąskich szczypiec próbował wyczuć kulę. Przeszkadzał mu brak odpowiedniego światła i bardzo nie lubił tego charakterystycznego, mokrego odgłosu, jakie wydawało mięso pod naciskiem. Wreszcie poczuł opór, którego oczekiwał. Uśmiechnął się.

– Dobrze – powiedział Liam. – Teraz, co robisz?

– Powoli rozchylam tkanki wokół kuli – cichutko wyrecytował Shaun – nie dotykając jej, dopóki nie będę pewny, że mocno uchwycę. – Chłopak przygryzł dolną wargę, zmrużył oczy, delikatnie obrócił dłoń, wreszcie zacisnął palce. – Mam – powiedział. Znowu zaczął obracać szczypcami, delikatnie i powoli. – Teraz odrywam kulę od zakrzepu i… powoli… wy… cią… gam… – wystękał Shaun, po czym wyjął pocisk.

– Świetnie – ucieszył się Liam. – No, no, rzeczywiście mały kaliber. Dobra, masz na pamiątkę. Teraz odsuń się, sprawdzę, co tam się w środku dzieje. A wy zacznijcie opowiadać, co się stało. – Shaun już miał zacząć relację ze zdarzeń, lecz urwał, zagłuszony przez Johna.

– Skurwysyny, zasadzili się na nas! Musieli o nas wiedzieć, bo skąd by się tam wzięli? Nawet mieli wóz, żeby nas odwieźć. Tylko, kto? Kto sypnął? I ten jebany Angol, ciął naszych jak siano! Skurwiel przeklęty! Niech ja tylko znowu go dorwę!

– Ucisz się, człowieku i mów składnie – warknął Liam. Trzymał w ręku igłę z naciągniętą dratwą i zaczął przymierzać się do szycia. – Jeśli ciął waszych jak siano, to wątpię, żebyś mu cokolwiek zrobił jak go dorwiesz, tak? Więc zachowajmy rozsądek. Wystarczy trupów na dzisiaj. Mów po kolei, co się stało.

– Co się stało? Powiem ci co się stało! Ten smarkacz – krzyczał John wskazując Shauna – wpakował nas w ładne gówno. Czułem, żeby nie iść z tym gnojem. Pewnie się gdzieś wygadał, co planujemy i ściągnął nam konstabli na głowę. Ty gnoju jeden, co? Mów prawdę! – John postąpił w stronę chłopca, wyciągnął rękę. Nie wiedząc, kiedy i jak, znalazł się twarzą na blacie stołu z ręką wykręconą za plecy. Liam przyparł mężczyznę z całej siły, niemal łamiąc nadgarstek. John stęknął tylko, lecz nic nie powiedział.

– Wiesz, co to jest? – warknął Liam. – To się nazywa triod sciathagid, walka przez obronę. Sztuka przekazywana w mojej rodzinie od pokoleń – recytował Liam, nie zwalniając ucisku. – Wywodzi się z dawnych szkół wojennych, stworzona przez druidów i największych wojowników na długo przed pojawieniem się w Eire Patryka. Posługiwał się nią sam Cú Chulainn, wiesz o tym? Wiesz w ogóle, kto to był Cú Chulainn, idioto? – Liam mocniej skręcił nadgarstek Johna. – Polega to na opanowaniu własnego ciała i umysłu, oraz wykorzystaniu siły przeciwnika. Więc im mocniej będziesz się szarpał, tym łatwiej będzie mi cię przygwoździć. – Druid zamilkł na chwilę, po czym szepnął Johnowi do ucha: – Łapy precz od chłopaka, jasne?

Liam docisnął jeszcze raz, po czym puścił. John odskoczył jak poparzony, stanął pod drzwiami, wyciągnął pistolet i wycelował.

– Ty stary capie – warknął. – Co ty sobie, kurwa, myślisz? Pozjadałeś wszystkie rozumy?

– Wystarczy mi jeden, mój własny – głos Liama był spokojny, lecz zawierał w sobie nienachalną groźbę. – To i tak więcej, niż ty kiedykolwiek będziesz miał. A teraz wypieprzaj, zanim naprawdę się zdenerwuję.

John stał jak zamurowany. Powoli opuścił broń i cofnął się do drzwi.

– Druid się znalazł, kurwa jego mać. Worek ci włożyć i jemiołę przycinać, a nie mieszać się w sprawy mężczyzn. Jeszcze się policzymy. – powiedział i wyszedł.

– Co za dureń. Dobra, mamy już spokój. Teraz Shaun, spokojnie opowiedz, co się stało.

– To nie była żadna zasadzka – wyjaśnił chłopiec. – Mieliśmy pecha i tyle. Byliśmy przy kościele Świętego Kennetha. Mieliśmy wykopać cztery ciała dla tego profesora z Trinity. Szło powoli, gdy nagle pojawili się konstable z McEllisem. To ten nowy Anglik, co ci mówiłem. – Shaun opowiedział druidowi przebieg całego starcia.

