Dzieci Dublina. Rozdział 1.

Smród nieświeżej ryby roznosił się jak zaraza i nie dawał zmęczonym nozdrzom chwili wytchnienia. Miałem wrażenie, jakby wszystko pokryte było rybim śluzem, oślizgłe, lepkie i cuchnące. Na ziemi walały się zgniłe odpadki, o które zażarcie biły się kundle, koty, dzieci, szczury i wszelkiej maści zdziczałe sierściuchy. W zabłoconym rynsztoku przewalało się kilku bezdomnych, którym było już wszystko jedno. Mimo tak przykrych doznań, rynek tętnił życiem. Handlarze wychodzili z siebie, żeby sprzedać najdrobniejszą nawet płotkę i zarobić marnego pensa na utrzymanie rodziny. Przechodnie uparcie tokowali, żeby zbić cenę, chociaż wiadomo, że niżej pensa już się nie da. Hałas targujących się ludzi, potęgowały dzieci z okolicznego sierocińca. Wrzeszcząc ile sił, biegały dookoła, próbując wyżebrać drobniaka lub kęs jedzenia, a jeśli tego się nie dało załatwić to, chociaż obrzucić chytrych mieszczan grudką błota. A tego jednego akurat w Dublinie nie brakowało. Błoto było zawsze i wszędzie. Ogarniało swą mocą całe miasto, każdy budynek i każdego mieszkańca. Było jak agresywna bakteria, na którą nijak nie szło znaleźć antidotum. Ktoś zażartował w prasie, że to irlandzkie bogactwo naturalne i zastanawiał się, co można by z niego wyprodukować. Ktoś spróbował. Podobno cegły z błota miały stać się lekiem na problemy mieszkaniowe stolicy. Pomysł rozpłynął się w zeszłotygodniowej ulewie.

Po chwili spędzonej na targu rybnym, poczułem się zagubiony i brudny. Smród był tak silny, a ja wobec niego tak bezbronny, że dostałem zarotów głowy. Nie sądziłem, że cokolwiek może śmierdzieć gorzej, niż usiane ciałami pole bitwy. A jednak. Gdy skołowany próbowałem przecisnąć się przez ludzką ciżbę, ktoś szarpnął mnie za płaszcz.

– Panie, panie – zawołał piskliwy głosik.

Spojrzałem w dół. Był to mały, może sześcioletni chłopiec, cały w błocie i sadzy, w obszarpanych portkach i koślawo uszytym kubraku. Jego pozlepiane brudem włosy musiały niegdyś być rude, teraz były niemal czarne. Wąskie, błyszczące oczka wpatrywały się we mnie błagalnie.

– Daj pan pensa, co?

Ciągle oszołomiony, odruchowo sięgnąłem do kieszeni płaszcza i wygrzebałem kilka monet. Nawet nie pomyślałem, jak poważny był to błąd. Gdy uradowany malec zginął między ludźmi, drogę zaszedł mi kolejny chłopiec, tym razem na oko czternastoletni. Kilku mniejszych szkrabów spoglądało na mnie z dołu. Ani się zorientowałem, gdy zostałem otoczony przez ciasny kordon dzieci, które przekrzykując się i przepychając, starały się dobrać do moich rąk, by błagalnie je ucałować, oślinić, albo ugryźć. Kompletnie zdurniałem. Rozdałem już wszystkie pieniądze, a dzieci wciąż przybywało. Z opresji wyratował mnie gwizdek i podniesiony głos.

– Wynocha! Z drogi śmierdziele!

Wystraszone dzieci rozpierzchły się jak szczury po rozpaleniu ogniska. Wybawiciel okazał się być tęgim oficerem Konstabli Hrabstw. Odziany w czarny mundur, dziarsko zmierzał w moją stronę. Otaczało go kilku groźnie wyglądających stróżów prawa. Tuż za nimi stał zaprzężony w dwa konie, zakratowany powóz, wokół którego panowała nienaturalna cisza i pustka.

Konstabl podszedł do mnie, odpędzając najwytrwalszych w żebraniu maluchów i stuknął obcasami.

– Kapitan Evan McEllis?

– Tak, to ja – odparłem.

– Szukaliśmy pana na nabrzeżu. – Konstabl spojrzał na mnie karcąco i oznajmił: – Stangret powiedział, że poszedł się pan rozejrzeć po okolicy. Martwiliśmy się nieco.

– Cóż, nie dało się wyjechać z portu bez waszej asysty, więc postanowiłem poszukać jakiegoś patrolu. A wy najwyraźniej nie spieszyliście się.

– Na przyszłość proszę tak samemu się nie szwendać. Dopiero przybył pan do miasta, a tu łatwo o guza, szczególnie angielskiemu śledczemu.

– Rozumiem, panie…

– Sierżant konstabl O’Toole. Padraig O’Toole. Przez najbliższy czas będę pana asystentem i przewodnikiem.

O’Toole wyróżniał się z tłumu. Miał czysty mundur, był ogolony i dobrze mu z oczu patrzyło. Posługiwał się poprawną angielszczyzną, choć z wyraźnym akcentem, który miał w sobie coś prostackiego, a zarazem ignoranckiego. Ale ten przynajmniej wyraźnie artykułował każde słowo, w przeciwieństwie na przykład do załogi szkunera, który przywiózł mnie na Szmaragdową Wyspę. Irlandzka większość załogi mówiła po angielsku, lecz tak niewyraźnie i pospiesznie, jakby chcieli w ramach anty-angielskiego buntu wykrzywić fonetykę i gramatykę.

