Dzieci Dublina. Prolog.

Cholerne wojny, pomyślał Cearbhall. Staruszek przeklinał głośno, a trzeba przyznać, że repertuar miał solidny. Oberwało się głównie Anglikom, w szczególności ich matkom. Na liście znaleźli się protestanci, z czego najbardziej soczyste złorzeczenia zebrali protestanci irlandzcy. Kilka ciepłych słów dla Szkotów, kilka dla Francuzów. Jedni, bo zdradzili, drudzy, bo nie pomogli. Następnie oberwało się politykom, nawet O’Connellowi, bo się wlecze i więcej obiecuje, niż działa. Teoretycznie kościołowi powinno się upiec, ale i dla duchownych Cearbhall miał kilka złowrogich słów. Cholerny kler tylko plótł o równości i miłosierdziu, a gówno robił. Z księży obelgi spłynęły na druidów, których niewielu już zostało, ale wedle uznania Cearbhalla, niepotrzebnie Anglików prowokowali. Zanim oberwało się duchom i faerie, Cearbhall rozejrzał się zapobiegawczo i ściszył głos, żeby licha nie kusić. Ale owszem, na nie również złorzeczył, bo nie pomagają. Na koniec wyklął swoja podagrę i suchoty. Nic jednak nie pomogło. Pług ugrzązł, koń stanął w miejscu i, zapominając o swej roli, dalej ciągnąć nie chciał. Łatwiej by z osłem było, pomyślał Cearbhall. Że mnie na starość spokoju nie dano. Że mnie znowu w pole wygoniło. Ale co było zrobić? Mimo siódmego krzyżyka, trzeba było w ziemi się grzebać, bo się dzierżawca rozsierdził i znowu mogły być kłopoty. A synowie albo nie żyją, albo w stolicy, łatwego pieniądza szukali. A to sukinsyny, przypomniał sobie Cearbhall. Na własnej piersi odkarmieni, a gdy tylko była okazja, ziu do miasta i starych zostawili. Wnuki też po świecie rozsiani, a synów nowych zrobić nijak, bo ani Cearbhall, ani jego żona Mhártha, zdrowia i mocy w trzewiach nie mieli.

I tak zajadle klnąc, tym razem wszystkich świętych po kolei, z Patrykiem włącznie, bo czemu by nie, on też losu biednego chłopa nie poprawił, ruszył Cearbhall do domu. Mhárthę sklął w progu, że na drodze staje i że z niej bezużyteczna baba. Starowinka się popłakała, lecz niewzruszony Cearbhall wyszedł, wlokąc za sobą szpadel. Wrócił na pole i zaczął odgrzebywać pług. Szpadel zgrzytnął o coś twardego. Cearbhall z trudem klęknął i jął rozgrzebywać piach palcami. Z ziemi wyłoniła się czaszka. Tak jak myślał na początku, wszystko przez te przeklęte wojny. Od ostatniego powstania minęło już dwadzieścia lat, a on ciągle znajdował w ziemi kości i muszkiety. Przynajmniej z tych ostatnich był jakiś pożytek, bo można sprzedać. Zawsze jakąś część dało się odratować, a i nie całkiem zardzewiała flinta też się czasem znalazła. Gdy tak grzebał, jego uwagę zwrócił ruch w zagajniku. Na wzniesieniu, między drzewami poruszały się jakieś ognie. Wiek nie oszczędził wzroku staruszka, dlatego, żeby zobaczyć, co się działo, musiał podejść bliżej. Uzbrojony w zardzewiały szpadel, Cearbhall ruszył przez zapuszczone pole. Nieostre światła zaczęły nabierać kształtu. Dziadek przekroczył niski mur, otaczający jego pole. Zaczęło mocno wiać, więc w pół drogi do zagajnika starzec dostał zadyszki. Na zboczu trawiastego wzniesienia oparł się o kolejny mur, wyznaczający ziemię innego dzierżawcy. Zmrużył oczy, lecz niewiele to pomogło. Zdawało się, że widzi między drzewami kilka rosłych sylwetek, z których każda trzymała pochodnię. Mimo silnego wiatru, usłyszał też niewyraźne męskie głosy. Nie było to rozmowa. Bardziej śpiew, a może modlitwa? Smutna modlitwa. 

Cearbhall poczuł coś niedobrego. Przeszły go dreszcze. Miał wrażenie, że ziemia wibrowała, a drzewa zagajnika pochyliły się nad śpiewającymi ludźmi. Nagle jedna z postaci ruszyła w stronę chłopa. Cearbhall przeżegnał się, splunął przez lewe ramię i rzucił do ucieczki. Wszelkie starcze zwyrodnienia dały znać o sobie i jednym chórem zaśpiewały bolesną arię. W kościach, stawach, sercu, płucach i przeżartej ciemnym piwem wątrobie zapłonął ból. Ale staruszka to nie zatrzymało. Do chaty wpadł jak poparzony, nie zwracając uwagi na paniczne krzyki Mhárthy. Drzwi zabarykadował komodą, zatrzasnął wszystkie okiennice, padł na kolana przed podobizną Świętego Patryka i zaczął klepać zdrowaśki. Potem upił się ze strachu.