– Potem dopadł mnie w lesie. Kazał usiąść i odpytywał – dokończył chłopak.

– Nie zrobił ci krzywdy?

– Nie, nie. Wcale. Pytał najpierw cośmy tam robili, skąd robota i w ogóle.

– Powiedziałeś mu?

Shaun wyraźnie się zmieszał.

– Tak. Powiedziałem, a on na to, że się nazywa Evan McEllis, że jest tu na rozkaz króla i że prowadzi sprawę dzieci.

Brwi Liama uniosły się w zdziwieniu. Spojrzał na chłopaka badawczo i zapytał:

– Nic nie pokręciłeś?

– Nic, a nic. Mówię prawdę. Zapytał czy coś o tym wiem, ale wtedy zjawili się konstable i uciekłem.

– I on pozwolił ci uciec?

*

– Dokładnie, jak mówię – powiedział O’Toole. Zebrani przy stole konstable słuchali w skupieniu. Padraig górował nad wszystkimi posturą, krążył po kuchni jak lew w klatce. – Chłopak prysnął, a ja chciałem pobiec za nim. Wtedy kapitan kazał mi zawrócić. Jak ruszyliśmy z powrotem, wyraźnie dał do zrozumienia, że nikogo tam nie widziałem.

– Nieźle – powiedział Collin. – A widzieliście jak on się ruszał na koniu?

– Jak chlasnął tego, co ustrzelił konia pode mną – potwierdził Dauthi – to jucha trysnęła na kilka stóp.

– Dziwny facet – burknął William. – Niby Angol, a jakiś taki normalny. Ale w sumie, kto go tam wie? Wiadomo, co mu jeszcze do łba strzeli?

– No, nie wiem – zastanowił się Shane. – Kazał księdzu się pomodlić za dusze dzieci i żeby nam Bóg wybaczył. Szlag by to, przecież on nawet katolik nie jest.

– Ano, nie jest – potwierdził O’Toole. – I nie nasza to sprawa. Ważne, że zachowuje się jak człowiek, więc dobra nam się służba trafiła.

– No, panie – ucieszył się Collin – z taką premią, to sama radość. Jak na tydzień dostawałem szesnaście szylingów, tak teraz mam dwadzieścia pięć. To jest różnica.

– I jeszcze szykuje się premia po wszystkim – dodał Samuel. – Mówiłeś Padraig, że ile? Dziesięć funtów?

– Zobaczymy – odparł O’Toole. – Sam jeszcze nie wiem. Ale nie cieszcie się za szybko. Czeka nas jeszcze mnóstwo roboty i niezły wycisk. – W tym momencie w drzwiach do kuchni stanął McEllis. Minę miał nietęgą. Poprawiał zielony surdut, który nijak nie chciał właściwie się ułożyć.

– Dzień dobry – powiedział. Konstable wstali. – Siadajcie, bez nerwów. O’Toole, czemu mnie nie obudziłeś?

– Pomyślałem, że dobrze będzie jak się pan kapitan wyśpi, bo chyba w nocy znowu nie pospał, co?

McEllis uśmiechnął się lekko. – To miło z twojej strony – pochwalił – ale na przyszłość proszę, żebyś pamiętał o swoich obowiązkach. – No dobrze. Panowie, dupy w troki – oznajmił oficer. – Za kwadrans zbiórka przy stajni.

– Panie kapitanie, a co z mundurami? – zauważył Shane. – Bo to jest tak, że my, znaczy konstable, sami płacimy za nasze wyposażenie. Za mundury też.

– Wiem o tym – wciął się Evan – ale ma problemu. Wasze nowe mundury powinny zjawić się jutro lub pojutrze. – Konstable ucieszyli się i odetchnęli z ulgą.

– Zadania na dziś? – spytał O’Toole.

– Ruszamy do szpitala wojskowego na Turnpike. Zajmę się zwłokami dzieci, a wy w tym czasie udacie się do baraków artylerii i zaczniecie trening. Dołączę później i poćwiczymy razem. A dalej się zobaczy. Wykonać! O’Toole, poczekaj.

Konstable ruszyli do pokojów, zebrać ekwipunek. W kuchni zostali Evan i Padraig.

– Chciałbym, żebyś coś dla mnie sprawdził.

– Oczywiście. Co mogę zrobić?

– Zapędzisz tych leni do ćwiczeń, a sam pojedziesz do więzienia Kilmainham. Sprawdzisz czy mają tam niejakiego Cearbhalla Kelly. Jeśli nie, to zorientuj się dokładnie gdzie mieszka i gdzie możemy go znaleźć.

*

Przejdź do rozdziału 3.

Grafika na górze to obraz Alphonse de Neuville, „Capitaine de Dragons” z 1878 r. Plik pobrany pochodzi z Wikimedia.

Jedna uwaga do wpisu “Dzieci Dublina. Rozdział 2.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s