– Czy ja potrzebuję przewodnika?

O’Toole uśmiechnął się tajemniczo, rozejrzał po targu i powiedział:

– To nie ulega wątpliwości. Jest wiele rzeczy na temat Dublina, których będzie pan musiał się nauczyć. Dla własnego bezpieczeństwa. I dla dobra śledztwa, oczywiście.

– No dobrze – odparłem. Nie było sensu zaprzeczać, ponieważ mój opiekun miał ewidentny przerost uczuć ojcowskich. – Niech pan prowadzi.

Wsiadłem do więźniowozu. Trzasnął bat i koła leniwie potoczyły się po bruku. Wyjrzałem przez kraty. Mój wzrok padł na chłopaka, który parę minut wcześniej stanął przede mną, prosząc o drobne. Kręcił się akurat wokół jednego ze sprzedawców udając, że szkatułka z pieniędzmi ani trochę go nie interesuje. Przyjrzałem mu się uważnie. W porównaniu do pozostałych dzieci, był dość czysty i schludnie ubrany. Lekko pochylony do przodu, ramiona trzymał blisko siebie, szeroki w barach jak na ten wiek. Nagle odwrócił się i jego wzrok padł na mnie. A może tylko na wóz? Nie wiem, byłem już dość daleko, ale odniosłem wrażenie jakby spojrzał mi prosto w oczy. Miał zacięte i złe spojrzenie. Jakżeby inaczej. Ja byłem Anglikiem, on irlandzkim dzieckiem, wychowanym w nienawiści do takich jak ja. Na dodatek znajdował się na samym dnie społecznej drabiny. Zetknięcie takich sprzeczności mogło prowadzić tylko do nienawiści.

*

Do Lorda Namiestnika Irlandii zawieziono mnie prosto z miasta. Nie miałem chwili, żeby się rozpakować, ani tym bardziej przebrać. I szczerze mówiąc, odrobinę mnie to zaniepokoiło. Nie spodziewałem się wizyty na tak wysokim szczeblu, najwyższym w Irlandii. Spodziewałem się wizyty u Inspektora Generalnego prowincji Leinster lub co najwyżej Lorda Burmistrza Dublina. Jedno z dwóch, w zależności od natury mojego zadania. W pierwszym przypadku oznaczałoby to, iż sprawa będzie bardziej kryminalna, w przypadku drugim miałbym pewnie do czynienia z rebeliantami lub politycznymi oponentami, krótko mówiąc – sprawa o charakterze militarnym.

W drodze do Zamku Dublin zaczęły mi wracać obrazy z poprzedniej wizyty na Wyspie. Nie były one miłe. Prawdę mówiąc miałem nadzieję nigdy więcej w Irlandii nie zagościć. Nie lubiłem tego kraju. Jego zmienna pogoda, brudne ulice miast, ciemnota i bieda przyprawiały mnie o nudności. Jednak okazało się to konieczne. Król Jerzy Czwarty nie przyjąłby odmowy. Tak rozmyślając, dotarłem do Zamku. Ukryty był pośród ciasnych ulic południowej dzielnicy miasta. Z pierwotnej budowli do dziś przetrwała tylko wieża, resztę stanowił rozległy pałac. 

Szybko zaproszono mnie przed oblicze Lorda Namiestnika. Atmosfera pośpiechu wydała mi się jeszcze dziwniejsza. I niepokojąca. Zanim wszedłem do salonu, dosłyszałem odgłosy awantury. Właściwie nie tyle awantury, co brutalnej reprymendy, z użyciem wielu słów, nieprzystających salonom brytyjskiej władzy. Trwało to kilka minut. Stałem w korytarzu w towarzystwie milczącego odźwiernego, którego nieskazitelnie czysty uniform i perfekcyjnie wyczesana peruka mocno kontrastowały z moim brudnym płaszczem i ubłoconymi butami. Spojrzałem na brunatne ślady, znaczące moją wizytę na perskich dywanach i wyłożonych czerwonym aksamitem schodach. Zrobiło mi się niezręcznie. Spróbowałem zetrzeć nieco błota, pocierając butem o masywną donicę, z której wyrastały soczyste palmowce. Zrezygnowałem pod piorunującym spojrzeniem odźwiernego. Pozostało mi tylko spłonąć ze wstydu i poprawić surdut pod płaszczem.

Krzyki nagle ustały. Dzięki niewytłumaczalnemu, zapewne ponadzmysłowemu impulsowi, odźwierny wykazał zdolności motoryczne. Otworzył drzwi, przez które energicznie wymaszerował oficer Armii Terytorialnej. Pod pachą kurczowo ściskał czarny hełm ze złoceniami, a lewą dłoń zaciskał na rękojeści szabli. Czerwony mundur szedł w parze z czerwoną od wściekłości twarzą. Obrzucił mnie szybkim spojrzeniem i ruszył w głąb korytarza, pobrzękując ostrogami. Służący popisał się wtedy zdolnościami werbalnymi i zaprosił mnie do gabinetu Lorda. Zobaczyłem przestrzenny salon, którego wysokie okna dawały pogląd na miasto. Wewnątrz panowała jasność, bijąca z rozłożystego kandelabru. Bogaty wystrój psuł wiszący nad kominkiem obraz, portretujący miłościwie panującego króla, Jerzego Czwartego. Było to wyjątkowo mierne dzieło, wyolbrzymiające królewską tuszę. Owszem, złośliwi mówili, że liczy on sobie sześć razy więcej funtów niż lat, ale bez przesady. W głębi komnaty stało opasłe biurko, przy którym siedział Lord Namiestnik.