Następnego dnia, w asyście pięciu równie wiekowych sąsiadów, uzbrojonych w jeden muszkiet, pół szpadla, dwie siekiery, sztachetę i kilka noży, Cearbhall ruszył sprawdzić, co się stało. Staruszkowie niepewnym krokiem weszli między drzewa. Dzień był ciepły, a poranna mgła nie utrzymała się długo, gdyż o dziwo, od kilku dni nie padało, za to słońce świeciło w najlepsze. Dlatego zresztą sąsiedzi nie uwierzyli Cearbhallowi, gdy rano zjawił się we wsi opowiedzieć, co widział. Stwierdzili, że pewnie słońce mu się w oczach odbijało. Cearbhall odpowiedział na to, że odbić, to on może każdemu po kolei, jeśli z nim nie pójdą do zagajnika na zwiad. Udało się ich przekonać dopiero, gdy zaproponował każdemu darmowy antałek własnoręcznie pędzonego samogonu. A był to samogon dobry, z jego produkcji utrzymywał siebie i Mhárthę.

W zagajniku, między wysokimi topolami i olchami, znajdowała się polana, której trawę wypalono do cna. Na ten widok chłopi stracili nieco pewności, gdyż nie widzieli żadnych śladów ogniska. Miny zrzedły im całkiem, gdy znaleźli kilka rozgrzanych kamieni. Nagle Aidan, najmłodszy z nich, bo ledwie pięćdziesięcioletni, z krzykiem wypadł zza leszczynowej kępy i co sił w nogach uciekł w stronę wsi. Pozostali, gromadząc resztki odwagi, zajrzeli za leszczyny i stanęli jak wryci. Wszyscy przeżegnali się po kilka razy wzywając litości świętych i Matki Boskiej. Na wypalonej ziemi leżało nagie, bezgłowe ciało. Ronan, dawniej silny jak dąb kowal, podszedł bliżej i kucnął przy ciele. Kilka stóp obok, wśród korzeni drzew, zauważył odrąbaną głowę. Długie, jasne włosy oplatały dojrzałą, męską twarz, wykrzywioną w szkaradnym grymasie, z nienaturalnie wybałuszonymi oczami. Ciało było w kilku miejscach nadpalone. Palce lewej dłoni zaciskały się wokół leszczynowej gałązki. Ronan dotknął zimnego ciała.

– Nie żyje – stwierdził z powagą.

– A co ma robić z obciętą banią, idioto? – zdenerwował się Cearbhall. – Tańczyć?

Cearbhall wiedział, że Ronan nigdy nie wyróżniał się bystrością, ale to nie zmniejszało jego irytacji. Wiedział doskonale, że takie znalezisko może oznaczać kłopoty. Też podszedł bliżej i kucnął obok.

– Anglik – stwierdził.

– Skąd możesz wiedzieć? – spytał przestraszony Ronan. Cearbhall nie odpowiedział, ale nie miał wątpliwości. Gdzieś już widział tą twarz, a poza tym miał talent do rozpoznawania Anglików. Nie wiedział jak, po prostu ich wyczuwał i już. Ale to wcale nie polepszyło jego nastroju. Trup na ziemi dzierżawcy, w sąsiedztwie stolicy i siedziby Lorda Namiestnika, w dodatek Anglik, to bardzo poważna sprawa. Jakiś wewnętrzny zmysł podpowiadał, żeby wzorem Aidana wziąć nogi za pas i nikomu o tym nie wspominać. Ale Cearbhall był za stary na takie głupoty. Znał Anglików i wiedział, że swojaka znajdą choćby w piekle.

Caerbhall przyjrzał się leszczynowej gałązce, zaciśniętej w dłoni nieboszczyka. Na całej długości miała serię krzywych nacięć.

– Peddair – zwrócił się do łysego staruszka z siekierą w dłoni. – Ty się wyznajesz na starociach, co? To będzie ogham? – spytał, wskazując żłobiony patyk.

Peddair podciągnął portki, splunął przez lewe ramię, przeżegnał się i kucnął przy trupie. Zmrużył oczy, wziął głęboki wdech i zbladł. Zaraz odskoczył od ciała jak poparzony, wymachując rękami w znaku krzyża.

– Matko Przenajświętsza – wydyszał Peddair. – Miej litość nad nami.

– Co jest? – ponaglił Ronan. – Mów!

– Ten ziomek tutaj – dukał Pedair – to morderca.

Cearbhall pokiwał głową na znak, że rozumie. Pamiętał opowieści ojca i dziadka, co druidzi robili ze złapanymi mordercami. Właśnie miał przed oczami namacalny przykład takiego traktowania. Cearbhall wstał.

– Idziemy do wsi. Na posterunek.

Przejdź do rozdziału 1.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s