– Sir Evan McEllis, – ogłosił odźwierny – kapitan Królewskich Dragonów, w stanie spoczynku.

Lord Namiestnik miał obecnie ponad sześćdziesiąt lat i zdecydowanie dało się ten wiek wyczytać z jego pociągłej twarzy. Głębokie zmarszczki na czole i wokół oczu świadczyły o nadmiarze zmartwień. Miał na sobie szykowny, niebieski surdut ze srebrnymi obszyciami. Przez pierś przewiesił aksamitny pas, zwieńczony złotym medalem służby królewskiej. Lord wstał i okrążył biurko, patrząc na mnie. Skłoniłem się zgodnie z etykietą weterana, skromniej niż wypada zwykłemu szlachcicowi, ale głębiej niż powinien żołnierz w służbie czynnej.

– Witam – powiedział.

– Lordzie Wellesley, to dla mnie zaszczyt – odparłem, kłaniając się ponownie.

– Proszę siadać. – Lord wskazał fotel.

Usiadłem. Lord nalał whisky, uniósł kieliszek.

– Za króla Jerzego.

Powtórzyłem toast i przechyliłem kieliszek. Miałem nieodparte wrażenie, że jestem badany. Gospodarz długo się nie odzywał, jedynie patrzył to na mnie, to na ogień. Spojrzenie Wellesleya było ostre, wierciło dziurę w czaszce, a cisza niezręcznie się przedłużała. Starałem się nie okazać zmęczenia. Ani ciekawości.

– Sir Evan McEllis. Wielokrotnie odznaczony za odwagę w polu, a przy tym naukowiec. Antropolog, jeśli się nie mylę? Ma pan na koncie służbę w piechocie. Karierę zrobił pan w dragonach. Po Kongresie Wiedeńskim sprawozdawca The Times. Przerwy w służbie spędzał pan na podróżach po Europie oraz pracy naukowej. Więziony przez amerykańskich Indian w trakcie wojny ze Stanami Zjednoczonymi. Po bitwie pod Waterloo przeniesiony na własną prośbę w stan spoczynku. Regularne audiencje u króla Jerzego oraz współpraca z Londyńskim Towarzystwem Naukowym. Kilka ciekawych misji zleconych bezpośrednio przez króla.

Wyliczając fakty z mojej przeszłości, Lord Namiestnik dokładnie obserwował każdą reakcję. A starałem się by nie było żadnych. Nie mogę jednak stwierdzić czy mi się udało.

– Cieszę się, że ma pan tak szerokie doświadczenie. Sprawa, z którą przyjdzie się panu zmierzyć, nie jest ani miła, ani łatwa, a sytuacja w Dublinie również nie sprzyja.

– Postaram się zrobić, co w mojej mocy.

– Nie wyobrażam sobie niczego innego. Chciałem porozmawiać z panem osobiście i jako pierwszy wyłożyć naturę sprawy, aby nie miał pan żadnych wątpliwości, co do pańskiej roli i sytuacji, w jakiej się znajdujemy.

– Zamieniam się w słuch.

Lord wstał, ja oczywiście również. Na chwilę zapatrzył się w ogień. Czerwone refleksy zatańczyły na jego twarzy, podkreślając najgłębsze zmarszczki. Wyglądał na zmęczonego, ale nie zniechęconego. Wziął głęboki wdech, płynnym ruchem zsunął z głowy perukę, czym w niesamowity sposób nadwyrężył panujący protokół. Było to, co najmniej zaskakujące.

– Skup się Evan – powiedział Wellesley, wysyłając konwenanse do lamusa. – I słuchaj uważnie.

Usiadł w fotelu, chwycił butelkę, a kieliszki dopełnił daleko poza mieszczącą się w ramach etykiety miarkę. Starałem się utrzymywać protokolarną pozę podejrzewając, że może to być jakaś prowokacja lub próba. Nie było łatwo. Plecy dawały znać o sobie. Obiecałem sobie w duchu, że więcej nie dam się zapakować w tę skrzynię na kółkach. Poproszę o konia.

– Dublin jest jak beczka prochu. To oczywiście nic nowego, ale mam wrażenie jakby ostatnio było gorzej. Katolicy domagają się równouprawnienia, O’Connell zdobywa coraz więcej popleczników, oranżyści chcą zaostrzenia prawa wobec Irlandczyków. Protestanci naciskają, Londyn wymaga, wojsko podzielone. Kompletny zamtuz. Co i rusz protesty, zamieszki, pobicia, morderstwa. Głód, choroby i co tylko jeszcze sobie wyobrazisz. Mówi się, że w dziewięćdziesiątym ósmym, albo w osiemset trzecim było gorzej. Byłeś tu wtedy, tak?

– Tak, lordzie. Służyłem w piechocie. Ale to było coś innego, to były regularne powstania, otwarte działania zbrojne. Sądzę, że obecna sytuacja może być, wbrew pozorom, o wiele trudniejsza.

– Naprawdę tak sądzisz?

– Dla żołnierza czasy wojenne są łatwiejsze – odparłem poważnie. – Nie ma wtedy miejsca na kompromis. Jest wróg i są rozkazy. Schody zaczynają się później, po podpisaniu pokoju.

– Masz trochę racji – przyznał Wellesley. – Podoba mi się, że mówisz, co myślisz i nie boisz się tego. Mam nadzieję, że będziemy jeszcze mieli okazję pofilozofować.

– Z przyjemnością, lordzie. – To by było coś, pomyślałem. Ja i Lord Namiestnik Irlandii w trakcie filozoficznej dysputy. Albo swobodnej pogawędce o najnowszych osiągnięciach nauki.

– Zanim jednak znajdziemy na to czas, masz zadanie do wykonania. Być może samo w sobie nie będzie najtrudniejsze w twojej karierze. Zobaczymy. Ważne jest, żebyś dokładnie pojął kontekst, w jakim sprawa się toczy. Pierwsza ważna rzecz, to tajność. O sprawie powinno usłyszeć jak najmniej osób. Tylko niezbędne minimum.  Dotyczy to zwłaszcza Irlandczyków. Tych, z którymi będziesz współpracował, jak i wszystkich pozostałych. Bardzo staramy się o wyciszenie pogłosek. Przyznam, że efekty są różne. Ale propaganda to nie twoja działka. Twoją rolą będzie odkrycie prawdy. Chodzi o pięć zabójstw. Zamordowanymi są irlandzkie dzieci. Były to bardzo brutalne morderstwa. Dzieci przed śmiercią były prawdopodobnie torturowane. Brzmi szokująco, wiem. Uwierz mi, że i ja byłem w szoku. Jestem Anglikiem i ktoś mógłby powiedzieć, że nie powinno mnie to interesować. Ale mam tu funkcję do spełnienia, a wśród moich obowiązków znajduje się utrzymanie porządku i zapewnienie bezpieczeństwa poddanych korony. Nie interesuje mnie, co myślisz o tym kraju i jego mieszkańcach. Wiem, że w Londynie różnie myśli się o Irlandczykach, ale w tym wypadku nie ma miejsca na sentymenty. Chcę, żebyś traktował tych ludzi, jako poddanych Korony. Nie chcę tu za dwa tygodnie powtórki z awantury, której przed chwilą byłeś świadkiem. Czy to dzieci irlandzkie, afrykańskie czy jakiekolwiek inne, są to nadal dzieci i nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek mógł je traktować inaczej. Mówię to, jako oficer w służbie króla i jako człowiek. Obywatel Zjednoczonego Królestwa. Dokładnie tak samo jak ty.

– Rozumiem, mój lordzie. Oczywiście, będzie zgodnie z tym, co pan mówi.

– Dobrze, bo to nie była prośba, ani porada. To był rozkaz. – Głos Wellesleya nie zmienił się ani trochę. A mimo to, odczułem w ostatnim zdaniu subtelnie ukrytą groźbę i zaoczną reprymendę. Nie trzeba było specjalnej spostrzegawczości, żeby zrozumieć, z jakim problemem w szeregach brytyjskiej administracji musiał borykać się Wellesley. Ale i mi ta sprawa nie była obca. Dokładnie zdawałem sobie sprawę, w jaki sposób traktuje się krajanów w koloniach.

– Wracając do sprawy. Kwestia humanitarna to tylko jedna strona medalu. Drugą jest kwestia polityczna. Nie wątpię, że byłbyś w stanie samemu się zorientować w sytuacji, ale pozwolę sobie zaoszczędzić ci nieco czasu na obserwacjach. Wiesz dokładnie, jaki mamy rozkład sił w Irlandii. Zdecydowana większość to katolicy, którzy pozbawieni są praw publicznych. Protestancka mniejszość trzyma w rękach praktycznie całą własność ziemską, a jej skrajne elementy, zwłaszcza oranżyści, przeciwstawiają się jakimkolwiek ustępstwom wobec większości. W cały ten kocioł wmieszało się Stowarzyszenie Katolików pod wodzą O’Connella, które w natrętny i przyznam, że cywilizowany sposób domaga się emancypacji. Oranżyści żądają delegalizacji grupy, a nawet zbrojnej pacyfikacji, pozostali protestanci nieoficjalnie to stanowisko popierają. Z kolei wigowie w zaciszu gabinetów zaczynają nawiązywać kontakty z irlandzkimi katolikami ze Stowarzyszenia. Jak sam widzisz, znajduję się między młotem a kowadłem. Jedni domagają się praw, drudzy wręcz odwrotnie. Katolicy protestują, a protestanci żądają bym poszczuł Irlandczyków armią. Albo przynajmniej zaaranżował kilka pokazowych egzekucji. W tej sytuacji mord na katolickich dzieciach może być jak iskra w składzie prochu.

Słuchałem, starając się zapamiętać jak najwięcej. Zanim przybyłem do Dublina, postarałem się zapoznać z sytuacją panującą w kraju. Ale co innego poznać opinię znajomych lub przeczytać publikację w prasie, a co innego posłuchać człowieka, który musi z tym żyć.

– Po dwóch poprzednich powstaniach – kontynuował Wellesley – niewielu znajdzie się chętnych do walki zbrojnej. Tym bardziej nie chcę tutaj żadnych zrywów, które miałyby skończyć się rzezią, a nie prawdziwą walką. Taka irlandzka mentalność. Nie wiesz, kiedy, a już piorą się po pyskach, po czym ni stąd, ni zowąd, w objęciach popijają piwo. To bardzo wybuchowy naród, a taka historia mogłaby sytuację zaognić. Może nawet doprowadzić do zamieszek. Mówię o poważnych, bo mniejsze wybuchy są na porządku dziennym. To pobity konstabl, to okradziony szlachcic. Wystarczy aresztować lokalnego bohatera i już banda Irlandczyków łapie sztachety i wybiega z knajpy szukać najbliższego patrolu konstabli. Tak to wygląda. Niektórzy z moich doradców już podejrzewają, że morderstwa to prowokacja. Ja nie jestem tak pochopny we wnioskowaniu. Staram się być ostrożny, zachowując reakcje agresywne, jako ostateczność.

Wellesley zamyślił się na moment.

– W przypadku tych morderstw nie było innego wyjścia, jak sprowadzić kogoś z Londynu. Sprawą zajmowało się kilku konstabli, ale żaden nie potrafił dojść do sensownych wniosków. Dlatego posłałem prośbę o wysłanie specjalisty. Tym bardziej, że takiego bestialstwa jeszcze tu nie miałem. I nie chcę więcej. To również ważne, bo obawiam się kontynuacji. Tak, spodziewam się kolejnych zwłok. A im więcej, tym trudniej utrzymać sprawę w tajemnicy.

Mimo, iż starałem się panować nad emocjami, odruchowo się skrzywiłem. Wellesley musiał to zauważyć.

– Widzę, że udało mi się zdobyć twoja uwagę. Mam nadzieję, że w ślad za tym pójdzie pełne zrozumienie. Byłoby mi bardzo przykro, gdybym również i tobie musiał udzielić reprymendy, jak to uczyniłem w przypadku pana Withwortha.

– Oczywiście, wszystko jasne.

Lord namiestnik wstał, nałożył perukę, poprawił mankiety surduta.

– Panie McEllis – zwrócił się do mnie oficjalnym tonem, tym samym wracając do pełnego protokołu. – Rozmowa, którą tu odbyliśmy zostaje okryta klauzulą tajności. Ta, jak i każda następna, a będę wymagał osobistych sprawozdań z przebiegu śledztwa. Rozumiemy się?

– Oczywiście, lordzie.

– Widzimy się za tydzień. Dziś mamy dziewiętnastego maja, zatem w poniedziałek, dwudziestego szóstego spotykamy się znowu. Oczekuję wtedy konkretów. W przypadku ważnych odkryć, może pan prosić o nadprogramową audiencję. Tylko, na litość, niech pan nie marnuje mojego czasu bzdurami. Jeżeli chodzi o szczegóły sprawy, zostaną one przekazane panu przez Konstabli Hrabstwa, których oddelegowano pod pańską komendę. Wszelkie konieczne dokumenty, potwierdzające uprawnienia, już na pana czekają. Kwestie akomodacji zostały również załatwione, zatem proszę teraz udać się na spoczynek po podróży. Nalegam, aby od jutra z samego rana wziął się pan porządnie do roboty, jasne?

*

Dorsz był dobrze przyrządzony. Skóra lekko przypieczona w pikantnej panierce, niezbyt tłusta. Do tego wyśmienite kartofle, oprószone ziołami i ciemny porter z gorzelni Guinnessa. Przyznam, że byłem mile zaskoczony poziomem restauracji, do której zaprosił mnie major Powell. Atmosfera miejsca była całkiem miła, wystrój w stylu kolonialnym, palmy, arabskie łuki, lampy w kształcie minaretów. Ciszy nie zaburzały subtelnie prowadzone konwersacje ani delikatny stukot sztućców i naczyń. Obsługa, częściowo irlandzka, częściowo hinduska, była dobrze przygotowana i uprzejma. Na zamówione potrawy nie kazano czekać nam długo. Jedyne, co mnie zaskoczyło, to okazja, z jakiej mnie tu zaproszono. Tuż po spotkaniu z lordem Wellesleyem, otrzymałem wiadomość, że Inspektor Generalny prowincji Leinster, major David Powell, przebywa akurat w terenie i nie może się ze mną spotkać. W ramach przeprosin zaprasza mnie na kolację w restauracji, podczas której zdradzi szczegóły interesującej mnie sprawy. Osobliwe. Rozmowa o zamordowanych dzieciach w restauracji, po obfitej kolacji. Czyżby mój gospodarz chciał z miejsca obrzydzić mi pobyt w Dublinie? A może rozmowa o nieboszczykach przy posiłku to jakiś dziwny lokalny zwyczaj? Cóż, już dawno temu pozbyłem się wrażliwości na kwestie śmierci, nieboszczyków czy krwi. Dlatego nie przeszkadzało mi rozmawianie o tym w restauracji. Dziwiło, owszem, ale nie obrzydziło. Zwłaszcza, że posiłek był wyśmienity. Przynajmniej miałem czas ogarnąć się po podróży. Na najbliższe tygodnie zostałem ulokowany w apartamencie blisko Zamku Dublin. Do mojej dyspozycji oddano ostatnie piętro jednej z kamienic przy Dame Street, należącej do niejakiego Martina Browna. Jedyny dyskomfort mógł wynikać ze znajdującego się piętro niżej baru. Choć, kto wie? Być może wieść o angielskim oficerze, goszczącym u pana Browna, spowoduje, że ilość barowych gości w mgnieniu oka drastycznie spadnie.

Na moją akomodację składało się kilka pokoi, w tym jeden nadający się do pracy, z oknami wychodzącymi na podwórze i skierowanymi na południe. Apartament był dobrze wyposażony, choć nie zachowywał konkretnego stylu. Meble i przedmioty codziennego użytku były proste, bez finezyjnych dekoracji. Trochę tylko śmierdziało piwem, ale przynajmniej było czysto. Dwa z pokoi wyznaczyłem dla sześciu konstabli, którzy mieli być dla mnie eskortą i pomocą. Trzeci pokój, sąsiadujący z moją sypialnią, przeznaczyłem dla konstabla sierżanta O’Toole’a, co wyraźnie go zaskoczyło. Irlandczyk nie był przyzwyczajony do posiadania tak dużej przestrzeni wyłącznie dla siebie. Z początku miał opory, chciał zostać z resztą oddziału. Musiałem uciec się do wydania rozkazu, by zmusić tego osiłka do zażycia odrobiny cywilizacji i etykiety. Zawsze uważałem, że wygląd podkomendnych świadczy o przełożonym. Dlatego jeśli ci ludzie mieli mi służyć, to musieli również odpowiednio wyglądać. W związku z tym, natychmiast po zajęciu mieszkania, wysłałem do Zamku Dublin prośbę o nowe, czyste mundury i dodatkową broń. Kazałem też konstablom ogolić się, co wywołało pewną konsternację. Pokój, który wybrałem na biuro, wyposażony był w biurko i kilka półek, na których rozkazałem złożyć dokumenty sprawy. Zeznania świadków, raporty z działalności poprzednich śledczych, opinie medyków i księży. Przed wyjściem do restauracji nie zajrzałem w papiery. Ledwie zdążyłem się umyć i przebrać, a już O’Toole pukał i ponaglał.

Ubrałem się tak, żeby nikt nie miał wątpliwości, z kim będzie miał do czynienia. Na ewentualne tajniactwo miała przyjść pora. Czerwona kurtka dragonów, baretki, puginał. Szybko znalazł się też koń dla mnie. Był siwej maści, o zmierzwionej sierści i poobdzieranych pęcinach. W porównaniu do zwierząt, które służyły mi przez ostatnie lata, była to beznadziejnie niezgrabna chabeta, ale z błyskiem inteligencji w oku. Dlatego Shannon, bo tak się nazywał, nie został odesłany w cholerę. O’Toole nie był zadowolony z faktu, że i on musiał przyjąć wierzchowca. Jeździec był z niego fatalny. Gdy mieliśmy ruszyć, nie potrafił nawet dosiąść konia. Musiałem mu w tym pomóc, co wywołało wesołość pozostałych konstabli. Za karę kazałem im wyczyścić apartament na błysk. O’Toole natomiast, z męczeńską miną, ujechał pół drogi. Byłby spadł z wierzchu, gdybym w porę go nie przytrzymał. Dalszą drogę przebyliśmy piechotą, ale zapowiedziałem jemu i reszcie konstabli kilka solidnych lekcji jazdy konnej. Nabrałem też podejrzeń, co do ich umiejętności posługiwania się bronią. Postanowiłem je sprawdzić przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Major David Powell machnięciem ręki przepędził kelnera. Umiejętność oceny ludzi, z którymi się pracuje, bywa przekleństwem. A Inspektor Generalny nie wypadł dobrze moich oczach. Zdał mi się arogancki, zwłaszcza w stosunku do podwładnych, czego nie lubiłem ponad wszystko. Rozpierała go duma, prawdopodobnie miewał skłonności do nadużywania władzy. To wszystko krył pod płaszczem szlacheckiej uprzejmości i niezdarnie utrzymywanej etykiety. Po wstępnej wymianie grzeczności pomyślałem, że może zbyt pochopnie go oceniam. Przecież dopiero wrócił ze służby w terenie, która zawsze jest męcząca. Skupiliśmy się na posiłku. Gdyby nie dobrze przygotowane potrawy, byłoby to bardzo nieprzyjemne doświadczenie. Mój gospodarz mlaskał, siorbał, brzęczał sztućcami, i w ogóle tego nie zauważał. Swoją porcję pochłonął w tempie nieprzystającym wysoko postawionemu oficerowi. Zaskakujące, że nie udławił się ilością jedzenia, które pakował w usta. Brakowało tylko, żeby beknął po odsunięciu talerzy. Chwilę później poczułem zapach sugerujący, iż mój gospodarz jakoś sobie poradził. Zauważyłem, że kilku oficerów piechoty morskiej obróciło się w naszą stronę, patrząc na nas z niechęcią. Zrobiło mi się niezręcznie. Modliłem się, by ten koszmar skończył się jak najszybciej. Wolałbym znowu bić się z Francuzami. Ci przynajmniej w obliczu śmierci potrafili zachować klasę. Do tego tak wybrana lokacja dla rozmowy o zamordowanych dzieciach. Po ciągnących się w nieskończoność minutach spędzonych na posiłku, moja opinia była jednoznaczna. Gbur i cham, pewnie karierowicz. Oczywiście nie okazałem żadnego z moich spostrzeżeń.

– Dziękuję – powiedziałem, gdy kelner zabierał naczynia. Powell rozsiadł się wygodnie, wyjął cygaro i zapalił. Nie łudziłem się, że zostanę poczęstowany. Wyciągnąłem więc własne cygaretki i zapaliłem również.

– Dziękuję za zaproszenie. Chciałbym teraz przejść do sedna, jeśli pan pozwoli – oznajmiłem.

 – Ależ, po co ten pośpiech, panie McEllis? – powiedział major, szeroko się uśmiechając. – Przecież i tak nic się nie wydarzy do jutra, a przed nami cała noc. Znam tu niedaleko jedno miejsce, gdzie dziewczęta są tak soczyste jak ten dorsz. – Inspektor uśmiał się lubieżnie. – Co pan na to, a? Pasuje?

Domy towarzyskie to nic, czego bym nie znał. Z pewnością w jego towarzystwie, czułbym się jak w ordynarnym burdelu.

– Majorze Powell – odparłem z pełną powagą. – Lord Wellesley bardzo wyraźnie zaznaczył, iż w sprawie, którą mam się zająć, istotny jest pośpiech. Dlatego mam zamiar jeszcze dziś w nocy zapoznać się z dokumentami, które otrzymałem oraz dowiedzieć się jak najwięcej o sprawie od pana.

Oficer zachowawczo odsunął się od stolika i poczęstował mnie badawczym spojrzeniem.

– Lord Wellesley… hmm… rozumiem. Wie pan, panie McEllis, w Dublinie nie wszyscy są, że tak powiem, zupełnie jednomyślni, co do poglądów lorda. Jego akcje oraz przekonania bywają kontrowersyjne. Oczywiście rozumie pan, co mam na myśli.

Nie miałem zielonego pojęcia, co miał na myśli, dlatego nie skomentowałem w żaden sposób.

– Wbrew temu, co lord panu rozkazał, tak naprawdę nie ma powodu do pośpiechu. Że tak powiem, podmiot sprawy nie jest aż tak istotny.

– Ma pan na myśli zamordowane dzieci, tak?

Mój rozmówca poczuł się zakłopotany wobec zimnej i obojętnej postawy, jaką prezentowałem.

– Tak, zamordowane dzieci, o to chodzi. Panie McEllis, pomówmy szczerze. Czy naprawdę los irlandzkich bachorów jest aż tak istotny dla wysokiego rangą brytyjskiego oficera? Czy nie szkoda czasu na takie bzdury? Zaprawdę, są inne, o wiele ważniejsze kwestie, którymi mógłby się pan bliżej zająć.

– Jak choćby? – zapytałem. Powinienem zgasić go od razu, ale ciekawość wzięła górę. Cóż takiego Inspektor Generalny miał mi do zaoferowania?

– Jak choćby sprawa morderstwa znanego i szanowanego obywatela społeczności protestanckiej. Jest to dużo bardziej istotne, niż jakieś tam dzieci. Ten człowiek był nie tylko moim przyjacielem, ale również ważnym ogniwem systemu prawnego w tym kraju.

– Słucham dalej – powiedziałem.

– Sir Thomas Sherrard. Okoliczny dzierżawca, członek lokalnej ławy przysięgłych. Było to bardzo brutalne morderstwo. Z tych względów Henry Goulding, Główny Sekretarz Irlandii, zlecił prowadzanie sprawy Armii.

Spojrzałem na Powella, wygodnie rozparłem się na krześle i zastanowiłem. Nabrałem ochoty, żeby go przycisnąć, tym bardziej, że postawił się w bardzo niezręcznej pozycji. Przed opuszczeniem Londynu dowiedziałem się co nieco na temat panującej w Dublinie korupcji, zwłaszcza wśród władz lokalnych. Skala zjawiska była tak szeroka, że praktycznie każdy tutaj miał jakieś pokątne układy. Wspomnienie Armii, której renoma wskazywała na głęboką infiltrację przez środowiska oranżystowskie, protestanckie i nacjonalistyczne, tylko potwierdzała związek mojego rozmówcy z nielegalnymi układami i prywatą. Dołóżmy do tego oficjalne lekceważenie Lorda Namiestnika i namowę do odstąpienia od wykonania rozkazów. Na froncie za coś takiego można było stanąć przed sądem polowym. Nie cierpię takich typów.

– Zaczynam rozumieć – odgadłem – skąd to zaskakujące zaproszenie na wystawną kolację. Wcale nie miał pan zamiaru dyskutować szczegółów mojego zadania. Chciał mnie pan zwyczajniej w świecie nagabywać i zwerbować dla własnych gierek, tak? Stracił pan swojego człowieka w lokalnej władzy, a to z pewnością osłabiło pana pozycję. Ponadto nie radzi sobie pan ze sprawą i stąd pomysł, by wykorzystać mnie.

– Ależ panie McEllis, skądże…

– Proszę się nie tłumaczyć – przerwałem. – I proszę nie stawiać się w jeszcze gorszej pozycji niż pan się znajduje. Sądził pan, że skoro przyjechałem z Londynu, będzie łatwo mnie przekonać do swojej racji i opcji politycznej, która stoi w opozycji do przekonań Lorda Namiestnika. Wyobrażał pan sobie, że będę podobnie krytyczny wobec króla, jak większość londyńskich oficjeli, zwłaszcza torysi, prawda? Prawdopodobnie też liczył pan na to, że gdy sprawa zamordowanego dzierżawcy rozwiąże się wcześniej, Lord Namiestnik zostanie zdyskredytowany. A czy pan wie, że posiadam list żelazny od króla, który uprawnia mnie do wydawania wiążących rozkazów każdemu funkcjonariuszowi, pełniącemu służbę w tym kraju? Rozumie pan, co to znaczy?

Major spuścił wzrok. Ewidentnie go przygwoździłem.

– Tak – powiedział cicho – rozumiem.

– Rozumie pan również, że w tej sytuacji każde następne słowo może pana zaprowadzić w bardzo nieszczęśliwe położenie, tak?

Nawet nie odpowiedział. Nie trzeba było.

– Cieszę się. W takim razie możemy rozmawiać dalej. Chciałbym, żeby nie mylił pan mnie z politycznym emisariuszem czy negocjatorem. Jestem śledczym i tylko tym mam zamiar się zająć.

– Tak, oczywiście.

– Tym bardziej, więc – zagadnąłem nieco lżejszym tonem – zastanowię się nad tym, co pan powiedział. Być może będę w stanie pomóc w sprawie morderstwa sir Sherrarda. Oczywiście tylko w chwili wolnej od wykonywania moich rozkazów.

Powell uniósł wzrok. Był zaskoczony nagłą zmianą kursu.

– Tylko niech pan nie pomyli się w ocenie moich motywów – zaznaczyłem. – Zrobię to nie z pobudek politycznych, lecz z chęci wyświadczenia przysługi. Jasne?

– Jasne. Będę naprawdę zobowiązany.

– Wiem, że pan będzie, liczę na to. – Powell pokiwał głową ze zrozumieniem. Na razie wyszedł z tego obronną ręką, ale przy okazji zakleszczył się. Z pewnością będzie miał na mnie oko, być może nawet postara się zdyskredytować moje działania. Trudno. Podobno ci, którzy nigdy nie zrobili sobie wroga, tak naprawdę nic w życiu nie zdziałali.

– Proszę mi powiedzieć, kto aktualnie prowadzi sprawę?

– Podpułkownik John Withworth.

Od razu przypomniał mi się oficer, spotkany przed audiencją w Zamku Dublin. Ciekawe czy to ten sam osobnik, którego zrugał Wellesley?

– Dobrze. Panie Inspektorze, proszę podesłać mi dokumenty sprawy oraz umówić na spotkanie z panem Withworthem.

– Będę wdzięczny. Nie tylko ja zresztą – powiedział. Odniosłem wrażenie, że chciał tym samym coś zasugerować. – Czego oczekuje pan w zamian?

– Na razie za mało wiem, żeby mieć jakieś specjalne oczekiwania. Muszę zapoznać się z moją własną sprawą, żeby wiedzieć, o co pana prosić. Myślę, że jutro zacznę od zbadania zwłok zamordowanych dzieci. Gdzie je przetrzymujecie?

Major zmieszał się lekko i krzywo uśmiechnął.

– Gdzie przetrzymujemy? No, właściwie to, jakby to ująć, nie mamy ich.

– Słucham?

– Cóż, nie sądziliśmy, że będą potrzebne. Ciała zostały pochowane.

– Pięknie – powiedziałem. – Rozumiem, że z pańskiego polecenia, bo kto tam by się interesował truchłami irlandzkich bachorów, tak? Dobrze, proszę się nie tłumaczyć. Na którym cmentarzu je pochowano?

– No, nie na cmentarzu. Przecież, no, wie pan, to dzieci katolików, tak? Więc, no, rozumie pan.

– Nie, nie rozumiem tego kompletnie i niech pan się spieszy z wyjaśnieniami, bo jeszcze chwila i każę pana aresztować za utrudnianie śledztwa.

Tak, ewidentnie zaczęły puszczać mi nerwy.

– Tak, no, więc, jakby to powiedzieć… katolicy nie mają prawa do pochówku na protestanckich cmentarzach. A własnych nie mają, więc dzieci pochowano przy kościele Św. Kennetha.

Zatkało mnie. Patrzyłem na Powella jak na różowe cielę. Przez wiele lat uważałem Irlandię za kraj prymitywny, a jej obywateli za nieokrzesaną hołotę. Zacząłem jednak podejrzewać, że to nie oni stanowią problem.

– Jak to przy kościele? – zapytałem.

– Przy kościele. W ziemi, przy fundamentach.

Głęboko westchnąłem. Opuściłem spojrzenie, bo mógłbym nie zdzierżyć i napluć mu w twarz.

– Dobrze. Proszę mi przysłać jutro dokładną informację o miejscu – zamilkłem, bo słowo „pochówku” jakoś mi tu nie pasowało. – O miejscu zagrzebania ciał. Popołudniu zajmę się ekshumacją zwłok i osobiście je przebadam. Czy macie tu jakiegoś specjalistę? Lekarza, chirurga, który zna się choć trochę na anatomii? Na trupach – dodałem głośno, widząc tępe spojrzenie rozmówcy.

– Sądzę, że najlepszy będzie doktor Cheyne.

– Doskonale. Proszę go ze mną umówić i przygotować salę, odpowiednią do badań.

– Ale panie McEllis, lokalne władze nie zezwalają…

Zamknął się pod wpływem piorunującego spojrzenia. Wytarłem usta chusteczką i wstałem.

– Proszę przesłać dokumenty związane z zabójstwem pana kolegi. Wykopaniem zwłok zajmę się z moimi ludźmi. Żegnam.

*

Przejdź do rozdziału 2.

Jedna uwaga do wpisu “Dzieci Dublina. Rozdział 1.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s